Reklama

To miał być jeden z tych spokojnych wieczorów, kiedy jedynym zmartwieniem jest wybór serialu i to, czy zamówić pizzę, czy jednak zrobić sałatkę. Wróciłam wcześniej z delegacji, chcąc zrobić mężowi niespodziankę. Cicho przekręciłam klucz w zamku, weszłam do przedpokoju i wtedy to poczułam. Nie był to zapach obiadu ani świeżo wypranej pościeli. To była ciężka, słodka, dusząca woń oudu, piżma i drogiej róży. Zapach, który krzyczał „luksus” i „tajemnica”. Zapach, którego nigdy w życiu nie używałam. W tamtej chwili, stojąc w płaszczu w swoim własnym korytarzu, poczułam, jak mój idealnie poukładany świat zaczyna pękać.

Czułam, że coś jest nie tak

Jestem osobą, która ceni sobie minimalizm. Mój dom to biel, beże, naturalne drewno i zapach świeżej bawełny lub cytrusów. Nie znoszę ciężkich, orientalnych woni, od których po pięciu minutach boli mnie głowa. Dlatego ten zapach uderzył mnie jak odór. Był wszędzie. Unosił się w przedpokoju, ciągnął smugą w stronę salonu, a najintensywniejszy wydawał się przy wieszaku na płaszcze. Zupełnie zgłupiałam. Pierwsza myśl? Może mama wpadła z wizytą i testowała jakieś nowe próbki? Ale mama mieszkała dwieście kilometrów stąd, a poza tym jest wierna swoim konwaliowym perfumom od lat osiemdziesiątych. Może sąsiadka? Pani Halinka z dołu czasem gotuje egzotyczne potrawy, a wentylacja w naszym bloku pozostawia wiele do życzenia. Pociągnęłam nosem jeszcze raz. Nie. To nie było jedzenie. To były perfumy. Bardzo drogie, bardzo niszowe i bardzo obce. Zdjęłam buty, starając się nie robić hałasu, chociaż serce biło mi tak głośno, że miałam wrażenie, iż słychać je na klatce schodowej.

– Marek? – zawołałam cicho, ale odpowiedziała mi cisza.

Dom był pusty. Weszłam do salonu. Na kanapie leżał niedbale rzucony koc, a na stoliku kawowym stały dwa kubki. Jeden po kawie – czarnej, takiej jak pije Marek. Drugi, z resztką szminki na brzegu, po herbacie. Podeszłam bliżej, czując, jak żołądek podchodzi mi do gardła. Odcień szminki był głębokim burgundem. Ja używam tylko błyszczyków w kolorze nude.

Kłamstwo ma krótkie nogi

Usiadłam na fotelu, niezdolna do racjonalnego myślenia. Patrzyłam na ten kubek jak na dowód zbrodni. W głowie zaczęłam układać puzzle, które do tej pory ignorowałam. Marek ostatnio się zmienił. Zrzucałam to na karb stresu w pracy – jest architektem, walczyli o duży kontrakt na rewitalizację starej fabryki. Bywał nieobecny, zamyślony, często wychodził na balkon, żeby „przewietrzyć głowę”, a tak naprawdę siedział tam z telefonem. Kiedy pytałam, co się dzieje, zbywał mnie uśmiechem i mówił, że jestem przewrażliwiona.

– Ewa, kochanie, po prostu dużo się dzieje. Jak tylko domkniemy projekt, zabieram cię na wakacje – obiecywał, całując mnie w czoło.

Teraz ten pocałunek wydawał mi się fałszem. Wrócił godzinę później. Usłyszałam zgrzyt klucza w zamku i jego radosne gwizdanie. Wszedł do salonu z bukietem tulipanów, moich ulubionych. Zamarł, gdy zobaczył mnie siedzącą w ciemności, wpatrzoną w brudne naczynia.

– Ewa? Już jesteś? Myślałem, że wracasz jutro! – W jego głosie wyczułam nutę paniki, którą szybko próbował przykryć entuzjazmem.

Zapaliłam lampkę.

– Niespodzianka – powiedziałam sucho. – Kto tu był, Marek?

Spojrzał na stolik, na kubki. Jego wzrok uciekł w bok tylko na ułamek sekundy, ale ja to zauważyłam. Znam go od dziesięciu lat, jesteśmy małżeństwem od pięciu. Znam każdą jego minę.

– A, to? – Zaśmiał się nerwowo. – Klientka wpadła. Musieliśmy omówić detale projektu, a w biurze mamy remont i wiercą tak, że nie da się myśleć. Przyniosła próbki materiałów.

– Klientka – powtórzyłam. – Klientka, która pije herbatę w naszym salonie, kiedy mnie nie ma, i zostawia po sobie zapach, jakby wylała na siebie cały flakon arabskich perfum?

Marek podszedł do mnie, kładąc kwiaty na stole.

– Ewa, nie zaczynaj. To naprawdę bogata kobieta, ma specyficzny gust. Wiesz, jacy są ci inwestorzy. Muszę być dla nich miły. To tylko biznes.

Chciałam mu wierzyć. Boże, jak bardzo chciałam mu wierzyć. Wzięłam te tulipany, wstawiłam do wazonu i udawałam, że ten zapach oudu powoli wietrzeje. Ale on nie wietrzał. Wszedł w tapicerkę, w zasłony, a przede wszystkim – wwiercił się w mój mózg.

Jak bohaterka taniego kryminału

Przez kolejne dni zachowywałam się normalnie, ale w środku byłam kłębkiem nerwów. Zaczęłam robić rzeczy, którymi gardziłam. Sprawdzałam jego kieszenie, gdy brał prysznic. Wąchałam jego koszule, zanim wrzuciłam je do pralki. Czułam się brudna i upokorzona, ale intuicja nie dawała mi spokoju. Ten zapach stał się moją obsesją. Zaczęłam szukać go w internecie. Wpisywałam w wyszukiwarkę frazy: „ciężkie perfumy oud róża luksusowe”. Przeglądałam fora, aż w końcu trafiłam na flakon, który pasował do opisu – czarne szkło ze złotymi zdobieniami, cena zwalała z nóg. Ponad tysiąc złotych za buteleczkę. To nie była zwykła klientka. W międzyczasie spotkałam się z moją siostrą, Anią. Ona zawsze twardo stąpała po ziemi.

– Ewa, może przesadzasz? – zapytała, siorbiąc latte w naszej ulubionej kawiarni. – Facet przynosi ci kwiaty, wraca do domu na noc. Może faktycznie to jakaś ekscentryczna bogaczka, z którą musi się liczyć? Wiesz, jak jest w branży.

– Ania, ty nie czułaś tego zapachu. To nie był zapach „biznesowy”. To był zapach sypialniany. Zmysłowy. I ta szminka... Dlaczego nie umył kubka?

– Bo faceci to bałaganiarze? – zasugerowała. – Słuchaj, jeśli cię to tak męczy, to po prostu miej oczy szeroko otwarte. Ale nie niszcz wszystkiego przez podejrzenia.

Posłuchałam jej, ale tylko połowicznie. Postanowiłam, że muszę zobaczyć tę „klientkę”. Wiedziałam, że Marek ma we wtorki spotkania koordynacyjne. Powiedziałam mu, że we wtorek idę na jogę i wrócę późno. Zamiast na jogę, pojechałam pod jego biuro. Siedziałam w samochodzie, czując się jak bohaterka taniego kryminału. Było mi zimno, wstydziłam się samej siebie, ale musiałam wiedzieć. O 17:00 Marek wyszedł z biura. Nie sam. Obok niego szła kobieta. Wysoka, z burzą ciemnych włosów, ubrana w płaszcz, który kosztował pewnie więcej niż mój samochód. Śmiali się. W pewnym momencie ona położyła mu dłoń na ramieniu, a on nie odsunął się. Wręcz przeciwnie – nachylił się w jej stronę. Wsiedli do jej samochodu. Luksusowego SUV-a. Ruszyłam za nimi.

Prawda ukryta w butiku

Jechali do centrum handlowego, ale nie do części z kinem i restauracjami. Zaparkowali pod ekskluzywnym domem handlowym. Śledziłam ich z bezpiecznej odległości. Serce waliło mi jak młotem. Widziałam, jak wchodzą do butiku z niszowymi perfumami. Stałam za witryną sklepu obok, udając, że oglądam torebki. Widziałam ich odbicie w szybie. Ona psikała mu coś na nadgarstek, on wąchał, śmiał się, potem ona psikała na swoją szyję i dawała mu powąchać. To był intymny taniec. To nie było spotkanie architekta z inwestorką. To była gra wstępna.

Wtedy zrozumiałam, skąd znałam ten zapach. To nie były perfumy, które ona zostawiła przypadkiem. To były perfumy, które wybierali razem. Albo... które ona wybierała dla niego, by naznaczyć go swoim zapachem. Gdy wyszli, poczułam tę woń. Tę samą. Oud, róża, szafran. Mieszanka, która od tamtego wieczoru śniła mi się po nocach. Marek niósł małą, czarną torebkę z logo perfumerii. Wsiadłam do auta i odjechałam, zanim mnie zauważyli. Wróciłam do domu i spakowałam jego walizkę.

Ostatni element układanki

Kiedy Marek wrócił wieczorem, był w świetnym nastroju. Pachniał nią.

– Cześć kochanie! Jak joga? – zapytał, wchodząc do kuchni, gdzie siedziałam przy stole.

Na blacie leżała jego spakowana walizka. Uśmiech zniknął z jego twarzy w ułamku sekundy.

– Co to jest? Gdzieś wyjeżdżamy?

– Ty wyjeżdżasz – powiedziałam spokojnie. Ten spokój mnie samą przerażał. Był efektem totalnego wypalenia emocjonalnego. – Wyprowadzasz się.

– Ewa, o czym ty mówisz? Co się stało?

– Byłam dzisiaj pod biurem. Widziałam twoją „klientkę”. Widziałam was w perfumerii. I czuję ten zapach, Marek. Ten cholerny, arabski smród, którym przesiąkłeś.

Marek zbladł. Próbował jeszcze walczyć, zaprzeczać, wymyślać kolejne kłamstwa o „budowaniu relacji z kluczowym inwestorem”.

– Przestań – przerwałam mu. – Po prostu przestań mnie obrażać. Wiem, co widziałam. Wiem, co było na tym kubku. I wiem, co czuję teraz. To koniec.

Usiadł ciężko na krześle, chowając twarz w dłoniach.

To nie tak, jak myślisz – wydukał. – To... to skomplikowane.

– Co jest skomplikowane? To, że sypiasz z inną kobietą w naszym domu, kiedy jestem w pracy?

– Nie sypialiśmy tutaj! – krzyknął, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. – Tylko raz... raz wpadła, bo była w okolicy. Rozmawialiśmy. Ewa, ona... ona jest inna. Fascynująca. To taki inny świat. Ona mi imponuje, rozumiesz? Jej pieniądze, jej styl bycia, ta pewność siebie. Poczułem się przy niej jak ktoś ważny.

Patrzyłam na niego i nie widziałam mężczyzny, którego kochałam. Widziałam małego chłopca, który zachłysnął się błyskotką.

– Zaimponowała ci pieniędzmi i drogimi perfumami, więc postanowiłeś przekreślić pięć lat małżeństwa? – zapytałam z niedowierzaniem.

– Nie chciałem niczego przekreślać! To miał być tylko... epizod. Ona nawet nie szuka stałego związku, ma męża w Dubaju. To była tylko zabawa.

– Zabawa – powtórzyłam. To słowo bolało bardziej niż zdrada. Byłam dla niego bezpieczną przystanią, do której wracał po „zabawie” w luksusowym świecie, do którego aspirował, a do którego nigdy nie pasował.

Wdycham zapach wolności

Wyrzuciłam go tego samego wieczoru. Płakał, przepraszał, prosił o szansę. Mówił, że zerwie z nią kontakt, że te perfumy wyrzuci do śmietnika. Ale ja wiedziałam, że to nie o perfumy chodzi. Chodziło o to, że on zawsze pragnął czegoś więcej, czegoś „lepszego”, czego ja – w jego mniemaniu – nie mogłam mu dać. Zwykła, stabilna miłość i wspólne wieczory przy pizzy przestały mu wystarczać, gdy poczuł zapach wielkiego świata. Następnego dnia zamówiłam firmę sprzątającą. Poprosiłam o pranie wszystkiego: dywanów, sofy, zasłon. Chciałam wytrzebić ten zapach z każdego zakamarka mieszkania. Kupiłam nowe kubki. Wyrzuciłam poduszki z kanapy.

Minęło pół roku. Rozwód jest w toku. Marek próbował wracać, dzwonił, pisał listy. Okazało się, że jego „fascynująca” klientka znudziła się nim, gdy tylko zaczął robić problemy i marudzić o ratowaniu małżeństwa. Dla niej był tylko zabawką, lokalną atrakcją podczas pobytu w Polsce. Dla mnie był całym światem, który sam zniszczył. Wczoraj byłam w galerii handlowej. Przechodziłam obok tej samej perfumerii. Zatrzymałam się i weszłam do środka. Podeszłam do półki z niszowymi zapachami i znalazłam ten flakon. Czarny ze złotem. Psiknęłam na papierek. Woń oudu i róży uderzyła mnie z tą samą mocą co wtedy. Ale tym razem nie poczułam strachu ani bólu. Poczułam coś dziwnego – ulgę.

Ten zapach, który zniszczył moje małżeństwo, uratował mi życie. Gdyby nie on, gdyby nie ta intensywna, bezczelna nuta, która nie dała się zignorować, pewnie jeszcze długo żyłabym w kłamstwie, piorąc jego koszule i wierząc w bajki o nadgodzinach. Wyszłam z perfumerii i kupiłam sobie nowe perfumy. Świeże, z nutą bergamotki i zielonej herbaty. Zapach czystego startu. W moim domu już nic nie śmierdzi. Ani cudzymi perfumami, ani kłamstwem. I choć czasem wieczorami cisza w mieszkaniu dzwoni w uszach, wolę ją niż fałszywą melodię, którą grał mi Marek. Nigdy nie lekceważcie swojej intuicji. I nigdy nie ignorujcie zapachów, które nie pasują do waszego życia. Czasem nos wie więcej niż serce.

Ewa, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama