Reklama

Myślałem, że to będzie idealne rozwiązanie. Chciałem pomóc, wyciągnąć rękę do człowieka, który po utracie pracy gnuśniał w fotelu, czując się niepotrzebny. Nie wiedziałem wtedy, że wpuszczając Ryszarda do mojego biura, wpuszczam lisa do kurnika, a moje zawodowe królestwo, budowane latami ciężkiej pracy, zacznie sypać się jak domek z kart. Jednak prawdziwy dramat nie rozegrał się w sali konferencyjnej, gdy w końcu wręczyłem mu wypowiedzenie. Zaczął się w domu, gdy kobieta, której przysięgałem miłość, zamiast stanąć po mojej stronie, ukarała mnie ciszą, która raniła głębiej niż jakiekolwiek słowa.

Łączenie rodziny z biznesem to proszenie się o kłopoty

Wszystko zaczęło się niewinnie, podczas jednego z niedzielnych obiadów, które zazwyczaj były dla mnie testem cierpliwości. Siedzieliśmy przy stole nakrytym wykrochmalonym obrusem, a mój teść, Ryszard, po raz dziesiąty opowiadał tę samą historię o zarządzaniu wielkim zakładem produkcyjnym w latach dziewięćdziesiątych. Widziałem, jak gaśnie. Od kiedy zwolnili go z pracy, stracił swój cel. Ewelina, moja żona, patrzyła na niego z troską, która ściskała mi serce.

– On potrzebuje zajęcia, Paweł – szepnęła mi wieczorem w sypialni, gdy gasiliśmy światła. – Widzisz, jak on marnieje? Ma tyle doświadczenia, a siedzi przed telewizorem i komentuje wiadomości. Może znalazłoby się coś u ciebie w firmie? Nawet tylko na pół etatu, żeby czuł się potrzebny.

Moja firma zajmująca się projektowaniem i realizacją wnętrz komercyjnych rozwijała się dynamicznie. Potrzebowałem kogoś zaufanego do nadzoru technicznego nad ekipami wykończeniowymi. Kogoś, kto spojrzy gospodarskim okiem na zużycie materiałów i dopilnuje terminów. Ryszard, ze swoim technicznym umysłem i obsesją na punkcie porządku, wydawał się – przynajmniej w teorii – kandydatem idealnym.

– To może nie być dobry pomysł, kochanie – próbowałem oponować, czując dziwny ucisk w żołądku. – Łączenie rodziny z biznesem to proszenie się o kłopoty.

– Przesadzasz – ucięła, całując mnie w policzek. – Tata cię szanuje. Będzie ci wdzięczny. Zrób to dla mnie.

Zrobiłem to dla niej. Następnego dnia zaproponowałem Ryszardowi stanowisko koordynatora technicznego. Jego oczy, dotąd matowe, nagle zapłonęły dawnym blaskiem. Wyprostował się i uścisnął moją dłoń.

– Nie zawiedziesz się, synu. Zrobimy z tej twojej firemki prawdziwe przedsiębiorstwo – powiedział tonem, który już wtedy powinien zapalić w mojej głowie czerwoną lampkę. Użył słowa „zrobimy”.

Ty się znasz na fakturach, a ja na życiu

Początek był nawet obiecujący. Ryszard przychodził do biura punktualnie, ubrany w wyprasowaną koszulę, z teczką pod pachą. Zajął się inwentaryzacją magazynu i muszę przyznać, że wykrył kilka nieścisłości, które umknęły moim pracownikom. Byłem pod wrażeniem i zacząłem wierzyć, że moje obawy były bezpodstawne. Jednak sielanka trwała zaledwie dwa tygodnie. Pierwszy zgrzyt nastąpił w kuchni pracowniczej. Wszedłem tam zrobić sobie kawę i zastałem teścia, który prowadził monolog do dwóch architektek, Kasi i Marty. Dziewczyny stały ze spuszczonymi głowami, trzymając kubki jak tarcze.

– ...bo widzicie, drogie panie, w pracy nie chodzi o to, żeby było ładnie i kolorowo, tylko żeby było funkcjonalnie – perorował, machając łyżeczką. – Te wasze projekty, widziałem na biurku, to jakaś abstrakcja. Kto to wyczyści? Kto to odmaluje? Ja bym tam dał lamperię, a nie jakieś fikuśne panele.

– Ryszardzie – wtrąciłem się, starając się brzmieć łagodnie. – Dziewczyny pracują nad projektem dla butiku modowego. Tam estetyka jest kluczowa.

Odwrócił się do mnie powoli, z uśmiechem, który przypominał ten, jakim obdarza się niegrzeczne dziecko.

– Pawełku, ty się znasz na fakturach, a ja na życiu. Klient ci podziękuje, jak mu się ściana nie ubrudzi po miesiącu. A wy, posłuchajcie starszego.

„Pawełku”. W moim własnym biurze, przy moich podwładnych. Poczułem, jak krew uderza mi do twarzy. Dziewczyny wymknęły się szybko, rzucając mi przepraszające spojrzenia. Wziąłem teścia na bok.

– Tato – zacząłem, choć w firmie umówiliśmy się na formę „panie Ryszardzie” przy pracownikach. – Proszę, nie podważaj kompetencji moich projektantów. I nie mów do mnie „Pawełku” przy ludziach. To nieprofesjonalne.

Poklepał mnie po ramieniu.

– Nie bądź taki sztywny. Rodzina jesteśmy. A one muszą się jeszcze dużo nauczyć.

Zbagatelizowałem to. Uznałem, że to kwestia dotarcia się. Jak bardzo się myliłem.

Zrozumiałem wtedy, że jestem w pułapce

Z każdym kolejnym tygodniem Ryszard coraz śmielej przesuwał granice. Zaczął traktować moją firmę jak przedłużenie swojego domu, a moich pracowników jak niesfornych wnuków, których trzeba wychować. Wchodził do mojego biura bez pukania, przerywał spotkania, by skomentować pogodę albo politykę. Zaczął ingerować w zamówienia. Pewnego dnia mój główny zaopatrzeniowiec, Tomek, przyszedł do mnie blady ze wściekłości.

– Szefie, musimy pogadać – powiedział, zamykając za sobą drzwi. – Pan Ryszard anulował zamówienie na włoskie płytki do apartamentowca.

Zerwałem się z fotela.

– Co zrobił?! Przecież jutro wchodzi ekipa kładąca podłogi! To kluczowy termin!

– Powiedział, że znalazł tańszy zamiennik w hurtowni u swojego znajomego. Że tamte były „nieprzyzwoicie drogie” i że szef, czyli pan, nie szanuje pieniądza. Zamówił jakieś inne, które wyglądają jak posadzka w garażu.

Złapałem się za głowę. Musiałem osobiście odkręcać sprawę, przepłacać za ekspresową dostawę z innego źródła i tłumaczyć się przed klientem z opóźnienia. Kiedy wezwałem Ryszarda na dywanik, był autentycznie zdziwiony.

– Oszczędziłem ci piętnaście tysięcy złotych! – grzmiał, siedząc naprzeciwko mnie. – Powinieneś mi premię dać, a nie krzyczeć. Ci twoi ludzie to rozrzutni amatorzy. Ty zresztą też dajesz się naciągać. Za miękki jesteś, Paweł. Biznes trzeba trzymać krótko.

– To jest projekt premium, Ryszardzie! – krzyknąłem, tracąc panowanie. – Klient płaci za włoski marmur, a nie za gres z promocji! Nie masz prawa zmieniać moich decyzji!

– Ja chcę dla ciebie dobrze! Jak twoja żona by usłyszała, ile pieniędzy wyrzucasz w błoto, to by się za głowę złapała.

To był cios poniżej pasa. Wciąganie Eweliny w sprawy firmy było czymś, czego unikałem jak ognia. Wróciłem do domu wykończony. Ewelina, zamiast zapytać, jak minął dzień, przywitała mnie chłodnym spojrzeniem.

– Tata dzwonił – powiedziała. – Mówił, że na niego krzyczałeś. Że chciał pomóc, zaoszczędzić, a ty go potraktowałeś jak śmiecia przy pracownikach.

– Ewelina, on niemal położył mi kontrakt wart ogromne pieniądze! – próbowałem się bronić.

– On ma serce na dłoni, Paweł. Jest starszym człowiekiem. Mógłbyś mieć trochę więcej szacunku. To mój ojciec.

Zrozumiałem wtedy, że jestem w pułapce.

Wiedziałem, że to koniec

Atmosfera w biurze gęstniała. Pracownicy przestali przychodzić do mnie z problemami, bojąc się, że Ryszard się dowie i zacznie ich pouczać. Zaczęły się dziwne wymówki, byle tylko nie być w biurze. Czułem, jak mój zespół, który budowałem latami, rozpada się przez jednego człowieka. Kroplą, która przelała czarę goryczy, była wizyta strategicznego inwestora. Pan Aleksander, człowiek o nienagannej kulturze i ogromnych wymaganiach, przyjechał, by omówić ze mną nowy projekt. To było zlecenie, które miało wywindować moją firmę na zupełnie nowy poziom. Przygotowaliśmy się perfekcyjnie. Prezentacja, makiety, próbki materiałów. Siedzieliśmy w sali konferencyjnej, omawiając detale recepcji.

– Zależy mi na tym, żeby te ścianki działowe były dźwiękoszczelne, ale transparentne. Szkło o zmiennej przezierności będzie idealne – mówił pan Aleksander.

Wtedy otworzyły się drzwi i wszedł Ryszard. W ręku trzymał kanapkę zawiniętą w papier śniadaniowy. Nie pukał.

O, widzę, że mamy gości – rzucił jowialnie, podchodząc do stołu. – Dzień dobry, jestem teściem właściciela, Ryszard. Prawa ręka, można powiedzieć.

Zamarłem. Pan Aleksander uniósł brew, patrząc na wyciągniętą dłoń Ryszarda, w której ten wciąż trzymał nadgryzioną kanapkę.

– Dzień dobry – odpowiedział chłodno inwestor.

– Słyszałem coś o szkle – kontynuował Ryszard, nie zważając na moje spojrzenie. – Panie kochany, to szkło to fanaberia. Kosztuje krocie, a psuje się po roku. My tu z zięciem zrobimy panu solidne ścianki z karton-gipsu z dobrym wygłuszeniem. Tanio i solidnie.

W sali zapadła cisza. Pan Aleksander powoli zamknął swój notes. Wstał, zapiął marynarkę i spojrzał na mnie z politowaniem.

– Panie Pawle, wydawało mi się, że rozmawiam z poważną firmą designerską, a nie z... rodzinnym kramikiem budowlanym. Dziękuję za czas. Skontaktujemy się z panem. Albo i nie.

Wyszedł. Nie zatrzymywałem go. Wiedziałem, że to koniec. Straciłem kontrakt życia przez głupi żart i brak wyczucia człowieka, któremu dałem pracę z litości. Ryszard stał na środku sali i przeżuwał kanapkę.

– Co on taki drażliwy? Prawdę mu powiedziałem. Ci bogacze to nie mają poczucia humoru.

Traktujesz to miejsce jak swój folwark

– Proszę, wyjdź z sali – powiedziałem cicho.

– Co? – Ryszard przestał żuć.

– Nie możesz tu dalej pracować. Zwalniam cię.

Ryszard zaśmiał się nerwowo.

– Dobre, Pawełku. Dobre. Ale teraz na poważnie...

– Jestem śmiertelnie poważny – podniosłem głos. – Zrujnowałeś mi spotkanie z najważniejszym klientem w historii tej firmy. Podważasz mój autorytet, obrażasz pracowników, ignorujesz polecenia. Traktujesz to miejsce jak swój folwark. Koniec z tym. Proszę, oddaj przepustkę i klucze. Teraz.

Jego twarz zmieniła się w ułamku sekundy.

– Jak możesz – wycedził. – Ja ci chciałem pomóc. Ja ci chciałem pokazać, jak się prowadzi interesy. Tak dziękujesz za moje doświadczenie? Wyrzucasz z pracy ojca swojej żony?

– Wyrzucam niekompetentnego pracownika, który działa na szkodę spółki. To, że jesteś moim teściem, chroniło cię o wiele za długo.

Wychodząc, trzasnął drzwiami tak mocno, że ze ściany spadł dyplom uznania, który dostaliśmy rok wcześniej. Przez szybę widziałem, jak moi pracownicy patrzą na to z mieszaniną przerażenia i ulgi. Kiedy Ryszard opuścił budynek, w biurze rozległ się niemal słyszalny zbiorowy wydech. Wiedziałem, że postąpiłem słusznie. Uratowałem firmę. Ale wiedziałem też, że prawdziwy cyrk dopiero się zacznie.

Rodziny się nie zdradza

Wracałem do domu z duszą na ramieniu. Układałem w głowie scenariusze, argumenty, mowy. Spodziewałem się krzyków, płaczu, wyrzutów. Byłem gotowy na kłótnię. Byłem gotowy walczyć o swoje racje. Kiedy wszedłem do domu, panowała w nim idealna cisza. Ewelina siedziała w salonie, czytając książkę. Nawet nie podniosła wzroku.

– Cześć – powiedziałem, stając w progu. – Musimy porozmawiać.

Przewróciła kartkę. Cisza.

– Ewelina, zwolniłem twojego tatę. Wiem, że już dzwonił. Wiem, co nagadał. Ale musisz wysłuchać mojej wersji. On obraził klienta, straciliśmy kontrakt. Nie miałem wyjścia.

Nadal patrzyła w książkę, ignorując mnie.

– Kochanie, to jest moja praca. To z tego żyjemy. Nie mogłem pozwolić, żeby to zniszczył – podszedłem bliżej.

Wtedy wstała. Powoli, z godnością. Spojrzała na mnie wzrokiem tak lodowatym, że poczułem dreszcz na plecach. Nie było w nim złości. Była w nim pogarda. Ominęła mnie szerokim łukiem, jakbym był powietrzem, i poszła do sypialni. Usłyszałem trzask zamka. Przez kolejne dni żyłem w domu widmo. Ewelina przestała się do mnie odzywać. Całkowicie. Nie odpowiadała na pytania, nie reagowała na moje obecności. Gotowała obiady tylko dla siebie. Pranie robiła tylko swoje. Kiedy wchodziłem do pokoju, ona wychodziła.

To nie była zwykła „ciche dni”. To była demonstracja lojalności. Wybrała. W konflikcie między mężem, który dba o byt rodziny, a ojcem, którego urażona duma była ważniejsza niż fakty, stanęła po stronie ojca. Próbowałem tłumaczyć. Przynosiłem kwiaty. Próbowałem pokazać jej wyliczenia strat. Nic nie działało. Cisza była murem, którego nie potrafiłem przebić. Ryszard w tym czasie dzwonił do niej codziennie, słyszałem jej przyciszony głos, pełen współczucia, gdy z nim rozmawiała. Dla niego miała słowa. Dla mnie – tylko pustkę. Najgorszy był wieczór, gdy wróciłem wcześniej i usłyszałem fragment jej rozmowy z matką.

– ...tak mamo, wiem. To było okropne. Tata jest załamany. Nie, nie rozmawiam z nim. Niech poczuje, co zrobił. Musi zrozumieć, że rodziny się nie zdradza.

Zdrada. Tak to nazwała. Obrona mojej firmy, naszej przyszłości, przed toksycznym zachowaniem jej ojca była dla niej zdradą. W tym momencie coś we mnie pękło. Zrozumiałem, że w tym małżeństwie zawsze będę tym drugim. Że cokolwiek zrobię, Ryszard zawsze będzie miał immunitet, a ja będę tym, który musi przepraszać za to, że oddycha.

Dom to dom, praca to praca

Minęły dwa miesiące. Firma odżyła. Tomek i dziewczyny znowu pracują z energią, odzyskaliśmy spokój i profesjonalizm. Nawet udało mi się odkręcić sytuację z panem Aleksandrem – wysłałem mu osobisty list z przeprosinami i wyjaśnieniem sytuacji. Docenił szczerość i wróciliśmy do rozmów. W domu jednak cisza trwa, choć zmieniła swój charakter. Ewelina zaczęła się odzywać, ale są to zdawkowe komunikaty techniczne: „kup mleko”, „rachunek przyszedł”. Nie ma już bliskości, nie ma zaufania. Śpię w gościnnym pokoju.

Wczoraj podjąłem decyzję o separacji. Nie dlatego, że przestałem ją kochać. Ale dlatego, że nie mogę żyć z kobietą, która karze mnie za to, że nie pozwoliłem się zniszczyć jej ojcu. Zrozumiałem, że zatrudniając teścia, nie tylko popełniłem błąd biznesowy. Przeprowadziłem test wytrzymałości mojego małżeństwa. Test, który oboje oblaliśmy.

Patrzę teraz na swoje biuro, tętniące życiem i kreatywnością, i wiem jedno: są granice, których nie wolno zacierać. Dom to dom, praca to praca. A lojalność małżeńska powinna działać w dwie strony. Jeśli jej nie ma, zostają tylko puste ściany, których żaden, nawet najlepszy architekt, nie wypełni ciepłem.

Paweł, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama