Reklama

Boże, jaka ty jesteś szczęściara – to zdanie słyszę przynajmniej raz w tygodniu, zazwyczaj wypowiadane z nabożnym westchnieniem. Kiedy idziemy ulicą, kobiety oglądają się za nim, a mężczyźni z uznaniem kiwają głowami. Mój mąż wygląda jak skrzyżowanie modela z reklamy perfum i hollywoodzkiego aktora. Jest czarujący, dowcipny i ma ten rodzaj uśmiechu, który otwiera każde drzwi. Ale nikt, absolutnie nikt z tych wzdychających do niego ludzi nie widzi tego, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami naszego mieszkania. Nikt nie wie, że ten ideał nie potrafi włożyć brudnych skarpetek do kosza na pranie, a jego zaradność kończy się tam, gdzie zaczyna się obsługa zmywarki. Żyję w złotej klatce, którą sama pomogłam zbudować, i jestem w niej sprzątaczką, kucharką i menedżerką życia dorosłego mężczyzny.

Wstydziłam się przyznać, że dałam się nabrać

Pamiętam naszą ostatnią rocznicę ślubu. Zorganizowaliśmy małe przyjęcie dla przyjaciół w ogrodzie. Tomek, bo tak ma na imię mój życiowy partner, błyszczał. Stał przy grillu w idealnie wyprasowanej lnianej koszuli, którą oczywiście wyprasowałam ja, trzymając w dłoni szczypce jak berło. Opowiadał anegdoty, dolewał gościom napojów i rzucał komplementami na prawo i lewo. Moje przyjaciółki patrzyły na mnie z nieskrywaną zazdrością.

– Agata, on jest niesamowity – szepnęła mi do ucha Kaśka, kiedy mijałyśmy się w kuchni. – Przystojny, a do tego jak on o ciebie dba! Widziałaś, jak odsunął ci krzesło? Prawdziwy dżentelmen. Mój to by najchętniej siedział przed telewizorem w dresie.

Uśmiechnęłam się krzywo, czując, jak w środku wszystko we mnie kipi. Chciałam jej wykrzyczeć prawdę. Chciałam powiedzieć, że to „odsuwanie krzesła” to jedyna fizyczna czynność, jaką wykonał tego wieczoru, która nie była związana z jedzeniem lub piciem. Chciałam jej powiedzieć, że ja wstałam o szóstej rano, żeby zrobić szaszłyki, które on teraz z dumą przewraca na ruszcie. Że to ja skosiłam trawę, bo on stwierdził, że nie ma czasu. Że całe przyjęcie to moja zasługa, a on jedynie łaskawie zgodził się zaprosić gości. Zamiast tego milczałam. Dlaczego? Bo wstydziłam się przyznać, że dałam się nabrać. Wstydziłam się, że moje małżeństwo to teatr jednego aktora, w którym ja jestem obsługą techniczną, a on gwiazdą zbierającą oklaski.

Rozpłakałam się z bezsilności

Mój dzień zaczyna się zazwyczaj od toru przeszkód. Wstaję pierwsza, bo Tomek potrzebuje dużo snu, żeby – jak sam twierdzi – zachować świeżość umysłu do swojej pracy kreatywnej. Jest grafikiem, freelancerem, co w jego przypadku oznacza, że pracuje, kiedy ma wenę, a kiedy jej nie ma, gra na konsoli lub przegląda media społecznościowe. Kiedy idę do łazienki, potykam się o jego buty rzucone na środku przedpokoju. Wchodzę pod prysznic i widzę pustą butelkę po szamponie, która stoi tam od trzech dni, mimo że prosiłam, by ją wyrzucił. Na umywalce leżą resztki pasty do zębów, bo zakręcenie tubki to wyczyn ponad jego siły.

To są drobiazgi, wiem. Każdy z osobna wydaje się błahy. Ale kiedy te drobiazgi sumują się w lata wspólnego życia, tworzą lawinę, która powoli mnie przytłacza. Pewnego wtorku, który miał być kluczowy dla mojej kariery, bo prezentowałam ważny projekt w firmie, wszystko runęło. Byłam spóźniona. Biegałam po mieszkaniu, szukając teczki z dokumentami.

– Kochanie – usłyszałam głos Tomka z sypialni. Leżał jeszcze w łóżku, przeglądając telefon. – Zrobisz mi kawę? I nie mogę znaleźć mojej niebieskiej koszulki, tej, w której dobrze wyglądam na zoomie.

Zatrzymałam się w pół kroku. Serce waliło mi jak młotem, nie tylko ze stresu, ale z czystej, skondensowanej wściekłości.

– Tomek, spieszę się – rzuciłam, starając się opanować drżenie rąk. – Masz dwie ręce. Ekspres jest w kuchni. A koszulka leży na fotelu, tam gdzie ją rzuciłeś dwa dni temu.

– Ale ty robisz lepszą kawę – mruknął przymilnie, nawet nie podnosząc wzroku znad ekranu. – Poza tym, widziałaś, gdzie są płatki? Chyba się skończyły.

Wyszłam bez słowa. W samochodzie rozpłakałam się z bezsilności. Czułam się jak matka niesfornego nastolatka, a nie żona dorosłego mężczyzny.

To bułka z masłem

W naszym domu jest jeden pokój, który nazywam „komnatą tajemnic”. To pokój gościnny, w którym od czterech miesięcy stoją kartony z nową szafą. Kupiliśmy ją w przypływie optymizmu. Tomek obiecał, że ją skręci.

– To bułka z masłem, kochanie – zapewniał w sklepie, prężąc muskuły przed lustrem w dziale sypialnianym. – W jeden weekend to ogarnę. Nie będziemy płacić za montaż, to zdzierstwo.

Minął tydzień. Potem drugi. Kartony zaczęły obrastać kurzem. Kiedy delikatnie przypominałam mu o obietnicy, zawsze miał wymówkę. Raz bolały go plecy po siłowni. Innym razem nie miał odpowiedniego śrubokręta. Jeszcze innym razem musiał pilnie skończyć projekt, choć widziałam, że przez pół dnia oglądał seriale. Najgorsze było to, że on naprawdę wierzył w swoje wymówki. Wierzy, że jest tak wspaniały, że prozaiczne czynności po prostu nie są godne jego uwagi. Pewnego dnia moja mama przyjechała z wizytą. Kiedy zobaczyła te kartony, spojrzała na mnie znacząco.

– Nadal nieskręcone? – zapytała.

– Tomek jest bardzo zajęty – skłamałam automatycznie. Nienawidziłam się za to. Broniłam go, chociaż w środku krzyczałam.

– Agatko – mama westchnęła i usiadła przy stole. – On jest uroczy, naprawdę. Ale z urody zupy nie ugotujesz. Ty wyglądasz na wykończoną.

To był moment, w którym zrozumiałam, że moja maska pęka. Mama widziała. Może inni też widzieli, tylko byli zbyt taktowni, by o tym mówić?

Mam współlokatora

Przełom nastąpił w listopadzie. Któregoś dnia czułam się fatalnie. Leżałam w łóżku z wysoką temperaturą, a jednocześnie dygocząc z zimna, mimo że byłam przykryta dwiema kołdrami. Tomek wszedł do sypialni około południa. Wyglądał, jakby właśnie wstał.

– Ojej, biedactwo – powiedział, stając w bezpiecznej odległości. – Źle wyglądasz.

– Czuję się okropnie – wychrypiałam. – Czy mógłbyś pójść do apteki? I może zrobisz mi herbatę z cytryną?

Podrapał się po idealnie przystrzyżonej brodzie.

– Wiesz co, umówiłem się z chłopakami na squasha. Nie chcę ich wystawić w ostatniej chwili. Ale herbatę ci zrobię, jasne.

Zatkało mnie. Patrzyłam na niego i nie wierzyłam własnym uszom. Jego żona leżała bez sił, a on martwił się o partyjkę squasha.

– Tomek... – zaczęłam, ale on już był w kuchni.

Wrócił po pięciu minutach z kubkiem letniej wody, w której pływał plasterek cytryny. Bez herbaty.

– Nie mogłem znaleźć torebek – wyjaśnił z rozbrajającym uśmiechem. – A cytryna to sama w sobie zdrowie, prawda? Słuchaj, ja lecę, będę za dwie godzinki. Poradzisz sobie? Zamów sobie coś do jedzenia przez aplikację, bo w lodówce chyba nic nie ma.

Wyszedł. Zostałam sama w cichym mieszkaniu, z kubkiem letniej wody w ręku. Łzy mi ciekły po gorących policzkach. Wtedy dotarło do mnie z całą mocą: jestem sama. Mam męża, ale nie mam partnera. Mam współlokatora, który traktuje mnie jak obsługę hotelową z dodatkowymi benefitami. Musiałam wstać. Ledwo trzymając się na nogach, ubrałam się i pojechałam taksówką do apteki, a potem do rodziców. Nie miałam siły wracać do domu, gdzie czekałby na mnie bałagan i uśmiechnięty, bezużyteczny mąż.

To była moja wina

Spędziłam u rodziców trzy dni. Tomek dzwonił wielokrotnie. Najpierw był zdziwiony, potem lekko poirytowany, a na końcu – o dziwo – spanikowany.

– Agata, gdzie są moje czyste koszule? – pytał w jednej z wiadomości. – Pralka pika i nie wiem, co to znaczy. – pisał w kolejnej. – Wróć, nie mam co jeść, a dostawcy pizzy już mnie znają po imieniu.

Nie odpisywałam. Musiałam sobie wszystko poukładać. Analizowałam nasze pięcioletnie małżeństwo. Zrozumiałam, że Tomek nigdy nie musiał dorosnąć, bo zawsze miał kogoś, kto usuwał mu przeszkody spod nóg. Najpierw robiła to jego nadopiekuńcza matka, a potem pałeczkę przejęłam ja, zaślepiona jego urokiem i tym, jak wspaniale prezentowaliśmy się jako para. To była moja wina. Pozwoliłam na to. Nauczyłam go, że jego nieporadność jest urocza. Że kiedy on czegoś „nie umie”, ja natychmiast wkraczam do akcji i to naprawiam. Kiedy wróciłam do domu, mieszkanie wyglądało jak po przejściu huraganu. W zlewie piętrzyła się góra naczyń, na podłodze leżały pudełka po pizzy, a kosz na śmieci był przepełniony tak bardzo, że odpady wysypywały się na podłogę. Tomek siedział na kanapie, grając na konsoli. Gdy mnie zobaczył, zerwał się z udawaną ulgą.

– No nareszcie! – zawołał, próbując mnie przytulić. – Kochanie, tu jest armagedon bez ciebie. Dobrze, że jesteś. Zrobisz coś do jedzenia? Umieram z głodu.

Odsunęłam go od siebie stanowczym gestem. Spojrzałam mu prosto w oczy. Jego uśmiech nieco zbladł.

– Nie, Tomek – powiedziałam spokojnie, choć w środku cała drżałam. – Nie zrobię.

Zasady się zmieniają

– O co ci chodzi? – zapytał, marszcząc brwi. Wyglądał na autentycznie zdezorientowanego.

– O to, że mam dosyć – usiadłam na fotelu naprzeciwko niego. – Mam dosyć bycia twoją matką, sprzątaczką i kucharką. Jesteś dorosłym, zdrowym mężczyzną. Jeśli potrafisz obsługiwać skomplikowane programy graficzne i przechodzić kolejne poziomy w grach, potrafisz też obsłużyć pralkę i zmywarkę.

– Przesadzasz – prychnął, próbując obrócić to w żart. – Przecież wiesz, że ja mam dwie lewe ręce do prac domowych. Ty to robisz lepiej. To jest twój talent.

– To nie jest talent, Tomek. To jest praca. Ciężka, niewdzięczna praca, której ty w ogóle nie szanujesz – przerwałam mu ostro. – Od dzisiaj zasady się zmieniają.

Wyłożyłam mu kawę na ławę. Podział obowiązków albo separacja. Koniec z praniem jego ubrań, które nie trafią do kosza. Koniec z gotowaniem obiadków, jeśli on nie zrobi zakupów lub nie posprząta po posiłku. Koniec z załatwianiem jego spraw urzędowych, umawianiem go do dentysty i pamiętaniem o urodzinach jego matki. Patrzył na mnie jak na kosmitkę.

– Ale... Agata, ty to mówisz poważnie? – w jego głosie brzmiał lęk. Po raz pierwszy od dawna widziałam, że naprawdę się boi. Boi się utraty wygody.

– Śmiertelnie poważnie. A ta szafa w pokoju gościnnym? – wskazałam na drzwi. – Masz tydzień na jej skręcenie. Jeśli tego nie zrobisz, zatrudniam fachowca i płacisz mu ze swoich prywatnych pieniędzy, tych, które odkładasz na nową konsolę.

Przestałam dbać o to, co myślą inni

Od tamtej rozmowy minęły trzy miesiące. Czy Tomek nagle stał się perfekcyjnym panem domu? Oczywiście, że nie. Życie to nie bajka. Pierwsze tygodnie były koszmarem. Chodził w pogniecionych koszulach, bo przestałam je prasować. Jadł chińskie zupki, bo ja gotowałam tylko dla siebie, jeśli on nie kiwnął palcem w kuchni. Mieszkanie bywało brudne, a ja musiałam zaciskać zęby, żeby nie chwycić za ścierkę i nie posprzątać za niego. To była walka z moimi własnymi przyzwyczajeniami równie mocno, jak z jego lenistwem. Koleżanki nadal zazdroszczą mi męża. Ostatnio na kawie jedna z nich znów zaczęła piać z zachwytu nad jego nowym zdjęciem w mediach społecznościowych.

– Jaki on jest męski! – zachwycała się.

Upiłam łyk kawy i uśmiechnęłam się tajemniczo. Nie wiedzą, że ten „męski” facet wczoraj dzwonił do mnie z pytaniem, czy kolorowe rzeczy można prać w sześćdziesięciu stopniach, bo skurczył swój ulubiony sweter. Ale coś się zmieniło. Szafa w pokoju gościnnym stoi. Krzywa, jedne drzwi się nie domykają, a przy montażu było tyle przekleństw, że uszy więdły, ale skręcił ją sam. Kiedy skończył, był spocony, brudny i... dumny z siebie.

– Zrobiłem to – powiedział, patrząc na ten mebel jak na dzieło sztuki.

– Zrobiłeś – przyznałam, nie kryjąc satysfakcji.

Dziś rano, zanim wyszłam do pracy, zobaczyłam, że zmywarka jest włączona. Nie była zapakowana idealnie, połowa naczyń pewnie się nie domyje, ale to on ją włączył, bez mojego przypominania. Nie mam już w domu idealnego modela, którego obsługuję. Mam faceta, który powoli, bardzo powoli, uczy się, co to znaczy być partnerem. Czasem wciąż ręce mi opadają, zwłaszcza gdy widzę okruchy na blacie, ale przynajmniej nie czuję się już tak potwornie samotna.

Przestałam dbać o to, co myślą inni. Niech zazdroszczą mi przystojniaka. Ja wolę tego faceta, który wczoraj wieczorem, nieporadnie i z przepisem w ręku, ugotował spaghetti. Było rozgotowane, sos był za słony, ale smakowało mi bardziej niż najdroższa kolacja w restauracji. Bo to był pierwszy posiłek, który zrobił dla mnie z własnej inicjatywy, odkąd powiedzieliśmy sobie „tak”. Może jeszcze wyjdziemy na ludzi. A jeśli nie? Cóż, teraz wiem, że poradzę sobie sama. I ta świadomość jest cenniejsza niż wszystkie komplementy świata.

Agata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama