„Wszyscy twierdzili, że babcia plecie androny. Ale to dzięki jej wskazówkom dorobiłam się fortuny”
„Nie odpowiedziałam. Bo co można powiedzieć komuś, kto wierzy, że świat wysyła znaki i że wystarczy iść za głosem serca. Jednak tydzień później doznałam coś na kształt olśnienia. I wtedy przypomniałam sobie słowa babci”.

- Redakcja
Od dwóch lat prowadzę własną firmę, która — nie będę kłamać — przynosi naprawdę porządne pieniądze. Nie zliczę już, ile razy ktoś zapytał mnie: „Jak ty to zrobiłaś?” albo „Skąd wiedziałaś, że to wypali?”. A ja zawsze odpowiadam to samo: zawdzięczam to babci. Tak, tej samej, którą pół rodziny uważało za niepoważną. Tej, której rady wywoływały przewracanie oczami, a opowieści traktowano jak bajki dla dzieci. Nikt jej nie brał na serio. Może i ja sama długo nie potrafiłam odróżnić, co jest mądrością, a co tylko fantazją starej kobiety. Jednak pewnego dnia jej słowa zaczęły mieć sens. I zmieniły moje życie.
Przeszył mnie dreszcz
– Jak coś jest ci w życiu pisane, to świat cię poprowadzi. Trzeba tylko patrzeć uważnie – mówiła, kiedy siedziałyśmy na jej werandzie i obierałyśmy jabłka.
– Babciu, przecież życie to nie bajka. Co mi powiesz? Że nieznajomy przyjdzie do mnie z gotówką i powie: „rób biznes”?
– Nie, głuptasie – uśmiechnęła się pod nosem – ale może cię coś uwierać, coś zauważysz, co innym umknie. I wtedy musisz iść za tym.
– A jak nie zauważę?
– Zobaczysz. Tylko przestań słuchać wszystkich, co to mówią, że trzeba mieć znajomości i milion na start. Ty masz głowę. I masz oczy. To wystarczy.
Westchnęłam. Babcia często mówiła rzeczy, które pachniały starymi legendami. Uwielbiałam z nią rozmawiać, ale traktowałam te rady bardziej, jak opowieści niż instrukcje.
– A co, jak źle zrozumiem ten „znak”?
– To znaczy, że miał być dla kogoś innego. A jak będzie ci przeznaczone, to poznasz.
Nie odpowiedziałam. Bo co można powiedzieć komuś, kto wierzy, że świat wysyła znaki i że wystarczy iść za głosem serca. Jednak tydzień później doznałam coś na kształt olśnienia. I wtedy przypomniałam sobie słowa babci. Tak dosłownie, że aż mnie przeszył dreszcz.
– Nie… To nie możliwe... – szepnęłam do siebie.
Doznałam olśnienia
Stałam wtedy na przystanku z siatką warzyw i całym rozczarowaniem dnia w sercu. „Lokal do wynajęcia – 38 m², niski czynsz” – głosiła tabliczka przyklejona do szyby dawnego warzywniaka. Zamiast iść dalej, zatrzymałam się. I poczułam to ukłucie, o którym wspominała babcia. Wróciłam do domu później niż zwykle. Mama siedziała przy stole, przeglądając gazetę.
– Gdzie ty się tak długo podziewałaś? – zapytała bez podnoszenia głowy.
– Wiesz, przy starej piekarni… tam jest lokal do wynajęcia.
– I co z tego? – spojrzała na mnie podejrzliwie. – Nie myślisz chyba...
– A właśnie, że myślę. Może by tam otworzyć coś swojego. Kawiarnię? Sklep? Coś innego...
– Dziewczyno, ty chyba oszalałaś! Przecież ty nawet nie masz doświadczenia w handlu! A poza tym – skąd ty pieniądze weźmiesz? Babcia ci nakładła do głowy tych swoich bajek?
– Mamo, wiem, że to brzmi głupio, ale jak tam stałam, intuicja mi podpowiedziała, że to miejsce jest dla mnie.
– Intuicja ci powiedziała? Może jeszcze półka z jabłkami ci pomachała?
– Nie śmiej się. Sama babci nie słuchasz, a potem żałujesz.
Mama pokręciła głową i wróciła do gazety.
– Zostaw to. Zajmij się czymś konkretnym. Idź na etat jak każdy. Stabilnie, z ubezpieczeniem. A nie jakieś fanaberie.
Nie mogłam przestać o tym myśleć. Jeszcze tej nocy siedziałam z notesem i zapisywałam pomysły. Nawet nie wiedziałam, że tyle ich mam.
– Jeśli to jest ten „znak” – szepnęłam do siebie – to ja nie odpuszczę.
Poszłam za ciosem
Nie spałam prawie całą noc. Przekładałam się z boku na bok, aż w końcu o piątej rano podjęłam decyzję. Wsunęłam się po cichu w buty, narzuciłam płaszcz i wyszłam z domu. Po drodze kupiłam bułkę i kawę z automatu. O siódmej czekałam już pod lokalem, aż zjawi się właściciel. Przyszedł punktualnie. Szczupły, siwy, z lekkim uśmiechem i torbą na ramieniu.
– Dzień dobry, ja w sprawie ogłoszenia – powiedziałam, zanim zdążył otworzyć drzwi.
– Już ktoś się interesuje? – zdziwił się. – Zapraszam, proszę wejść.
W środku pachniało kurzem i starą boazerią, ale miało to „coś”. Niskie sufity, dwa okna na ulicę i zaplecze, które można by przerobić na kuchnię.
– Ma pani jakiś pomysł? – zapytał, odstawiając torbę.
– Chcę otworzyć coś między małą piekarnią a barem śniadaniowym. Chciałabym, żeby było domowo. Ciepło. Bez pośpiechu.
– Ma pani doświadczenie w gastronomii?
– Nie, ale mam coś innego – babcię, która zawsze powtarzała, że ludzie wracają tam, gdzie ich dobrze nakarmiono i dobrze potraktowano.
Uśmiechnął się pod nosem.
– No cóż, brzmi romantycznie. A pieniądze?
– Mam trochę oszczędności, resztę planuję wziąć z dotacji.
– Wiem, wiem. Miałem już dwie takie panie z podobnymi pomysłami. Chce pani spróbować?
– Chcę. Nawet jeśli się przewrócę, to wolę spróbować, niż żałować, że nie.
– Dobra. Dam pani tydzień na decyzję. Jednak jeśli zadzwoni ktoś zdecydowany, to nie będę czekał.
Podał mi wizytówkę.
– Nie zmarnuję tej szansy – powiedziałam, ściskając ją mocno.
Nie podcięła mi skrzydeł
Po rozmowie z właścicielem poczułam się, jakby we mnie ktoś wlał wiadro energii. Od razu wróciłam do domu i zaczęłam działać. Wiedziałam, że nie mam czasu do stracenia – jeden telefon i lokal może być nie mój.
– Znowu coś wymyśliłaś? – zapytała mama z kuchni, słysząc moje nerwowe kroki.
– Tak. I tym razem nie odpuszczę. Jadę dziś do urzędu pracy, popytać o dotację.
– Znowu te twoje marzenia...
– Nie marzenia. Plan. Poważny plan. Tylko potrzebuję twojej pomocy.
– Mojej?
– Tak. Chcę, żebyś ze mną poszła. Żebyś zobaczyła ten lokal.
Mama spojrzała na mnie jak na kogoś, kto właśnie oświadczył, że zamierza lecieć na Marsa.
– I co ja mam tam zobaczyć?
– To, co ja już widzę. Potencjał.
Po krótkim milczeniu pokiwała głową i westchnęła.
– Dobra. Tylko zobaczyć. Żebyś potem nie mówiła, że nie próbowałam cię odciągnąć od głupoty.
Pojechałyśmy. Pokazałam jej wszystko: front, zaplecze, małe miejsce na ogródek.
– Trochę ciasno – mruknęła.
– Przytulnie. Ludzie nie chcą już plastiku i automatów. Chcą kogoś, kto poda im kawę i zapyta: „jak się czujesz?”
– Ty tak do ludzi mówisz?
– Chcę mówić.
Mama pokręciła głową, ale uśmiechnęła się nieznacznie.
– Wiesz co? Masz coś z mojej matki. Ona też zawsze wiedziała, gdzie warto włożyć serce. Może i tym razem to nie takie szaleństwo, jak myślałam.
To był pierwszy raz, kiedy nie podcięła mi skrzydeł.
Nogi mi się trzęsły
Trzy miesiące później lokal był niemal gotowy. Ściany pomalowane na ciepły kolor, podłoga z porządnego linoleum udającego drewno, a nad ladą — ręcznie malowany szyld: „U Babci Stasi”. W dniu otwarcia nogi mi się trzęsły. Włożyłam prostą sukienkę i fartuszek, związałam włosy, po czym... po prostu stałam za ladą. I czekałam. Weszła pierwsza klientka — starsza pani z różowym kapeluszem.
– Co tu będzie? Sklep?
– Nie. Mały bar śniadaniowy. Kanapki, zupy, herbata z cytryną. Domowo.
– To ja bym zjadła taką zwykłą jajecznicę. Bez cudowania. Może być?
– Może. A chleb do tego chce pani z masłem, czy podsmażony?
Pani uśmiechnęła się.
– Z podsmażonym. Moja babcia tak robiła.
Dwadzieścia minut później było już pięć osób. Jedna przysiadła się do drugiej, zaczęli rozmawiać o pogodzie, o cenach. Czułam, że ludzi zaczyna łączyć coś więcej niż tylko jedzenie. Nagle weszła mama. Rozglądała się ostrożnie, jakby nie chciała się narzucać. Podeszła do lady.
– I co? Działa?
– Działa – odparłam z niedowierzaniem. – Ludzie nie tylko jedzą. Zostają. Jakby im się tu chciało być.
Mama spojrzała na szyld.
– Babcia Stasia byłaby dumna. Choć w sumie... pewnie już wtedy wiedziała, że tak będzie.
– Myślisz, że to wszystko dzięki niej?
– A nie? Sama mówiła: „idź tam, gdzie ci serce szybciej bije”. I właśnie tu bije, prawda?
Popatrzyłam na kolejnego klienta wchodzącego do środka.
– Tak. I mam zamiar zostać tu na długo.
Uśmiechnęłam się z dumą
Minął rok od tamtego dnia. Mam stałych klientów, których znam z imienia. Jedni przychodzą po „jajka jak u mamy”, inni na grzane mleko z miodem, kiedy zimą dokucza gardło. Czasem ktoś po prostu siada, zamawia herbatę i mówi: „Posiedzę chwilę, dobrze tu”. W poniedziałkowe popołudnie, po zamknięciu, usiadłam przy jednym ze stolików z kubkiem czarnej kawy i zeszytem pełnym notatek. W drzwiach zadzwonił dzwoneczek. Zdziwiłam się — przecież było już po godzinach.
– Przepraszam, zamknięte – powiedziałam, ale zaraz dodałam z uśmiechem: – Chyba że pani przyszła po resztkę jabłecznika. Został kawałek.
– Nie, dziękuję – odpowiedziała kobieta w eleganckim płaszczu. – Szukam właścicielki. Pani Barbara?
– Tak, to ja.
– Nazywam się Kalina. Piszę do magazynu o lokalnych biznesach. Ktoś polecił mi pani miejsce. Podobno wszystko zaczęło się… od babci?
– Dokładnie tak. I nie była to żadna biznesmenka ani mentorka. Po prostu starsza pani w fartuchu, która mówiła dziwne rzeczy przy obieraniu jabłek.
– A teraz pani firma ma świetne opinie, zatrudnia trzy osoby i otwiera drugą filię, tak?
Uśmiechnęłam się z dumą.
– Prawda, ale największy sukces to nie liczby. To ludzie, którzy wracają, i ten moment, gdy ktoś mówi: „Dzięki, dziś było mi to potrzebne”.
Kobieta skinęła głową.
– Napiszę o tym. To piękna historia.
Kiedy wyszła, spojrzałam na zdjęcie babci wiszące na ścianie.
– Widzisz, babciu? Mówili, że pleciesz androny. A to ty miałaś rację.
Barbara, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Figlarna Jadwiga z Klubu Seniora wywoływała we mnie dreszcze. Nie moja wina, że żona straciła już cały swój blask”
- „Córka nie chciała zarabiać, bo szlachta nie pracuje. Zdziwiła się, gdy jej hrabiowskie 4 litery wylądowały za drzwiami”
- „Mój mąż myśli, że w pakiecie z żoną dostał darmowy catering. Nie będę mu wiecznie podstawiać ziemniaczków pod nos”