„Wydałam fortunę na ferie w Białce Tatrzańskiej, by uczcić sukces zawodowy. Jeden telefon i byłam bezrobotna”
„Stałam na środku stoku w drogim kombinezonie, z telefonem przyklejonym do ucha, kiedy usłyszałam, że moje stanowisko zostało zlikwidowane ze skutkiem natychmiastowym. Siedem lat pracy zakończone jednym telefonem na urlopie. Dzieci śmiały się kilka metrów niżej, a ja wiedziałam, że właśnie rozsypało się całe nasze bezpieczne życie”.

- Redakcja
Pakując walizki do bagażnika naszego kombi, czułam coś więcej niż tylko radość na myśl o nartach. Czułam ulgę, tak głęboką, że aż fizycznie namacalną. Ostatnie miesiące w firmie były maratonem bez mety, wyścigiem szczurów, w którym biegłam w pierwszym rzędzie. Wyjazd do Białki Tatrzańskiej miał być moją nagrodą. Zapłaciłam za niego fortunę, wybierając hotel z basenem, o którym marzyły dzieciaki, i wykupując karnety na cały tydzień. Byłam pewna, że zasłużyłam na każdą sekundę tego luksusu. Nie wiedziałam wtedy, że los ma poczucie humoru – czarne i bezwzględne. Wystarczył jeden telefon na stoku, by mój idealny świat rozsypał się jak domek z kart na wietrze.
W pracy czułam się doceniona
Pamiętam ten wtorkowy poranek z krystaliczną wręcz dokładnością. Powietrze było ostre, mroźne, takie, które szczypie w policzki i sprawia, że czujesz, że żyjesz. Niebo nad Tatrami miało ten obłędny odcień błękitu, który widuje się tylko w górach zimą. Moje dzieci, ośmioletni Antek i sześcioletnia Zosia, skakały wokół mnie w swoich kolorowych kombinezonach, nie mogąc doczekać się pierwszego zjazdu. Mąż, Marek, dopinał rzepy przy butach Zosi i uśmiechał się do mnie znad gogli.
– Wyłącz ten telefon, Monia – rzucił, widząc, że odruchowo sprawdzam powiadomienia. – Jesteśmy na wakacjach. Firma nie upadnie bez ciebie przez pięć dni.
Miał rację. A przynajmniej tak mi się wydawało. Przez ostatnie pół roku praktycznie nie bywałam w domu. Pracowałam jako Senior Brand Manager w dużej korporacji. Brzmi dumnie, ale w praktyce oznaczało to dwanaście godzin przed komputerem, wieczne spotkania i presję wyników, która ściskała żołądek. Właśnie zamknęliśmy ogromny projekt rebrandingowy. To było moje dziecko. Włożyłam w to serce, duszę i niezliczone nadgodziny, za które nikt mi nie płacił, bo przecież „mamy zadaniowy czas pracy”.
Szefowa, Kaśka, klepała mnie po plecach jeszcze w piątek. „Świetna robota, Monika. Odpocznij, naładuj baterie. Wracasz do nowych wyzwań” – mówiła, wręczając mi symboliczne wino. Czułam się doceniona. Czułam się bezpieczna. Wzięłam ten drogi hotel, choć Marek kręcił nosem na cenę, bo chciałam nam wynagrodzić moją nieobecność. Chciałam być mamą na medal, chociaż przez ten jeden tydzień.
– Masz rację – odpowiedziałam mężowi, wsuwając telefon do wewnętrznej kieszeni kurtki. – Wyłączam się. Liczy się tylko dobra zabawa.
Wjechaliśmy wyciągiem na górę. Widok zapierał dech w piersiach. Biel śniegu kontrastowała z ciemną zielenią świerków. Czułam, jak stres opuszcza moje ramiona. Wzięłam głęboki oddech. I wtedy, wbrew obietnicy danej samej sobie, poczułam wibrację na piersi.
Szefowa nigdy nie dzwoniła na urlopie
Powinnam była to zignorować. Powinnam była zjechać na dół i zostawić ten cholerny telefon w szafce. Ale ten irracjonalny lęk, który nosi w sobie każdy korporacyjny pracownik, zwyciężył. „A co, jeśli to coś pilnego z kampanią? Co, jeśli klient ma awarię?”.
Wyciągnęłam go. Na wyświetlaczu widniał napis: „Katarzyna – Dyrektor”. Moje serce uderzyło mocniej. Szefowa nigdy nie dzwoniła na urlopie, chyba że walił się świat.
– Idźcie przodem, zaraz was dogonię! – krzyknęłam do Marka i dzieci. Mąż spojrzał na mnie z wyrzutem, ale kiwnął głową i ruszył z dziećmi łagodnym łukiem w dół stoku.
Zostałam sama na szczycie. Wiatr gwizdał mi w uszach. Przesunęłam palcem po ekranie.
– Cześć Kaśka, coś się stało? – zapytałam, starając się brzmieć profesjonalnie, mimo że w tle słychać było szum wiatru.
– Cześć Monika – jej głos był dziwny. Nie chłodny, ale nienaturalnie spięty. Brakowało w nim tej koleżeńskiej nuty, którą słyszałam jeszcze w piątek. – Przepraszam, że przeszkadzam ci w urlopie. Wiem, że jesteś z rodziną, ale... sytuacja jest dynamiczna i HR nalegał, żebyśmy załatwili to natychmiast.
Słowo „HR” sprawiło, że poczułam ukłucie zimna, które nie miało nic wspólnego z mrozem.
– O co chodzi? – zapytałam, a moja dłoń w grubiej rękawicy zacisnęła się na telefonie.
– Monika, nie ma łatwego sposobu, żeby to powiedzieć. Przyszły odgórne decyzje z centrali. Restrukturyzacja działu marketingu. Twoje stanowisko zostało zlikwidowane ze skutkiem natychmiastowym.
Świat na chwilę się zatrzymał. Dźwięki wyciągu, śmiechy narciarzy, szum wiatru – wszystko zlało się w jeden pisk.
– Co ty mówisz? – wydukałam. – Jak to zlikwidowane? Przecież dopiero co oddałam projekt roku. Wyniki poszybowały w górę. Kaśka, o czym ty mówisz?
– Wiem, wiem, to niesprawiedliwe – jej głos był teraz cichszy, jakby recytowała wyuczoną formułkę. – Ale to nie jest decyzja merytoryczna, tylko budżetowa. Musimy ciąć koszty managerskie. Twoje obowiązki przejmie... część zespołu.
– Jaka część zespołu? – przerwałam jej ostro. – Kto? Ewelina?
Cisza w słuchawce była aż nadto wymowna. Ewelina. Dziewczyna, którą przyjęłam do pracy dwa lata temu. Młodsza o dziesięć lat, ambitna, wpatrzona we mnie jak w obrazek. Uczyłam ją wszystkiego. Pokazywałam, jak rozmawiać z trudnymi klientami, jak budować strategie. Jeszcze tydzień temu prosiła mnie o pomoc w prezentacji, bo „beze mnie sobie nie poradzi”.
– Ewelina zostaje p.o. managera – potwierdziła Kaśka. – Jest tańsza, Monika. To brutalna matematyka.
– Tańsza? – krzyknęłam, nie zważając na to, że jakiś narciarz spojrzał na mnie ze zdziwieniem. – Oddałam tej firmie siedem lat życia! Pracowałam w weekendy, zaniedbywałam rodzinę! I wywalacie mnie przez telefon, kiedy stoję na stoku z dziećmi?
– Dokumenty wyślemy ci kurierem. Masz trzymiesięczny okres wypowiedzenia, ale bez obowiązku świadczenia pracy. Odłączamy cię od systemów za godzinę. Przykro mi, Monika. Naprawdę.
Rozłączyła się.
Krajobraz po bitwie w mojej głowie
Stałam tam, na szczycie góry, w drogim kombinezonie, z najnowszymi nartami na nogach, i czułam się naga. Czułam się oszukana, wypluta i bezwartościowa. Patrzyłam na telefon, który nagle stał się tylko kawałkiem szkła i metalu. Odłączają mnie za godzinę. Po siedmiu latach. Tak po prostu. Kliknięcie myszką w dziale IT i przestaję istnieć.
Najgorsze nie było samo zwolnienie. Ludzie tracą pracę, to się zdarza. Najgorszy był moment. To, że zrobili to teraz. Kiedy wydałam dziesięć tysięcy złotych na wyjazd, który miał być świętowaniem sukcesu. Kiedy wreszcie miałam odpocząć.
Zjechałam na dół mechanicznie. Moje ciało pamiętało ruchy, ale umysł był w zupełnie innym miejscu. Widziałam Marka machającego do mnie przy dolnej stacji. Dzieci piły gorącą czekoladę. Wyglądali tak beztrosko. Jak miałam im teraz spojrzeć w oczy? Jak miałam powiedzieć mężowi, że to nasze „premium” życie właśnie się skończyło?
Marek jest grafikiem, freelancerem. Zarabia przyzwoicie, ale to moja pensja była filarem naszego domowego budżetu. To z mojej pensji płaciliśmy ratę kredytu za dom pod Warszawą, leasing samochodu, prywatną szkołę Antka i te wszystkie zajęcia dodatkowe. Żyliśmy na styk, ale na wysokim poziomie, bo byłam pewna swojej pozycji. Byłam pewna, że „jakoś to będzie”, bo przecież jestem ekspertem.
Podeszłam do nich, siląc się na uśmiech. Czułam, jak kąciki ust drżą mi w nienaturalnym grymasie.
– Mamo, widziałaś, jak szybko zjechałem? – krzyczał Antek.
– Widziałam, kochanie, byłeś super – skłamałam. Nie widziałam nic.
– Wszystko w porządku? – Marek spojrzał na mnie badawczo. Znał mnie za dobrze. Wiedział, że ten telefon nie był towarzyską pogawędką.
– Tak, tak – machnęłam ręką, czując, jak gula w gardle rośnie. – Tylko jakieś drobne zamieszanie z fakturami. Wyjaśnione. Chodźcie na obiad.
Nie chciałam psuć im tego dnia. Postanowiłam, że wytrzymam do wieczora. Że będę udawać. Jednak każdy kęs kwaśnicy w góralskiej karczmie smakował jak tektura. Patrzyłam na cennik w menu i nagle te kwoty przestały być „akceptowalne”. 45 złotych za zupę? 80 za drugie danie? W mojej głowie uruchomił się kalkulator. Kredyt. Leasing. Rachunki. Odprawa wystarczy na trzy miesiące. A co potem? Rynek pracy jest trudny. Mam 38 lat. Dla niektórych rekruterów jestem już „za stara”, dla innych „zbyt kwalifikowana”, co oznacza „zbyt droga”.
Wierzyłam w kobiecą solidarność
Wieczorem, kiedy dzieci wreszcie zasnęły zmęczone po całym dniu szaleństw na śniegu, usiadłam na balkonie naszego apartamentu. Widok na oświetlony stok był magiczny, ale ja nie mogłam przestać myśleć o Ewelinie. Przypomniałam sobie naszą ostatnią kawę w biurowej kuchni. Pytała o moje plany na ferie.
– O, jedziecie do tego nowego hotelu w Białce? Słyszałam, że jest cudowny! Ale ci zazdroszczę, Monia. Należy ci się.
Wiedziała. Musiała wiedzieć. W korporacjach takie decyzje nie zapadają z dnia na dzień. Kiedy ja planowałam wyjazd, ona prawdopodobnie negocjowała warunki przejęcia mojego stanowiska. Uśmiechała się do mnie, komplementowała moją nową sukienkę, a w głowie już układała meble w moim gabinecie.
To bolało bardziej niż utrata pensji. Ta perfidia. To, że szkoliłam swojego zdrajcę. Że wierzyłam w „kobiecą solidarność” i w to, że jak będziesz dobra dla ludzi, to dobro do ciebie wróci. Bzdura. W biznesie nie ma sentymentów. Są tylko arkusze kalkulacyjne i ambicja.
Marek wyszedł na balkon z dwoma kubkami herbaty. Usiadł obok mnie i przez chwilę milczeliśmy.
– Powiedz mi – szepnął. – Nie o fakturach była ta rozmowa, prawda? Jesteś blada od południa. Ręce ci się trzęsą.
Rozpłakałam się. Nie tak cicho, filmowo, z jedną łzą spływającą po policzku. Rozszlochałam się jak dziecko, zanosząc się płaczem, który trzymałam w sobie od kilku godzin.
– Wylali mnie, Marek. Zwolnili mnie przez telefon, na środku stoku. Ewelina zajęła moje miejsce.
Marek odstawił kubki i przytulił mnie mocno. Wtuliłam twarz w jego sweter, który pachniał domem i bezpieczeństwem.
– Jak to zwolnili? Przecież mówiłaś, że są zachwyceni projektem.
– Są. Ale jestem za droga. Ewelina zrobi to samo za 60% mojej stawki. Jesteśmy w dupie, Marek. Ten wyjazd... to wszystko... nie powinniśmy tu być. Powinniśmy oszczędzać każdy grosz.
Czułam, jak jego ciało sztywnieje. Wiedziałam, o czym myśli. O racie kredytu, która przypada za tydzień. O tym, że jego zlecenia są nieregularne. Ale nic nie powiedział. Gładził mnie tylko po plecach.
– Poradzimy sobie – powiedział w końcu, choć w jego głosie nie było tej pewności, którą chciałabym usłyszeć. – Jesteś świetna w tym, co robisz. Znajdziesz coś lepszego.
– Ale teraz? Tu? – chlipałam. – Czuję się jak oszustka. Dzieciaki myślą, że jesteśmy królami życia, a ja właśnie zostałam bezrobotną matką, która przepuszcza ostatnie oszczędności na skipassy.
Zrozumiałam, co jest ważne
Następnego dnia nie poszłam na narty. Powiedziałam dzieciom, że boli mnie głowa. Zostałam w pokoju hotelowym, gapiąc się w sufit. Marek zabrał dzieci na basen. Zostałam sama ze swoimi zmartwieniami.
Próbowałam zalogować się do poczty służbowej w telefonie. „Błąd logowania. Konto nieaktywne”. To było jak zatrzaśnięcie drzwi przed nosem. Wszystkie moje kontakty, maile, pliki, nad którymi pracowałam latami – wszystko zniknęło. Nawet nie zdążyłam zgrać prywatnych zdjęć z pulpitu. Zdjęć dzieci z wakacji, które trzymałam tam, żeby mieć namiastkę domu w pracy.
Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo byłam naiwna. Oddałam tej firmie kontrolę nad swoim życiem. Moja tożsamość była zbudowana wokół tego, kim jestem w pracy. „Monika z marketingu”. Bez tego czułam się pusta.
Po południu, kiedy wrócili, Zosia wbiegła do pokoju z rysunkiem.
– Mamo, zobacz! Narysowałam nas na nartach! A ty jesteś tutaj, w koronie, bo jesteś królową śniegu!
Spojrzałam na ten koślawy, dziecięcy rysunek i coś we mnie pękło. Ale tym razem w dobrą stronę. Zrozumiałam, że dla nich nie jestem „Senior Brand Managerem”. Nie obchodzi ich moje KPI, ROI ani targety. Dla nich jestem mamą. Mamą, która jest teraz z nimi, a nie z głową w laptopie.
Przez ostatnie lata, nawet na wakacjach, byłam obecna tylko ciałem. Duchem byłam na callach, odpisywałam na „bardzo ważne maile” przy śniadaniu, nerwowo zerkałam na telefon podczas spacerów. Teraz, paradoksalnie, po raz pierwszy od lat byłam wolna.
Nowy plan na życie
Wieczorem usiedliśmy z Markiem do rozmowy. Tym razem rzeczowej, bez płaczu. Rozłożyliśmy finanse na czynniki pierwsze.
– Możemy zrezygnować z lekcji tenisa Antka, i tak woli piłkę – sugerował Marek. – Leasing możemy spróbować przepisać.
– A ten wyjazd? – zapytałam. – Może powinniśmy wrócić wcześniej? Odzyskamy pieniądze za ostatnie dwie doby.
Marek popatrzył na mnie poważnie.
– Nie. Zapłacone. Przepadnie. A poza tym... Monia, potrzebujesz tego czasu. Nie żeby szusować, ale żeby poukładać sobie w głowie. Dzieci potrzebują ciebie. Nie smutnej, nie zestresowanej pracą, ale ciebie. Zostańmy. Ale zmieniamy zasady. Żadnych drogich knajp. Kupujemy bułki i ser w sklepie, robimy kanapki na stok. Żadnych grzańców za dwadzieścia złotych.
Przez kolejne cztery dni odkrywałam uroki „budżetowych” wakacji. I wiecie co? Było lepiej. Robiliśmy kanapki z pasztetem w pokoju hotelowym, śmiejąc się przy tym do rozpuku, bo Antek upuścił pomidora na dywan. Zamiast siedzieć w drogiej restauracji, poszliśmy na długi spacer doliną, rzucając się śnieżkami.
Nie sprawdzałam maila. Nie zerkałam nerwowo na telefon. Kiedy Kaśka zadzwoniła ponownie – prawdopodobnie, żeby ustalić szczegóły zdania sprzętu – nie odebrałam. Oddzwonię po powrocie. Teraz jestem zajęta. Buduję igloo z córką.
Podczas jednego ze spacerów, kiedy patrzyłam na Giewont, poczułam przypływ złości, ale takiej motywującej.
– Wiesz co? – powiedziałam do Marka, który ciągnął sanki z Zosią. – Zawsze chciałam otworzyć własną agencję. Taką małą, butikową. Dla lokalnych firm, a nie korporacyjnych molochów.
Marek zatrzymał się.
– Zawsze się bałaś, że to ryzyko. Że etat to bezpieczeństwo.
– Bezpieczeństwo to iluzja – prychnęłam, kopiąc bryłę śniegu. – Właśnie się o tym przekonałam. Etat to tylko iluzja bezpieczeństwa, którą ktoś może ci odebrać jednym telefonem. Na swoim przynajmniej będę wiedziała, na czym stoję. Znam się na tym. Mam kontakty. Ci wszyscy podwykonawcy, z którymi pracowałam... oni mnie lubią. Nie Ewelinę, tylko mnie.
– To może być trudne – ostrzegł Marek.
– Trudniejsze niż praca dla ludzi, którzy traktują cię jak pozycję w tabelce? Wątpię.
Teraz częściej się uśmiecham
Wróciłam do Warszawy w niedzielę wieczorem. Byłam bezrobotna, z uszczuplonym kontem i wielkim kredytem nad głową. Jednak nie czułam się przegrana. Czułam się... oczyszczona.
Następnego dnia rano, zamiast wbić się w garsonkę i biec do biura, zrobiłam sobie kawę w ulubionym kubku. Usiadłam przy kuchennym stole, otworzyłam prywatnego laptopa i zaczęłam pisać biznesplan.
Pierwszy telefon wykonałam do zaprzyjaźnionej drukarni, z którą współpracowałam latami.
– Cześć Piotrek, tu Monika. Słuchaj, zmieniła się moja sytuacja zawodowa. Odchodzę z korpo. Ale mam pomysł...
To nie jest historia z happy endem w stylu „w tydzień zostałam milionerką”. Jest ciężko. Czasami budzę się w nocy ze strachem, czy wystarczy na ratę. Ewelina pewnie siedzi teraz na moim fotelu i pije kawę z ekspresu, który zamówiłam do biura. Niech jej idzie na zdrowie.
Jednak wczoraj, kiedy odbierałam Zosię ze szkoły o 15:00 – co wcześniej było niemożliwe – powiedziała mi coś, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że ten straszny wtorek w górach był właściwie błogosławieństwem.
– Mamo, fajnie, że już nie pracujesz w tym wysokim budynku. Teraz częściej się uśmiechasz.
Straciłam pracę na środku stoku narciarskiego. Straciłam złudne poczucie bezpieczeństwa i „prestiż”. Ale odzyskałam coś znacznie ważniejszego. Odzyskałam kontrolę. I chyba po raz pierwszy od lat, naprawdę nie boję się tego, co przyniesie poniedziałek.
Monika, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzyłam o spokojnych feriach, ale synowa je zepsuła. Ciągle stroi fochy i myśli, że wszystko wie najlepiej”
- „Na walentynki dostałam od męża 4 róże. Cieszyłam się, bo nie wiedziałam, co to znaczy. Ale pech dał o sobie znać”
- „Kiedyś byliśmy biedni i brakowało nam do końca miesiąca. Dziś żyję jak pączek w maśle, bo traktuję dzieci jak bankomaty”