Reklama

To miał być weekend, który uratuje naszą relację, a stał się najdroższą lekcją pokory w moim życiu. Przez trzy miesiące jadłem kanapki z serem i brałem każdą możliwą nadgodzinę, żeby zabrać Dorotę do miejsca, o którym marzyła, przeglądając kolorowe magazyny. Chciałem udowodnić jej, ale chyba przede wszystkim sobie, że jestem mężczyzną, który potrafi zapewnić swojej kobiecie odrobinę luksusu. Kiedy jednak zobaczyłem ją śmiejącą się do obcego mężczyzny w hotelowym lobby, w tej sukience, którą kupiłem specjalnie na ten wieczór, zrozumiałem, że walutą w jej świecie nie są pieniądze, lecz uwaga, której ja nie potrafiłem jej już dostarczyć.

Czułem, że oddalamy się od siebie

Wszystko zaczęło się od niewinnej uwagi rzuconej przy śniadaniu w listopadzie. Dorota, przeglądając media społecznościowe, westchnęła głośno, pokazując mi zdjęcie swojej koleżanki z pracy. Na ekranie widziałem basen i góry w tle.

– Niektórzy to mają szczęście, a my ciągle tylko praca, dom i ten stary telewizor, który buczy.

Te słowa zakiełkowały w mojej głowie jak chwast. Czułem, że oddalamy się od siebie. Nasze rozmowy ograniczały się do logistyki dnia codziennego: kto robi zakupy, czy zapłaciliśmy za prąd i co na obiad. Brakowało tej iskry, która była na początku. Postanowiłem działać. Znalazłem ten hotel. Był to obiekt pięciogwiazdkowy, położony w malowniczej części gór, słynący z dyskrecji, luksusowych zabiegów spa i kuchni, o której pisano w przewodnikach kulinarnych.

Cena za weekend walentynkowy zwaliła mnie z nóg. To była niemal równowartość mojej miesięcznej pensji netto, a przecież trzeba było jeszcze dojechać i mieć coś na wydatki na miejscu. Ale byłem zdeterminowany. Przez kolejne tygodnie żyłem w trybie oszczędzania ekstremalnego. Rezygnowałem z lunchów w firmie, naprawiłem sam cieknący kran zamiast wołać hydraulika, a każdą premię odkładałem na osobne konto. Moja siostra, Anka, patrzyła na to z politowaniem.

– Miłość nie powinna mieć metki z ceną, a Dorota powinna doceniać cię za to, kim jesteś, a nie gdzie ją zabierasz.

Nie chciałem jej słuchać. Wierzyłem, że ten gest, ten wielki, romantyczny zryw, wszystko naprawi. Że Dorota spojrzy na mnie tak jak kiedyś.

Przecież to był wyjazd dla niej

Gdy podjechaliśmy pod hotel naszym dziesięcioletnim autem, czułem ukłucie wstydu. Na parkingu stały limuzyny i najnowsze modele SUV-ów, których wartość przekraczała cenę mojego mieszkania. Dorota jednak nie zwróciła na to uwagi. Wyskoczyła z samochodu jak dziecko, które zobaczyło park rozrywki. Jej oczy błyszczały, a ja poczułem ulgę. Udało się, pomyślałem. Jest szczęśliwa.

Weszliśmy do lobby, które ociekało marmurem i złotem. W powietrzu unosił się zapach drogich perfum i świeżych kwiatów. Recepcjonistka powitała nas uprzejmym uśmiechem, choć miałem wrażenie, że jej wzrok zbyt długo zatrzymał się na moich znoszonych butach. Dorota natychmiast wyciągnęła telefon. Zanim jeszcze dostaliśmy kartę do pokoju, na jej profilu wylądowały trzy relacje. Oznaczyła hotel, dodała lokalizację, ale mnie na zdjęciach nie było. Była tylko ona, wielki żyrandol i podpis: Zasłużony relaks. Tłumaczyłem sobie, że to nic takiego. Że po prostu chce się pochwalić koleżankom.

Nasz pokój był piękny, z widokiem na ośnieżone szczyty. Na łóżku leżały płatki róż ułożone w serce. Dorota pisnęła z zachwytu, rzuciła się na pościel i kazała mi zrobić sobie sesję zdjęciową. Robiłem zdjęcie za zdjęciem, starając się uchwycić jej najlepszy profil, tak jak lubiła. Kiedy skończyliśmy, zapytałem, czy idziemy na spacer, żeby nacieszyć się okolicą. Spojrzała na mnie zdziwiona.

– Nie po to przyjechaliśmy do spa, żeby marznąć na dworze, ja idę wypróbować strefę wellness.

Zgodziłem się bez wahania. Przecież to był wyjazd dla niej.

To nie był ten nieśmiały uśmiech

Strefa basenowa była istnym majstersztykiem architektury. Wielkie przeszklenia, egzotyczne rośliny, przytłumione światło. Czułem się tam nieswojo. Mój strój kąpielowy, kupiony na wyprzedaży dwa lata temu, wydawał się krzyczeć o swojej pospolitości w porównaniu do markowych kąpielówek innych gości. Dorota natomiast czuła się jak ryba w wodzie. Dosłownie i w przenośni. Założyła nowe bikini, które kosztowało fortunę, i wyglądała w nim oszałamiająco.

Zanurzyliśmy się w jacuzzi. Chciałem ją przytulić, porozmawiać o nas, o planach na przyszłość. Może o tym, że myślę o zmianie pracy na lepiej płatną. Ale ona rozglądała się dookoła. Jej wzrok błądził po innych gościach. W pewnym momencie jej uwagę przykuła grupa mężczyzn siedzących w sąsiednim basenie termalnym. Byli głośni, pewni siebie, typowi biznesmeni świętujący sukces. Jeden z nich, wysoki brunet o imieniu, jak się później okazało, Kornel, złowił jej spojrzenie i uniósł rękę w geście pozdrowienia.

Dorota uśmiechnęła się. To nie był ten nieśmiały uśmiech, który rezerwowała dla mnie. To był uśmiech pełen obietnicy, kokieteryjny i odważny. Zignorowałem to. Przecież ludzie się do siebie uśmiechają, prawda? To nic nie znaczy.

– Chcesz iść do sauny? – zapytałem.

– Wiesz, wolę zostać tutaj, bo woda ma idealną temperaturę, a poza tym w saunie popsuje mi się fryzura – odpowiedziała natychmiast.

Poszedłem więc sam, czując dziwny ucisk w żołądku.

Czułem się jak piąte koło u wozu

Siedząc w gorącej parze, próbowałem sobie wmówić, że przesadzam. Że jestem zazdrosny i niepewny siebie, bo wydałem wszystkie pieniądze i boję się, że to nie wystarczy. Kiedy wróciłem na basen po dwudziestu minutach, Doroty nie było w jacuzzi. Znalazłem ją przy barze wodnym. Nie była sama. Siedziała na wysokim stołku w wodzie, a obok niej stał Kornel. Śmiali się głośno. On gestykulował, opowiadając jakąś historię, a ona słuchała go z taką intensywnością, jakiej nie widziałem u niej od lat. Podpłynąłem do nich, czując, jak serce wali mi jak młot. Kiedy mnie zauważyła, jej uśmiech nie zniknął, ale zmienił się. Stał się nieco bardziej oficjalny.

– To Janek, przyjechaliśmy razem – oznajmiła.

– Cześć, jestem Kornel – powiedział i uścisnął moją mokrą dłoń z pewnością siebie człowieka, który wie, że jest samcem alfa w tym stadzie.

Zapytał, czym się zajmuję. Kiedy powiedziałem, że pracuję w logistyce magazynowej, pokiwał głową z uprzejmą obojętnością i natychmiast wrócił do rozmowy z Dorotą, pytając ją o jej pracę w biurze nieruchomości. Okazało się, że mają wspólnych znajomych w branży.

Czułem się jak piąte koło u wozu. Stałem tam, w tej luksusowej wodzie, a oni rozmawiali o inwestycjach, o rynkach, o wakacjach w Dubaju. Dorota nigdy nie była w Dubaju, ale przytakiwała mu tak, jakby znała to miasto na wylot. Flirtowała. Nie było co do tego wątpliwości. Dotykała swojego naszyjnika, odrzucała włosy do tyłu, śmiała się z żartów, które wcale nie były śmieszne. W pewnym momencie Kornel zaproponował, żebyśmy wszyscy spotkali się wieczorem w hotelowym klubie. Odmówiłem od razu, mówiąc, że mamy zaplanowaną romantyczną kolację. Dorota spojrzała na mnie z wyrzutem, ale nie zaprzeczyła.

Przecież to były nasze walentynki

Wieczór walentynkowy miał być punktem kulminacyjnym. Zarezerwowałem stolik w najlepszej części restauracji, z widokiem na panoramę gór. Ubrałem moją jedyną dobrą marynarkę. Dorota założyła czerwoną sukienkę, w której wyglądała jak gwiazda filmowa. Kiedy weszliśmy na salę, wiele głów odwróciło się w jej stronę. Czułem dumę, ale też narastający lęk.

Kelner przyniósł kartę. Ceny były absurdalne, ale byłem na to przygotowany. Zamówiliśmy wykwintne dania. Kiedy czekaliśmy na jedzenie, wyciągnąłem z kieszeni małe pudełeczko. Kupiłem jej delikatne, srebrne kolczyki. Nie były drogie w porównaniu do tego pobytu, ale miały dla mnie sentymentalne znaczenie – motyw jaskółek, bo kiedyś powiedziała, że chciałaby być wolna jak ptak. Dorota otworzyła pudełko, uśmiechnęła się blado i powiedziała dziękuję, po czym odłożyła je na stół obok serwetki. Nawet ich nie przymierzyła.

Przez większość kolacji milczała lub odpowiadała półsłówkami. Cały czas zerkała na telefon leżący obok talerza. Ekran co chwilę się podświetlał. Widziałem powiadomienia w internecie i wiadomości na komunikatorze. Próbowałem nawiązać rozmowę, wspominałem nasze pierwsze wakacje pod namiotem, to, jak byliśmy wtedy szczęśliwi bez pieniędzy. Przerwała mi w pół zdania, mówiąc, że to były inne czasy i że człowiek z wiekiem potrzebuje więcej komfortu.

Wtedy do restauracji wszedł on. Kornel ze swoją świtą. Zajęli duży stolik na środku sali. Byli głośni, zamawiali najdroższe pozycje z karty, śmiali się. Zauważyłem, że Dorota natychmiast się wyprostowała. Zaczęła poprawiać włosy, a jej wzrok co chwilę wędrował w ich stronę. W pewnym momencie Kornel wstał i podszedł do naszego stolika. Zignorował mnie prawie całkowicie, zwracając się bezpośrednio do Doroty. Powiedział, że wyglądają olśniewająco i że szkoda, by taki wieczór zmarnował się na siedzeniu tylko we dwoje w ciszy. Zaprosił nas, byśmy dołączyli do nich na deser.

Spojrzałem na Dorotę, oczekując, że grzecznie odmówi. Przecież to były nasze walentynki. Mój prezent, mój wysiłek, nasz czas. Ale ona spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem. Powiedziała, że przecież zjedliśmy już główne danie, że tam będzie weselej, że to świetna okazja do networkingu. Poczułem, jak coś we mnie pęka.

Dla mnie lojalność i bliskość znaczyły więcej

Zgodziłem się. Nie wiem dlaczego. Może chciałem zobaczyć, jak daleko to zajdzie. Może po prostu nie miałem siły walczyć. Przesiedliśmy się do ich stolika. Kelnerzy natychmiast przynieśli dodatkowe krzesła. Nagle znalazłem się w centrum rozmowy, której nie rozumiałem i która mnie nie interesowała. Oni rozmawiali o drogich samochodach, o leasingach, o nartach w Alpach. Ja siedziałem i milczałem, sącząc wodę mineralną.

Dorota była w swoim żywiole. Siedziała naprzeciwko Kornela i flirtowała z nim otwarcie, na oczach wszystkich. Śmiała się perliście, nachylała w jego stronę, niby przypadkiem dotykała jego ramienia, gdy podawał jej menu deserowe. Czułem się niewidzialny. Byłem tylko sponsorem tego wyjazdu, kierowcą i tłem dla jej występu. Wszyscy ci ludzie, bogaci, pewni siebie, patrzyli na mnie jak na pomyłkę, kogoś, kto tu nie pasuje. I mieli rację. Nie pasowałem. Nie dlatego, że nie miałem pieniędzy, ale dlatego, że dla mnie lojalność i bliskość znaczyły więcej niż pokazowa zabawa.

W pewnym momencie Kornel zapytał mnie z przekąsem,

– Nie nudzisz się w naszym towarzystwie, bo wyglądasz na nieco przytłoczonego.

Dorota, zamiast stanąć w mojej obronie, zachichotała i powiedziała:

– Janek jest po prostu mało towarzyski, on woli ciszę i spokój, taki typ domatora.

To bolało bardziej niż jakakolwiek obelga. Zredukowała mnie do roli nudziarza, usprawiedliwiając swoje zachowanie przed obcym facetem.

Ona zawsze będzie szukała czegoś innego

Nie wytrzymałem. Wstałem od stołu, mówiąc, że źle się czuję i muszę wrócić do pokoju. Miałem nadzieję, że Dorota pójdzie ze mną. Że zobaczy mój ból, że zrozumie, co robi. Ale ona tylko pokiwała głową i powiedziała:

– Idź, kochanie, odpocznij, ja zostanę jeszcze chwilę, dokończę herbatę i zaraz przyjdę. Została.

Wróciłem do pustego pokoju. Płatki róż na łóżku wyglądały teraz żałośnie, jak zwiędłe resztki moich nadziei. Położyłem się w ubraniu i czekałem. Minęła godzina, potem druga. Wróciła po północy. Była radosna, lekko rozemocjonowana, pachniała dymem z cygar, które palili panowie na tarasie. Kiedy zapytałem, dlaczego tak długo, wzruszyła ramionami i powiedziała, że po prostu świetnie im się rozmawiało i nie chciała być nieuprzejma, wychodząc w trakcie dyskusji.

Nie zrobiłem awantury. Nie krzyczałem. Byłem zbyt zmęczony i zbyt pusty w środku. Zrozumiałem wtedy, że nieważne, ile bym wydał pieniędzy, nieważne, do jakiego raju bym ją zabrał – ona zawsze będzie szukała czegoś innego, czegoś "więcej", czego ja jej nie dam. Moja miłość, moje poświęcenie, moje nadgodziny – to wszystko było dla niej tylko biletem wstępu do świata, do którego aspirowała, a w którym ja byłem zbędnym balastem.

Zostałem z debetem na koncie i pustką w sercu

Następnego dnia rano spakowaliśmy się w milczeniu. Śniadanie zjedliśmy szybko, unikając wzroku innych gości. Przy wymeldowaniu recepcjonistka podała mi rachunek końcowy. Kwota była wyższa, niż zakładałem, bo doliczono serwis i opłaty klimatyczne. Karta przeszła, ale wiedziałem, że na koncie zostało mi dosłownie kilkanaście złotych do końca miesiąca. Droga powrotna była koszmarem. Dorota siedziała z nosem w telefonie, odpisując na wiadomości. Kątem oka widziałem, że pisze z Kornelem. Uśmiechała się do ekranu. Kiedy zapytałem, jak jej się podobało, odpowiedziała bez odrywania wzroku:

– Było cudownie, naprawdę, ten hotel to bajka. Musimy tam kiedyś wrócić, ale może z większą ekipą? Byłoby weselej.

Nie odpowiedziałem. Patrzyłem na drogę, na szare, brudne ulice mijanych miasteczek, które tak bardzo kontrastowały z luksusem, który właśnie opuściliśmy. Wiedziałem już, że my tam nie wrócimy. A przynajmniej nie razem. Ten wyjazd miał scalić nasz związek, a stał się gwoździem do jego trumny. Kupiłem jej weekend marzeń, a ona w zamian sprzedała naszą intymność za kilka chwil uwagi od bogatego nieznajomego.

Kiedy wnosiliśmy walizki do naszego małego mieszkania w bloku, spojrzałem na ten "buczący" telewizor, o którym mówiła w listopadzie. Wydał mi się nagle taki swojski i uczciwy. Postawiłem torbę w przedpokoju i powiedziałem, że muszę się przejść. Dorota nawet nie zapytała gdzie. Była zajęta wybieraniem filtra do zdjęcia z kolacji, na którym widać było tylko jej dłoń, kieliszek i fragment marynarki Kornela w tle.

To był moment, w którym definitywnie zrozumiałem swój błąd. Myślałem, że mogę kupić jej miłość za poświęcenie. Ale miłości nie da się kupić, a szacunku nie zdobywa się kartą kredytową. Teraz zostałem z debetem na koncie i pustką w sercu, ale przynajmniej z odzyskaną godnością, której resztki musiałem pozbierać, by zacząć wszystko od nowa. Już bez niej.

Janek, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama