Reklama

To miał być tydzień, który uratuje moje zdrowie psychiczne. Po miesiącach katorżniczej pracy w korporacji, marzyłam tylko o ciszy, kominku i widoku na ośnieżone szczyty Tatr. Kiedy moja siostra, Daria, zaproponowała wspólny wyjazd, wahałam się, ale jej zapewnienia o tym, że dzieci „wyrosły z pisków” i są teraz „samodzielnymi odkrywcami”, uśpiły moją czujność. To był błąd, za który zapłaciłam nie tylko pieniędzmi, ale i resztkami nerwów.

Myślałam, że to tylko zmęczenie podróżą

Wszystko zaczęło się jeszcze zanim wyjechałyśmy z Warszawy. Kiedy podjechałam pod blok Darii moim świeżo umytym SUV-em, czułam ten specyficzny rodzaj ekscytacji, który towarzyszy człowiekowi tuż przed długim urlopem. Wyobrażałam sobie te wieczory z winem, kiedy dzieci pójdą spać, a my będziemy mogły wreszcie pogadać jak za starych czasów. Daria i ja zawsze miałyśmy skomplikowaną relację, ale wierzyłam, że dorosłość i odległość wygładziły dawne kanty.

Rzeczywistość uderzyła we mnie, gdy tylko otworzyłam bagażnik. Daria nie spakowała się na tydzień w góry. Ona spakowała się na ewakuację całej cywilizacji. Ilość toreb, reklamówek z jedzeniem (bo „Kubuś nie zje niczego, co nie jest bio”) i zabawek była przytłaczająca.

– Sandra, kochana, weźmiesz jeszcze rowerek biegowy? – zapytała, mrugając rzęsami, podczas gdy jej pięcioletni syn, Kubuś, właśnie kopał w oponę mojego samochodu.

– Daria, jedziemy w góry, jest luty. Po co mu rowerek? – zapytałam, starając się brzmieć spokojnie.

– Wiesz, on musi mieć wybór. Psycholog mówiła, że ograniczanie bodźców hamuje rozwój – rzuciła tonem ekspertki, wciskając brudne kółko między moją drogą walizkę a torbę z laptopem.

Już wtedy powinnam była zawrócić. Powinnam była udać nagłą niedyspozycję, awarię silnika, cokolwiek. Ale wsadziłam siedmioletnią Maję i pięcioletniego Kubusia do tyłu, zapięłam pasy i ruszyłam w stronę Zakopanego, wierząc, że to tylko trudne początki.

Podróż trwała sześć godzin. Przez pięć z nich w moim samochodzie panował hałas przypominający start odrzutowca. Dzieci nie rozmawiały. One wrzeszczały. Kłóciły się o tablet, o chrupki, o to, kto głośniej beknie. A Daria? Daria siedziała obok mnie, przeglądając media społecznościowe i co jakiś czas rzucała w stronę tylnej kanapy beznamiętne: „Dzieci, wyrażajcie emocje ciszej, ciocia prowadzi”.

Pierwsza rysa na szkle i na mojej psychice

Domek, który wynajęłam, był przepiękny. Drewniany, nowoczesny, z wielkimi przeszkleniami wychodzącymi na Giewont. Kosztował fortunę, ale uznałam, że raz w roku należy mi się odrobina luksusu. Daria miała dorzucić się do połowy, choć przy płaceniu zaliczki stwierdziła, że „przeleje mi, jak tylko dostanie premię”. Znałam ten schemat, ale machnęłam ręką. Stać mnie. Chciałam spokoju.

Ledwo weszliśmy do środka, a „samodzielni odkrywcy” zamienili się w Hunów. Maja wbiegła w butach na beżową, welurową kanapę, skacząc po niej jak na trampolinie.

– Maja, zejdź proszę, to nie są nasze meble – powiedziałam stanowczo, zdejmując własne buty.

Dziewczynka spojrzała na mnie, po czym zaczęła skakać jeszcze mocniej, patrząc mi prosto w oczy. To nie była dziecięca beztroska. To była próba sił. Spojrzałam na Darię. Moja siostra właśnie się rozpakowywała.

– Daria, czy możesz zareagować? Ona niszczy kanapę. Właściciel obciąży nas kosztami – syknęłam.

Siostra westchnęła głęboko, jakbym właśnie kazała jej rozwiązać równanie z fizyki kwantowej.

– Sandra, nie bądź taką materialistką. To tylko przedmiot. Maja ma dużo energii po podróży, musi się wyregulować. Nie będę jej traumatyzować zakazami w pierwszej godzinie urlopu.

Wtedy poczułam pierwsze ukłucie w żołądku. To nie było „nowoczesne wychowanie”. To była zwykła ignorancja i lenistwo ubrane w ładne słowa z poradników internetowych. Daria, która w dzieciństwie zawsze była tą „delikatniejszą”, której rodzice pozwalali na wszystko, wyrosła na matkę, która nie potrafiła postawić najprostszej granicy. A ja, jak zwykle, miałam być tą złą, tą sztywną, tą, która „nie rozumie”.

Łudziłam się, że da się to jakoś uratować

Następnego ranka obudziłam się o szóstej. Nie dlatego, że chciałam podziwiać wschód słońca. Obudził mnie łomot. Okazało się, że Kubuś znalazł w kuchni garnki i postanowił zrobić koncert. Kiedy zeszłam na dół w szlafroku, podłoga w kuchni kleiła się od soku pomarańczowego. Na blacie leżały okruchy rogalików wtarte w kamienną powierzchnię, a Daria siedziała na tarasie z kawą i papierosem, ignorując armagedon za plecami.

– Czy ty widzisz, co tu się dzieje? – zapytałam, wskazując na kałużę soku, w którą właśnie wdepnęłam.

– O, wstałaś! – uśmiechnęła się promiennie. – Dzieciaki były głodne, więc same sobie poradziły. Jestem z nich taka dumna, uczę ich samodzielności.

– Samodzielności? Daria, tu jest syf. Kto to posprząta?

– No weź, jesteśmy na wakacjach. Później się ogarnie. Zrób sobie kawę, nie bądź taka spięta. Masz straszne zmarszczki na czole, jak się złościsz.

Zacisnęłam zęby. Wzięłam ścierkę i zaczęłam wycierać podłogę. Kubuś podbiegł do mnie i z premedytacją kopnął w ścierkę, rozchlapując resztki soku na moje nogi.

– Uciekaj! To moja baza! – wrzasnął.

– Kuba, nie wolno tak robić! – krzyknęłam. Może za głośno.

W sekundę Daria była przy mnie. Jej twarz zmieniła się ze zrelaksowanej w maskę wściekłej lwicy.

– Nie krzycz na moje dziecko! – wrzasnęła, zasłaniając syna własnym ciałem. – Nie masz prawa podnosić na niego głosu. On tylko się bawi. Jesteś dorosła, powinnaś panować nad emocjami, a nie wyżywać się na pięciolatku!

Stałam tam z brudną ścierką w ręku, patrząc na siostrę, która jeszcze przed chwilą miała w nosie to, co robi jej syn, a teraz robiła ze mnie potwora. Poczułam się bezsilna. Wiedziałam, że ten wyjazd to pomyłka, ale wciąż łudziłam się, że da się to jakoś uratować. Że może wyjdziemy w góry, zmęczą się i będzie spokój.

Naprawdę było mi za nią wstyd

Punkt zwrotny nadszedł trzeciego dnia. Postanowiłyśmy pójść do restauracji. Wybrałam miejsce z dobrym jedzeniem, ale dość luźną atmosferą, żeby nie stresować się każdą chwilą. Błąd. Powinnam była wybrać tanią sieciówkę, a najlepiej zamówić pizzę do domu i zjeść ją w łazience, zamknięta na klucz.

Kiedy weszliśmy, Maja i Kuba natychmiast zaczęli biegać między stolikami. Kelnerzy lawirowali z tacami, a ja czułam, jak wzrok wszystkich gości skupia się na nas.

– Daria, weź ich do stolika. Przeszkadzają innym – szepnęłam, czując, jak pąsowieje mi twarz.

– Daj im spokój, muszą poznać przestrzeń – mruknęła, studiując kartę win.

Sytuacja eskalowała, gdy czekaliśmy na jedzenie. Maja, znudzona czekaniem, wzięła solniczkę i zaczęła sypać sól do kwiatka stojącego na naszym stole. Kiedy zwróciłam jej uwagę, zaczęła uderzać łyżką w szklankę. Dźwięk był przenikliwy i irytujący. Starsze małżeństwo przy stoliku obok poprosiło nas grzecznie o uciszenie dzieci.

Reakcja Darii?

– Przepraszam, ale dzieci mają prawo do bycia w przestrzeni publicznej. Jeśli państwu przeszkadza radość życia, to polecam cmentarz, tam jest cicho – wypaliła głośno, z pretensją w głosie.

Zamarłam. Chciałam zapaść się pod ziemię.

– Daria, przestań – syknęłam. – Ci ludzie mają rację. Dzieci zachowują się skandalicznie.

– Ty też przeciwko mnie? – Daria zrobiła wielkie oczy. – Wiesz co? Jesteś taka sama jak nasza matka. Ciągle tylko „co ludzie powiedzą”. Moje dzieci są wolne, a ty jesteś sformatowana przez korporację.

W tym momencie Kubuś, chcąc zwrócić na siebie uwagę, pociągnął za obrus. Nasze napoje – dwie cole i wino Darii – wylądowały na podłodze i na spodniach mężczyzny siedzącego obok. Zrobiła się afera. Kelnerzy przybiegli ze szmatami, mężczyzna klął pod nosem, Daria zaczęła krzyczeć, że podłoga była śliska, a ja... ja po prostu wstałam.

Podeszłam do managera, wyjęłam kartę, zapłaciłam za zniszczenia i nasz rachunek, przeprosiłam gości obok i wyszłam. Daria wybiegła za mną, ciągnąc za sobą płaczące dzieci.

– Zostawiłaś nas! Jak mogłaś?! – krzyczała na Krupówkach.

– Jak mogłam? Daria, ty nie wychowujesz dzieci. Ty hodujesz małych terrorystów. Wstyd mi za ciebie – powiedziałam to po raz pierwszy w życiu tak szczerze.

To był moment, w którym miałam dość

Wieczór po awanturze w restauracji był cichy. Daria obraziła się i zamknęła w sypialni z dziećmi. Miałam nadzieję, że to koniec atrakcji na ten dzień. Usiadłam w salonie z laptopem. Musiałam odpisać na kilka pilnych maili, których unikałam od początku urlopu. Komputet stał na stoliku kawowym, a ja poszłam do kuchni po herbatę.

Nie było mnie może dwie minuty. Kiedy wróciłam, zobaczyłam Maję, która „malowała” po ekranie mojego służbowego laptopa. Używała do tego... mojego błyszczyka i, o zgrozo, jakiegoś kamienia, który przynieśli ze spaceru. Ekran był porysowany. Głębokie rysy na matrycy. Sprzęt warty kilkanaście tysięcy złotych, narzędzie mojej pracy. Poczułam gorąco, które zalało mnie od stóp do głów. To nie była złość. To była furia.

– Co ty zrobiłaś?! – krzyknęłam, łapiąc laptopa.

Maja wystraszyła się i zaczęła płakać. Daria wypadła z sypialni z furią.

– Czego znowu drzesz się na moje dziecko?!

– Zobacz! – odwróciłam ekran w jej stronę. – Zniszczyła mojego laptopa! Porysowała matrycę kamieniem!

Daria spojrzała na ekran, potem na płaczącą córkę, a potem na mnie. I wtedy powiedziała coś, co ostatecznie zakończyło naszą relację jako sióstr-przyjaciółek.

– Ojej, wielkie rzeczy. To tylko komputer. Firma ci wymieni. Maja chciała być kreatywna, myślała, że to tablet graficzny. Powinnaś docenić jej inwencję, a nie martwić się o kawałek szkła. Poza tym, po co zostawiasz drogie rzeczy na wierzchu przy dzieciach? To twoja wina.

Moja wina. Patrzyłam na nią i widziałam obcą kobietę. Widziałam kogoś, kto kompletnie stracił kontakt z rzeczywistością, kto usprawiedliwia wandalizm „kreatywnością”, a brak szacunku dla cudzej własności nazywa „wolnością”.

– Wynoście się – powiedziałam cicho.

– Co?

– Wynoście się. Pakuj się. Wracacie do Warszawy. Pociągiem, autobusem, czym chcecie. Nie wytrzymam z wami ani minuty dłużej.

– Żartujesz? Jest noc! Mam dzieci! – Daria była w szoku.

– Mam to gdzieś. Zapłaciłam za ten dom. Zapłaciłam za zniszczenia w restauracji. A teraz będę musiała zapłacić za naprawę laptopa, bo ty nie potrafisz nauczyć dzieci, że nie rusza się cudzych rzeczy. Masz godzinę, żeby się spakować. Jeśli nie, to ja wyjeżdżam, ale zgłaszam właścicielowi, że w domu zostają osoby nieuprawnione i nie ręczę za kaucję.

Cisza, która kosztowała mnie rodzinę

Daria nie wyjechała w nocy. Zrobiłam coś innego – sama spakowałam swoje rzeczy i przeniosłam się do hotelu w centrum Zakopanego na ostatnie dwa dni. Zostawiłam jej opłacony domek, bo mimo wszystko nie potrafiłam wyrzucić siostrzeńców na mróz. Ale zabrałam kluczyki od samochodu.

Wyciszyłam telefon. Przez kolejne 48 godzin otrzymałam od Darii kilkadziesiąt wiadomości. Od błagania, przez wyzwiska, po groźby, że powie rodzicom, jak potraktowałam jej „aniołki”. Ostatniego dnia, kiedy wróciłam po nie, żeby odwieźć je do Warszawy (bo mimo wszystko jestem odpowiedzialna), panowała lodowata atmosfera. Domek wyglądał, jakby przeszło przez niego tornado. Daria nie posprzątała.

– Kaucja przepadnie – stwierdziłam sucho, patrząc na plamy na dywanie i urwany uchwyt od szafki.

– Wyślij mi rachunek – prychnęła Daria. Wiem, że nigdy mi nie odda tych pieniędzy.

Droga powrotna była inna. Dzieci, wyczuwając napięcie matki i moją wściekłość, były dziwnie ciche. Daria nie odezwała się do mnie ani słowem. Kiedy wysadziłam ich pod blokiem, nawet nie powiedziała „dziękuję”. Trzasnęła drzwiami tak, że aż zabolało mnie serce.

Ten wyjazd nauczył mnie jednej rzeczy

Minęły dwa tygodnie od naszego powrotu. Nie rozmawiamy. Matka dzwoniła do mnie z pretensjami, że „Daria jest bardzo wrażliwa, a ja powinnam być mądrzejsza, bo mam lżej w życiu”. Nie mam lżej. Ciężko pracuję na to, co mam. I mam prawo do szacunku, do ciszy i do tego, by nikt nie niszczył moich rzeczy w imię „bezstresowego wychowania”.

Ten wyjazd nauczył mnie jednej, bolesnej rzeczy. Czasami rodzina to tylko ludzie, z którymi łączą nas więzy krwi, ale dzielą nas całe galaktyki wartości. Kocham moje siostrzeńce, ale nie lubię ich. I nie polubię, dopóki ich matka nie zrozumie, że wychowanie to nie tylko miłość i głaskanie po głowie, ale też nauka życia w społeczeństwie.

Straciłam kilka tysięcy złotych, ulubiony laptop wymaga wymiany matrycy, a moje relacje z siostrą leżą w gruzach. Ale wiecie co? Siedząc teraz w moim cichym, czystym mieszkaniu, z nienaruszonym kubkiem kawy, czuję ulgę. To była droga lekcja asertywności, ale warta każdego grosza. Następne ferie spędzam sama. Albo z kimś, kto wie, do czego służy solniczka.

Sandra, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama