Reklama

Od lat mijałyśmy się z moją siostrą jak obce kobiety, choć wychowałyśmy się w jednym pokoju. Kiedy zaproponowała, żebyśmy wspólnie wyremontowały dom po rodzicach i wreszcie „zrobiły coś razem”, poczułam nadzieję. Może kurz, farba i wspólna kawa przy stole miały zasypać to, czego nie potrafiłyśmy przegadać. Szybko okazało się, że jedyne, co nadal nas łączyło, to brak zaufania.

Z emocjami bywa trudno

Dom stał pusty od trzech lat. Po śmierci mamy żadna z nas nie miała odwagi tam zamieszkać. Ja tłumaczyłam się pracą i dziećmi, Agata – brakiem czasu i „brakiem gotowości emocjonalnej”. Cokolwiek to znaczyło. W praktyce każda czekała, aż ta druga podejmie decyzję.

– Sprzedajmy go i podzielmy pieniądze – rzuciła kiedyś przez telefon.

– A może najpierw spróbujmy coś z nim zrobić? – odpowiedziałam wtedy zaskakująco stanowczo.

To ona w końcu zaproponowała remont. Przyjechała z planami wydrukowanymi na grubym papierze, z próbkami farb i notatnikiem pełnym wyliczeń. Patrzyłam na nią i widziałam tę samą dziewczynę, która zawsze musiała mieć wszystko pod kontrolą.

– Zaczniemy od kuchni. Jest w najgorszym stanie – oznajmiła, wchodząc do środka i otwierając okna.

– Myślałam raczej o salonie – odpowiedziałam. – To tam mama spędzała najwięcej czasu.

Agata westchnęła.

– Właśnie dlatego powinniśmy go zostawić na koniec, bo będzie trudniej.

To „będzie trudniej” zabrzmiało jak wyrzut. Jakby sugerowała, że ja nie poradzę sobie z emocjami.

Irytowała mnie od początku

Pierwsze dni upłynęły na zrywaniu starej tapety. Stałyśmy na drabinach, w ciszy przerywanej szelestem papieru. Czasem któraś z nas próbowała zagaić rozmowę.

– Pamiętasz, jak mama kazała nam tu stać w kącie za kłótnie? – zapytałam, odrywając kolejny pas.

– Pamiętam, że to ty zaczynałaś – odpowiedziała chłodno.

Zamarłam.

Zawsze tak uważasz.

– Bo tak było, Marta.

Jej ton był spokojny, niemal rzeczowy. To bolało bardziej niż krzyk. Jakby wszystkie nasze wspomnienia miały tylko jedną wersję – jej wersję. Kiedy trzeciego dnia przyniosłam nowe uchwyty do szafek, Agata obejrzała je w milczeniu.

– Mówiłyśmy, że wszystko konsultujemy – powiedziała w końcu.

– To tylko uchwyty.

– To wspólny projekt.

Poczułam, jak narasta we mnie złość.

– Wspólny? Mam wrażenie, że ja mam tylko wykonywać twoje plany.

– Przesadzasz.

– Nie. Ty po prostu nie potrafisz oddać kontroli.

Odstawiła śrubokręt i spojrzała na mnie w sposób, który znałam aż za dobrze.

– A ty nie potrafisz wziąć odpowiedzialności. Zawsze uciekasz, kiedy robi się poważnie.

Te słowa zawisły między nami ciężko jak kurz unoszący się w promieniach słońca. Chciałam odpowiedzieć, ale nagle uświadomiłam sobie, że w jej oczach nie ma złości. Było tam zmęczenie. I coś jeszcze – podejrzliwość.

To nie był tylko remont

Wieczorem usiadłyśmy przy starym stole, jedząc kanapki zrobione na szybko.

– Powiedz szczerze – zaczęła Agata. – Ty naprawdę chcesz tu mieszkać?

Zaskoczyła mnie tym pytaniem.

– Nie wiem. Może. A ty?

Zawahała się ułamek sekundy.

– Myślałam, żeby sprzedać swoje mieszkanie i przenieść się tutaj. Z dziećmi.

Serce mi przyspieszyło.

– Czyli remont to nie tylko „projekt”?

– Chciałam zobaczyć, czy potrafimy jeszcze coś razem zrobić. Zanim podejmę decyzję.

Patrzyłyśmy na siebie w milczeniu. Nagle wszystko stało się jasne – ten pośpiech, kontrola, jej napięcie. To nie był tylko remont. To był test. I ja też ją testowałam.

– Agata… – zaczęłam cicho. – Dlaczego mi nie powiedziałaś wcześniej?

– Bo nie wiedziałam, czy mogę ci ufać – odpowiedziała bez wahania.

Zabolało, ale jednocześnie poczułam ulgę. W końcu padło to słowo.

– Ja też nie wiem, czy mogę ufać tobie – przyznałam.

Nie krzyczałyśmy. Nie trzaskałyśmy drzwiami. Po prostu siedziałyśmy naprzeciwko siebie, jak dwie kobiety, które łączy krew i dzieli wszystko inne. Dom skrzypiał cicho, jakby przysłuchiwał się naszej rozmowie. Miał być początkiem pojednania, a stał się lustrem, w którym zobaczyłyśmy, jak daleko od siebie jesteśmy.

Łatwiej było udawać

Następnego dnia pracowałyśmy w salonie. To było serce domu – z kominkiem, ciężkimi zasłonami i parkietem, który pamiętał nasze dziecięce tańce. Każdy ruch pędzla wydawał się ingerencją w coś świętego.

– Ten kolor jest za jasny – powiedziała Agata, kiedy zaczęłam malować pierwszą ścianę.

– Właśnie taki wybrałyśmy.

– Ty wybrałaś.

Odwróciłam się powoli.

– Siedziałyśmy nad próbnikiem godzinę.

– Bo nalegałaś.

Westchnęłam i odstawiłam wałek.

– O co naprawdę chodzi?

Agata nie odpowiedziała od razu. Podeszła do okna, poprawiła firankę, choć nie było takiej potrzeby.

– Zawsze mam wrażenie, że podejmujesz decyzje pod wpływem chwili. A potem ja muszę to porządkować.

– To nieprawda.

– Kiedy wyjechałaś do innego miasta, zostawiłaś mnie samą z rodzicami. Pamiętasz?

Zamarłam. Myślałam, że to dawno zamknięty temat.

– Miałam szansę na pracę. Nie mogłam jej odrzucić.

– A ja miałam studia, plany… – jej głos zadrżał. – Ale ktoś musiał zostać bliżej domu.

Podeszłam bliżej.

– Nigdy mi o tym nie mówiłaś.

– Nie musiałam. Wiedziałaś.

W jej oczach zobaczyłam żal, którego wcześniej nie dostrzegałam. Może nie chciałam widzieć.

– Myślisz, że było mi łatwo? – zapytałam ciszej. – Czułam się winna każdego dnia.

– To dlaczego nigdy o tym nie wspomniałaś?

Nie umiałam odpowiedzieć. Zawsze łatwiej było udawać, że wszystko jest w porządku.

Lata cichych pretensji

W południe przyjechał stolarz obejrzeć schody. Rozmawiała z nim głównie Agata. Używała konkretów, liczb, terminów. Ja stałam z boku, czując się jak gość we własnym domu.

– Ustalimy budżet i podzielimy się po połowie – powiedziała do niego, zanim zdążyłam się odezwać.

Kiedy wyszedł, zapytałam:

– Skąd ta pewność, że ja chcę inwestować tyle samo?

Spojrzała na mnie ostro.

– Myślałam, że to oczywiste.

– Dla ciebie może tak. Ja mam kredyt, dzieci na studiach…

– A ja nie mam wydatków? – przerwała. – Zawsze przedstawiasz się jako bardziej obciążoną.

– Bo często tak jest.

Zapadła cisza. W końcu Agata usiadła na schodach.

– Marta, powiedz wprost. Czy ty w ogóle widzisz siebie w tym domu? Czy robisz to tylko dlatego, że nie chcesz, żebym ja tu zamieszkała?

To pytanie uderzyło mnie jak zimny podmuch.

– Co ty sugerujesz?

– Że może boisz się, że jeśli tu zamieszkam, to będę miała większy wpływ. Że dom „przejdzie” na mnie.

– To absurd.

– Naprawdę? – jej brwi uniosły się lekko. – Kiedy mama była chora, mówiłaś, że to ja zawsze byłam jej bliższa. Że wszystko zapisze mnie.

Pamiętałam tamtą rozmowę. Byłam zmęczona, rozgoryczona. Rzuciłam słowa, których potem żałowałam.

– Nie chodzi o majątek – powiedziałam stanowczo. – Chodzi o to, że czuję się tu obca. Jakbym wracała do miejsca, które mnie nie chce.

Agata spojrzała na mnie zaskoczona.

– Ten dom jest tak samo twój jak mój.

– Nie zawsze tak czułam.

Podniosła się powoli.

– Myślisz, że ja czułam się pewniej? Zawsze byłaś tą odważną. Tą, która wyjechała, zrobiła karierę. Ja zostałam „jako ta odpowiedzialna”.

Słowo „odpowiedzialna” zabrzmiało jak ciężar.

– Może obie zazdrościłyśmy sobie czegoś innego – powiedziałam cicho.

Agata nie zaprzeczyła. Podeszła do świeżo pomalowanej ściany i przejechała po niej dłonią.

– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytała. – Że nawet teraz zastanawiam się, czy mówisz to szczerze.

Te słowa były jak pęknięcie w tynku – małe, ale nie do ukrycia.

– Ja też się zastanawiam – przyznałam.

Patrzyłyśmy na siebie długo. Remont miał zasłonić stare rysy, a tymczasem każda warstwa farby odsłaniała kolejne. Zrozumiałam, że problemem nie były kolory ścian ani budżet. Chodziło o lata niedopowiedzianych pretensji. Tego wieczoru nie zostałam na kolację. Wzięłam torebkę i stanęłam w progu.

– Przyjadę jutro – powiedziałam.

– O ile będziesz chciała – odparła Agata.

W jej głosie nie było już złości. Było to ciągłe zmęczenie. I chyba lęk, że znów odejdę. Zamknęłam za sobą drzwi, czując, że stoimy na krawędzi czegoś ważnego. Albo ten remont nas rozdzieli ostatecznie, albo zmusi do rozmowy, której unikałyśmy przez całe życie.

Nie chciałam znowu uciekać

Następnego dnia długo siedziałam w samochodzie przed domem. Silnik już dawno wyłączyłam, ale wciąż trzymałam ręce na kierownicy, jakbym miała zaraz odjechać. Część mnie chciała to zrobić. Uciec znowu – jak wtedy, gdy wyjechałam do innego miasta i zostawiłam Agatę z poczuciem, że została sama. W końcu weszłam do środka. Agata stała w salonie, patrząc na pomalowane ściany. Bez makijażu, w starym swetrze, wyglądała jak ta dziewczyna, z którą dzieliłam kiedyś łóżko i sekrety.

– Myślałam, że nie przyjedziesz – powiedziała cicho.

– Ja też tak myślałam.

Zapadła cisza. Nie ta napięta, tylko ciężka od decyzji.

Nie chcę znowu uciekać – zaczęłam. – Ale nie chcę też udawać, że wszystko jest w porządku.

Agata skinęła głową.

– Ja też nie. Wiesz… wczoraj w nocy przeglądałam dokumenty. – Zawahała się. – Mama przepisała dom na nas po równo. Bez żadnych warunków.

– Wiedziałam.

– Ja też. – Uśmiechnęła się blado. – A mimo to przez lata zachowywałam się, jakbyś mogła mi coś odebrać.

Podeszłam bliżej.

– Bo ja też tak się zachowywałam. Jakbym musiała walczyć o swoje miejsce.

Agata usiadła na podłodze, opierając się o ścianę. Usiadłam obok niej.

– Chciałam tu zamieszkać, żeby wreszcie mieć coś swojego – powiedziała. – Coś stabilnego. Bałam się, że jeśli nie zrobię tego teraz, znów będę odkładać życie na później.

– A ja bałam się, że jeśli tu zamieszkasz, to zostanę z niczym. Że znowu będę tą, która wyjechała i nie ma dokąd wrócić.

Spojrzała na mnie zdziwiona.

– Marta, zawsze masz dokąd wrócić.

Te proste słowa uderzyły mnie mocniej niż wszystkie nasze kłótnie. Siedziałyśmy tak długo, aż światło zaczęło przygasać. W końcu Agata wstała.

– Nie chcę, żeby ten dom był kolejnym powodem do podejrzeń – powiedziała stanowczo. – Jeśli mam tu zamieszkać, odkupię twoją część. Uczciwie. U notariusza. Bez niedomówień. Zaskoczyła mnie.

– A jeśli nie będę chciała sprzedawać?

– To sprzedamy cały dom. I podzielimy się pieniędzmi. Ale nie będziemy udawać, że remont nas pogodzi.

Poczułam, że coś we mnie pęka. Nie ze złości. Z ulgi.

– Wiesz co? – powiedziałam po chwili. – Sprzedaję ci swoją część.

Agata zamarła.

– Jesteś pewna?

– Tak. Ten dom jest dla ciebie. Ja potrzebuję innego miejsca. Nie chcę trzymać się ścian tylko dlatego, że boję się straty.

W jej oczach pojawiły się łzy.

– Dziękuję.

– Ale mam jeden warunek.

– Jaki?

Przestaniemy się testować. Jeśli coś nas zaboli, powiemy to od razu. Bez domysłów.

Przytaknęła.

– Zgoda.

Czułam wreszcie spokój

Podpisałyśmy umowę miesiąc później. Formalności były proste. Trudniejsze było przyzwyczajenie się do myśli, że dom po rodzicach przestał być „nasz”, a stał się „jej”. Ku mojemu zaskoczeniu nie czułam pustki. Czułam spokój. Kiedy ostatni raz oddawałam jej klucze, objęła mnie mocno.

– Wpadniesz na kawę, jak już się wprowadzę? – zapytała.

– Jeśli mnie zaprosisz.

Uśmiechnęła się.

– Zawsze.

Nie naprawiłyśmy wszystkiego. Nadal czasem łapię się na tym, że analizuję jej słowa, szukając drugiego dna. Ona pewnie robi to samo. Ale po raz pierwszy od lat nie konkurujemy o przeszłość. Zgadzamy się tylko co do jednego – że przez długi czas sobie nie ufałyśmy. I może właśnieprzyznanie tego było naszym prawdziwym pojednaniem.

Marta, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama