Reklama

Wyjazd w góry z teściami miał być okazją do rodzinnego wypoczynku i odreagowania codziennych stresów. Cieszyłam się, że nasz syn pierwszy raz zobaczy prawdziwy śnieg, a mąż miał wreszcie odpocząć od pracy. Choć wiedziałam, że jego matka lubi być w centrum wydarzeń i bywa trudna, naiwnie wierzyłam, że wśród górskich krajobrazów wszystkim udzieli się lepszy nastrój. Wynajęliśmy przytulny pensjonat blisko stoku, spakowaliśmy ciepłe swetry, narty i termosy z herbatą. Liczyłam na sanki, grzane wino i wieczory przy kominku. Nie przewidziałam jednak, co naprawdę nas czeka.

Byłam zmęczona już przed

Nerwowa krzątanina zaczęła się już tydzień przed wyjazdem. Moja teściowa dzwoniła codziennie, upewniając się, czy na pewno zabierzemy jej ulubioną poduszkę i czy syn nie zapomni czapki z pomponem. Mąż próbował mnie uspokoić, że przecież „z mamą zawsze są emocje”, ale w głębi duszy wiedziałam, że jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, to oberwie się właśnie mnie.

– Kochanie, masz już spakowane moje skarpety narciarskie? – pytał mąż, przeszukując szuflady.

– Nie twoje, tylko twojej mamy, bo ona przecież musi mieć specjalne, wełniane – odparłam z ironią, czując rosnące napięcie.

Syn biegał podekscytowany po domu, co chwilę sprawdzając, czy w walizce są już jego rękawiczki, a ja odliczałam godziny do wyjazdu, próbując ignorować lawinę instrukcji od teściowej. Nawet jej mąż, cichy i pogodny Stefan, tym razem wyglądał na nieco spiętego. W dzień wyjazdu pojawiła się u nas już o szóstej rano. Wparowała do kuchni i zanim zdążyłam zjeść śniadanie, kontrolowała, czy kanapki są odpowiednio zapakowane i czy termosy nie przeciekają. Zniecierpliwiony mąż ładował bagaże do samochodu, a ja łapałam się na myśli, że chyba już jestem zmęczona tym wyjazdem, choć jeszcze nawet nie wyruszyliśmy.

Teściowa dostała szału

Do pensjonatu dotarliśmy w południe, zmęczeni, ale pełni nadziei na przyjemny pobyt. Śnieg skrzypiał pod butami, syn piszczał z radości, a ja poczułam ulgę, widząc przytulne wnętrze i płonący kominek. Gospodyni powitała nas serdecznie, podając gorącą herbatę, ale zanim zdążyłam zdjąć kurtkę, teściowa zaczęła obchód. Zaglądała pod poduszki, otwierała szafy, krytykowała firanki.

– Czy tu zawsze jest tak zimno? – zapytała z wyraźnym wyrzutem, stając w drzwiach pokoju. – I dlaczego ręczniki są takie małe? Jak ja mam się tym owinąć?!

Widziałam, jak mąż przewraca oczami, a jego ojciec z zakłopotaniem chrząka. Próbowałam łagodzić sytuację, sugerując, że zaraz się rozgrzejemy, ale teściowa nie odpuszczała. Gdy dowiedziała się, że śniadania są tylko do dziewiątej, niemal się oburzyła.

– O tej godzinie normalni ludzie jeszcze śpią! Zwłaszcza na urlopie! – wykrzyknęła.

Nawet syn zauważył, że babcia jest spięta. Zamiast wyjść na sanki, utknęliśmy w dyskusjach o jakości pościeli i temperaturze wody. Dopiero po kilku godzinach udało się nam wyjść na śnieg, ale humor był już mocno popsuty. I wtedy dotarło do mnie, że ten wyjazd nie będzie spokojny.

Dała popis w karczmie

Drugiego dnia pobytu postanowiliśmy wybrać się na obiad do polecanej przez gospodarzy karczmy na zboczu góry. Syn marudził, że głodny, mąż próbował rozładować atmosferę żartami, a teściowa… od początku nie była zadowolona.

– Tylko nie zamawiajcie dla mnie tych tłustych rzeczy, po których człowiek nie może się ruszyć! – ostrzegła jeszcze zanim weszliśmy do środka.

Gdy kelnerka podała menu, teściowa skrupulatnie wypytywała o skład każdego dania. Najpierw kategorycznie odmówiła kwaśnicy, bo „to sama sól”, potem odrzuciła pierogi – jej zdaniem zbyt ciężkostrawne. Ostatecznie zażyczyła sobie sałatkę warzywną „ale bez cebuli, bez majonezu i najlepiej bez ziemniaków”. Gdy kelnerka, już lekko zmieszana, odeszła do kuchni, teściowa westchnęła teatralnie.

– Na pewno wszystko i tak będzie zimne i tłuste – mruknęła pod nosem.

Niestety, gdy przyszło jedzenie, od razu zaczęła szukać powodów do narzekania. Raz po raz wytykała brudne sztućce, narzekała na „za miękki” chleb i zbyt słodką herbatę. W pewnym momencie podniosła głos na kelnerkę, domagając się „normalnej kuchni dla ludzi, a nie udziwnień dla turystów”. Mąż zapadł się w sobie, syn patrzył z niepokojem, a ja marzyłam tylko, by skończyć ten posiłek i wyjść jak najszybciej.

Była nie do powstrzymania

Po „przygodzie” w karczmie teściowa przez cały wieczór opowiadała gospodarzom pensjonatu, jak to w Polsce coraz trudniej znaleźć porządne jedzenie i ile trzeba się natrudzić, żeby człowiek nie został „otruty” przez kucharza. Mąż uciekł z synem do pokoju, a ja musiałam słuchać jej wywodów o „prawdziwej, domowej kuchni”. Na drugi dzień postanowiła zorganizować własny obiad, więc zebraliśmy się w kuchni pensjonatu.

– Od razu widać, że tu nikt nie wie, jak się gotuje rosół – skomentowała, przeglądając garnki. – A ta marchewka to w ogóle jakaś bez smaku!

Była nie do powstrzymania. Przeganiała mnie spod blatu, krytykowała wszystko, co robiłam. W pewnym momencie, kiedy próbowałam jej pomóc, warknęła:

– Lepiej już nic nie rób, bo tylko zepsujesz. Ja to zrobię po swojemu.

Nawet Stefan próbował ją powstrzymać:

– Halinko, może trochę mniej soli, co? Pamiętasz, co mówił lekarz...

– Stefan, ty się nie wtrącaj, bo zaraz pójdziesz sam gotować! – odburknęła i zamieszała rosół z takim impetem, że pół zupy chlupnęło na kuchenkę.

Zamiast rodzinnego obiadu wyszło coś w rodzaju kuchennej wojny. Syn zniechęcony siedział przy stole, mąż udawał, że czegoś szuka na korytarzu, a ja miałam ochotę po prostu wyjść z tej kuchni i nigdy nie wracać.

Ostatni wieczór i cyrk na całego

Nasz ostatni wieczór w górach zapowiadał się spokojnie – dzieci miały piec pianki przy kominku, a dorośli planowali wypić grzane wino i powspominać miłe chwile. Niestety, teściowa znalazła sposób, żeby i tę noc zapamiętali wszyscy goście pensjonatu. Zaczęło się od niewinnej sprzeczki z inną wczasowiczką o to, kto pierwszy korzysta z kuchni. Szybko przerodziło się to w burzliwą awanturę.

– Ja tu nie będę czekać, aż ktoś łaskawie zwolni kuchnię! – oburzyła się teściowa, po czym weszła do środka i zaczęła przestawiać garnki. – Nikt mi nie będzie mówił, jak mam żyć!

Wczasowicze stali w drzwiach oniemiali, gospodyni próbowała interweniować, a ja, spaliłam się ze wstydu i usiłowałam ją wyciągnąć z kuchni. Mąż tylko jęknął:

– Mamo, przestań, wszyscy patrzą...

– Niech patrzą! Może się czegoś nauczą! – odparła bojowo.

Potem przyszła kolej na lamenty, że nikt jej nie docenia, a ona wszystko robi dla rodziny. W końcu teściowa wpadła w płacz i zaszyła się w pokoju, zostawiając po sobie zamieszanie, które komentowano jeszcze długo po jej wyjściu. My milczeliśmy, nie mając już siły ani na tłumaczenia, ani na kolejne próby załagodzenia sytuacji.

Czułam tylko zażenowanie

O poranku, gdy pakowaliśmy walizki do samochodu, czułam ulgę zmieszaną z niedowierzaniem, że to już koniec tej przygody. Śnieg iskrzył się w słońcu, dzieci biegały jeszcze po podjeździe, a ja mimowolnie nasłuchiwałam, czy znowu nie usłyszę podniesionego głosu teściowej. Tym razem była cicho, przygaszona po wczorajszych wydarzeniach, nawet nie krytykowała drogi powrotnej ani kawy na stacji. Mąż prowadził w milczeniu, a ja z tyłu próbowałam układać w głowie wszystko, co się wydarzyło.

Myślałam o tym, jak łatwo ktoś potrafi zdominować atmosferę, ukraść radość i zostawić po sobie niesmak. I o tym, że nawet jeśli bardzo się starasz, nie zawsze uda się zbudować prawdziwą rodzinność, gdy jeden z jej filarów robi wszystko, by nikt inny nie czuł się dobrze. Zastanawiałam się, czy kiedyś zdołam o tym zapomnieć i śmiać się z tej historii, ale na razie czułam tylko zażenowanie. Do końca życia będę pamiętać, jak matka mojego męża zrobiła z naszego wyjazdu cyrk i sprawiła, że do dziś, słysząc jej głos, czuję lekkie ukłucie wstydu. Jedno wiem na pewno – więcej na ferie z teściami się już nie wybiorę.

Elżbieta, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama