„Wstyd mi przed ludźmi, że syn wybrał mi taką synową. To, co zrobiła ostatnio, przelało czarę goryczy”
„Zrobiło mi się gorąco. Nie było w tym pytaniu ciekawości, raczej ocena. Usiedliśmy przy stole. Starałam się kierować rozmowę na bezpieczne tematy, ale ona co chwilę wtrącała coś, co sprawiało, że zapadała niezręczna cisza”.

- Redakcja
Siedziałam wtedy przy kuchennym stole, udając spokój, choć w środku wszystko we mnie drżało. Wiedziałam, że to spotkanie prędzej czy później nastąpi, ale nie byłam gotowa na to, co zobaczę i usłyszę. Myślałam, że najtrudniejsze będzie przełknięcie własnych uprzedzeń. Myliłam się. Prawdziwy ciężar przyszedł później, razem z uczuciem wstydu, którego nie potrafiłam ukryć ani przed sobą, ani przed innymi.
Zamarłam na chwilę
Syn zapowiedział jej przyjazd kilka dni wcześniej. Mówił z entuzjazmem, którego dawno u niego nie słyszałam. Starałam się to uszanować, choć w środku czułam niepokój. Sprzątałam mieszkanie dokładniej niż zwykle, jakby porządek na półkach mógł uspokoić myśli. Gdy zadzwonił dzwonek, serce zabiło mi szybciej. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam drobną dziewczynę z szerokim uśmiechem.
– Dzień dobry – powiedziałam spokojnie.
– No cześć – odpowiedziała, wchodząc bez zaproszenia i rozglądając się po przedpokoju. – Ale macie tu jasno.
Zamarłam na chwilę. Syn spojrzał na mnie szybko, jakby chciał sprawdzić, czy nic nie powiem.
– To jest moja mama – rzucił w jej stronę. – Mówiłem ci.
– A tak, racja – uśmiechnęła się znowu. – Miło.
Bez słowa zdjęła buty i weszła dalej, zostawiając je byle jak pod ścianą. Poczułam ukłucie irytacji, ale jeszcze milczałam. Usiadła przy stole, zanim zdążyłam zaproponować herbatę.
– U was zawsze tak cicho? – zapytała, stukając palcami o blat. – Ja nie umiem w ciszy.
– Lubię spokój – odpowiedziałam ostrożnie.
– No tak, starsze osoby często tak mają – rzuciła lekko, jakby to była niewinna uwaga.
Syn zakaszlał nerwowo.
– Może pomożesz mamie w kuchni? – zaproponował.
– Oj, nie, ja tam nie lubię się kręcić – machnęła ręką. – Poza tym przyszliśmy pogadać, a nie pracować.
Wtedy coś we mnie pękło. Spojrzałam na syna i zobaczyłam, że unika mojego wzroku. Jakby już wiedział, że to spotkanie idzie w złą stronę, ale nie miał odwagi tego zatrzymać.
– Zrobisz herbatę? – zapytała mnie nagle. – Bo zaschło mi w gardle.
Bez „proszę”, bez chwili zastanowienia. Wstałam, czując, jak policzki mi płoną. Nie ze złości, lecz ze wstydu. Wyobraziłam sobie, jak opowiadam o tym sąsiadkom, i ścisnęło mnie w żołądku. To miało być pierwsze spotkanie. A ja już wiedziałam, że nie zapomnę go nigdy.
Serce mi podskoczyło
Herbatę podałam bez słowa. Postawiłam filiżanki na stole i usiadłam naprzeciwko nich. W powietrzu wisiało coś ciężkiego, czego nikt nie chciał nazwać. Ona mieszała łyżeczką zbyt długo, syn patrzył w okno.
– Fajne te zasłony – odezwała się nagle. – Takie… tradycyjne.
Nie potrafiłam odgadnąć, czy to był komplement, czy przytyk.
– Wiszą tu od lat – odpowiedziałam krótko.
– No właśnie widać – uśmiechnęła się, ale w jej oczach nie było ciepła. – Teraz robi się inne rzeczy.
Syn wtrącił się szybko:
– Mamo, opowiadałem ci, że Ala pracuje w mieście, w dużej firmie.
– Tak? – spojrzałam na nią uważniej. – To, czym się zajmujesz?
Wzruszyła ramionami.
– Różnie. Trochę tu, trochę tam. Nie lubię, jak mnie ktoś szufladkuje.
Znów zapadła cisza. Próbowałam znaleźć temat, który nie doprowadzi nas do kolejnego zgrzytu.
– A twoi rodzice? – zapytałam spokojnie. – Mieszkają daleko?
– Zależy – odparła. – Z mamą nie utrzymuję kontaktu, a ojciec robi swoje. Każdy żyje po swojemu, nie?
W jej głosie była lekkość, która mnie zaniepokoiła. Jakby więzi były czymś zupełnie nieistotnym.
– Rodzina jest ważna – powiedziałam cicho.
– Dla niektórych – odpowiedziała i spojrzała na syna. – Prawda?
Zabolało mnie to spojrzenie. Syn znów spuścił wzrok. W pewnym momencie wstała i podeszła do kredensu.
– Mogę? – zapytała już po fakcie, biorąc do ręki porcelanową figurkę.
– Uważaj, proszę – wyrwało mi się. – To pamiątka.
– Oj, spokojnie – zaśmiała się. – Nie jestem dzieckiem.
Odstawiła figurkę niedbale, aż zadźwięczało. Serce mi podskoczyło. Poczułam, że to nie jest zwykła nieśmiałość czy stres. To było lekceważenie. Mnie, mojego domu, wszystkiego, co było dla mnie ważne. Spojrzałam na syna z nadzieją, że coś powie. Że zareaguje. On jednak tylko powiedział:
– Mamo, nie przesadzaj.
Te dwa słowa zabolały bardziej niż wszystkie jej zachowania razem wzięte. Wtedy zrozumiałam, że to spotkanie nie jest tylko o niej. Jest o nas.
Nie chciałam robić scen
Kilka dni po tamtym spotkaniu miałam nadzieję, że emocje opadną. Nie opadły. Wręcz przeciwnie. Syn zadzwonił i oznajmił, że wpadną na chwilę w niedzielę, bo akurat będą w okolicy. To oznaczało, że być może w mieszkaniu będą też moi sąsiedzi, bo akurat zaprosiłam ich na kawę. Nie chciałam robić scen, więc się zgodziłam. Gdy przyszli, ona znów weszła pierwsza.
– O, jacy goście – powiedziała głośno, zdejmując płaszcz i rozglądając się po salonie. – Ale towarzystwo.
Sąsiadka uśmiechnęła się grzecznie.
– Dzień dobry – powiedziała. – Pani musi być dziewczyną Mirka.
– No, w końcu ktoś się domyślił – zaśmiała się tamta. – A pani to kto?
Zrobiło mi się gorąco. Nie było w tym pytaniu ciekawości, raczej ocena. Usiedliśmy przy stole. Starałam się kierować rozmowę na bezpieczne tematy, ale ona co chwilę wtrącała coś, co sprawiało, że zapadała niezręczna cisza.
– Ja to nie rozumiem ludzi, co siedzą całe życie w jednym miejscu – rzuciła nagle. – Trzeba od życia brać, co się da.
Sąsiad chrząknął.
– Każdy ma swoje wartości – odpowiedział spokojnie.
– No właśnie – odparła. – Ja cenię wolność.
Spojrzałam na twarze gości. Widziałam zdziwienie, lekkie zmieszanie. I wtedy poczułam wstyd. Jednak kulminacją dnia był moment, gdy zadzwonił jej telefon. Odebrała bez wahania.
– Tak, no jestem u niego – powiedziała głośno. – U matki. Później oddzwonię.
„U matki”. Jakby mówiła o miejscu, nie o człowieku. Sąsiadka spuściła wzrok, ktoś inny udawał, że miesza kawę. A ja siedziałam sztywno, czując, że właśnie coś we mnie pękło. Po ich wyjściu sąsiadka dotknęła delikatnie mojego ramienia.
– Trudna dziewczyna – powiedziała cicho. – Ale to wybranka twojego dziecka, poradzisz sobie.
Uśmiechnęłam się, choć miałam ochotę płakać. Bo wiedziałam już, że nie chodzi tylko o to, co ta dziewczyna zrobi. Chodzi o to, że wszyscy to widzą.
Bałam się, że go stracę
W nocy nie spałam prawie wcale. Wciąż wracały mi w myślach spojrzenia sąsiadów i ton jej głosu, gdy mówiła „u matki”. Nad ranem podjęłam decyzję. Wiedziałam, że jeśli teraz odpuszczę, to będzie jeszcze gorzej. Syn przyszedł sam. Bez zapowiedzi. Stał w drzwiach niepewnie, jak kiedyś, gdy wracał ze szkoły z gorszą oceną.
– Musimy pogadać – powiedział, zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć.
Usiedliśmy w kuchni. Tym razem nie robiłam herbaty. Nie chciałam chować się za uprzejmością.
– Wiesz, że ludzie widzą, jak ona się zachowuje? – zaczęłam spokojnie. – Nie chodzi tylko o mnie.
Westchnął ciężko.
– Mamo, ona jest po prostu bezpośrednia.
– To nie była bezpośredniość – odpowiedziałam. – To był brak szacunku.
Podniósł głos.
– Zawsze wszystko oceniasz! Nigdy nikt nie jest dla ciebie dość dobry!
Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałam.
– To nieprawda – powiedziałam ciszej. – Ja tylko chcę, żebyś był z kimś, kto cię nie odcina od rodziny.
Zapadła cisza. Patrzył na swoje dłonie, jakby dopiero teraz coś do niego docierało.
– Ala mówi, że wywierasz na nią presję – mruknął. – I chcesz mną sterować.
Zabolało. Jednak nie zaprzeczyłam od razu.
– Może czasem się boję – przyznałam. – Bo widzę, że przy niej jesteś inny. Zamknięty.
Podniósł wzrok. W jego oczach pojawiło się zmęczenie.
– Nie wiem już, co mam myśleć – powiedział. – Z nią jest intensywnie. Z tobą… bezpiecznie.
Te słowa brzmiały jak wyrok. Zrozumiałam, że stoję po jednej stronie, ona po drugiej, a syn utknął pomiędzy nami. I że niezależnie od tego, co powiem, coś się skończy. Gdy wychodził, zatrzymał się w progu.
– Daj mi czas – rzucił tylko.
Zostałam sama. Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że mogę nie wygrać tej walki. I że może wcale nie o wygraną tu chodzi.
Czułam ulgę
Minęło kilka tygodni, zanim znów się odezwał. Nie przyjechał. Zadzwonił. Jego głos był spokojniejszy, ale też jakby dalszy.
– Rozstaliśmy się – powiedział krótko.
Nie zapytałam dlaczego. Wystarczyło mi to jedno zdanie i cisza, która po nim zapadła. Czułam ulgę, ale nie taką, z jakiej można się cieszyć. Raczej ciężką, podszytą smutkiem. Bo wiedziałam, że to doświadczenie go zmieniło. Przyszedł do mnie dopiero po kilku dniach. Usiadł w kuchni, w tym samym miejscu co zawsze. Rozejrzał się, jakby sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu.
– Teraz rozumiem, co miałaś na myśli – powiedział cicho. – Ale wtedy… wtedy nie potrafiłem tego zobaczyć.
Nie odpowiedziałam od razu. Podałam mu herbatę. Tym razem wypił ją powoli.
– Każdy musi sam dojść do pewnych rzeczy – powiedziałam w końcu. – Ja też nie zawsze mam rację.
Uśmiechnął się blado. Wiedziałam, że wstyd, który wtedy czułam przed ludźmi, nie zniknął całkiem. Został we mnie jako lekcja. O granicach. O milczeniu. O tym, że miłość do dziecka czasem oznacza zgodę na jego błędy. Dziś jest między nami dobrze. A ja już wiem, że nie wszystko, co boli, jest porażką. Czasem to po prostu cena za to, że nie odwróciłam wzroku.
Janina, 58 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wiedziałam, że na walentynki mąż coś szykuje. Nie sądziłam, że ta niespodzianka ma 3 lata i mówi do niego »tato«”
- „Zadłużyłam się, by zabrać synów na ferie w górach. Chciałam zafundować im wspomnienia i słono przepłaciłam”
- „Tajemniczy Walenty rozpalił moje zmysły na czacie. Gdy zobaczyłam go na żywo, miałam ochotę wiać”