Reklama

Nigdy nie uważałam się za osobę wybitnie szczęśliwą w losowaniach. Przez lata brałam udział w różnych konkursach, głównie dla zabawy, a nie z realnej nadziei na wygraną. Tym razem jednak los zadrwił sobie ze mnie w wyjątkowo przewrotny sposób. Kiedy odebrałam telefon z informacją, że to właśnie ja wygrałam nowiutki samochód, odruchowo rozejrzałam się po kuchni, jakby ktoś chciał mi zrobić psikusa. Dopiero po kilku minutach dotarło do mnie, że to prawda. Nie przypuszczałam, że ta nagroda wywoła w moim domu małą rewolucję i pokaże mi, ile mój mąż był gotów zrobić, by zbliżyć się do rzeczy, która nigdy nie była jego.

Moja żona to szczęściara

Kiedy zadzwonił telefon, sądziłam, że to kolejna oferta garnków albo zaproszenie na prezentację cudownych materacy. Odebrałam niechętnie, trzymając jeszcze w dłoni kubek z herbatą. Głos w słuchawce brzmiał niezwykle spokojnie, aż podejrzanie profesjonalnie. Dopiero gdy usłyszałam, że mój kupon został wylosowany i wygrywam nowy samochód, kubek prawie wypadł mi z rąk. Poprosiłam o powtórzenie. Pracownik tylko się roześmiał i zapewnił, że to nie żart. Wieczorem opowiedziałam o wszystkim mężowi. Stał przy blacie w kuchni i kroił pomidory na kolację. Uniósł brwi, jakby nie do końca wierzył.

– Serio wygrałaś auto? – zapytał, patrząc na mnie spod oka.

– Tak, jutro mam podpisać dokumenty i odebrać kluczyki.

Mój mąż, Rafał, nigdy nie był wyjątkowo wylewny. Reakcje miał raczej stonowane. Tym razem uśmiechnął się od ucha do ucha i podszedł do mnie niespodziewanie szybko.

– No proszę, moja żona to szczęściara! – powiedział, obejmując mnie ramieniem. – Widzisz, mówiłem, że kiedyś los się do ciebie uśmiechnie.

Nie pasowała mi ta jego nadmierna energia. Jeszcze godzinę wcześniej się dąsał, bo pilot od telewizora nie działał, a teraz zachowywał się tak, jakbyśmy wygrali na loterii życie na Hawajach. Patrzyłam na niego z rosnącym zdziwieniem, próbując zrozumieć, skąd ta entuzjastyczna zmiana. Następnego dnia, gdy wróciłam z salonu z umową i folderem nowiutkiego auta, Rafał obejrzał wszystko jak badacz tropiący skarb. Zadał mnóstwo szczegółowych pytań, a ja czułam, jak coś we mnie zaczyna drżeć. Przecież to była moja wygrana. Moje auto. Mój szczęśliwy traf. Nie podejrzewałam, że ta radość szybko się skomplikuje.

To jest moja wygrana

Następne dni wyglądały tak, jakby Rafał zmienił się nie do poznania. Pojawiła się w nim dziwna słodycz, której dotąd nigdy nie widziałam. Wstawał wcześniej, żeby zrobić mi kawę, sprzątał w salonie bez marudzenia, a jednego popołudnia nawet zaproponował wspólne wyjście do kina. Prawie spadłam z krzesła.

– Pomyślałem, że przyda ci się trochę relaksu – powiedział, podając mi bilet. – W końcu tyle się ostatnio dzieje.

Brzmiało to miło, jednak czułam, że pod powierzchnią tej nagłej troski kryje się coś jeszcze. Widziałam, jak zagląda do folderu z danymi technicznymi auta, jak sprawdza w internecie testy, jak ogląda filmiki o pierwszych jazdach. Gdy pytałam, po co mu ta wiedza, odpowiadał wymijająco.

– Przecież muszę wiedzieć, czym będziesz jeździć. Bezpieczeństwo najważniejsze.

Któregoś wieczoru, kiedy kończyłam rozmowę telefoniczną z siostrą, Rafał podszedł do mnie jakby od niechcenia.

– Myślałaś już, co zrobimy z autem? – rzucił, opierając się o framugę drzwi.

– W sensie? – zapytałam, choć dobrze wiedziałam, do czego zmierza.

– No… kto będzie nim jeździł na co dzień. – Uśmiechnął się. – Wiadomo, że ja mam dłuższy dojazd do pracy, więc byłoby rozsądniej…

– Rafał, to jest moja wygrana – przerwałam spokojnie. – Ja będę nim jeździć.

Uśmiech zniknął z jego twarzy jak zdmuchnięta świeca.

– No pewnie, pewnie. Tylko mówię.

Odwrócił się i wyszedł, ale widziałam napięcie w jego ramionach. Uprzejmość nie zniknęła, lecz przestała być naturalna. Stała się czymś wymuszonym, jakby czekał na odpowiedni moment.

Przecież tylko przejażdżka

Odebrałam auto tydzień później. Pachniało nowością tak intensywnie, że aż zakręciło mi się w głowie. Usiadłam za kierownicą z lekko drżącymi dłońmi. Czułam dumę, coś w rodzaju nagrody za lata codzienności, w której niewiele należało się tylko do mnie. Kiedy podjechałam pod dom, Rafał wybiegł szybciej, niż zdążyłam zgasić silnik.

– No pokaż! – zawołał, zaglądając przez okno. – Mogę się przejechać?

– Za chwilę – odparłam, wciąż oswajając się z nowym wnętrzem.

Rafał obszedł auto dookoła, cmokając z zachwytu. Potem otworzył drzwi po mojej stronie.

– Wsiadam – oznajmił. – Przecież nie będziemy stać na podjeździe.

– Ty? – zapytałam.

– No a kto? Chcę zobaczyć, jak to chodzi. – Uśmiechnął się, ale w jego oczach coś błysnęło.

– Rafał, to jest moje auto – przypomniałam, już ostrzej niż wcześniej.

– Nie przesadzaj. Przecież tylko przejażdżka.

Głos miał z pozoru spokojny, jednak było w nim coś, co zaczęło mnie niepokoić. Kiedy odmówiłam po raz drugi, wyprostował się, spiął i spojrzał na mnie jak na kogoś obcego.

– Słuchaj, nie róbmy z tego afery – powiedział. – Przecież wiadomo, że samochody to bardziej moja działka.

– Co to znaczy? – zapytałam, czując, jak coś we mnie się zaciska.

– No… że znam się lepiej. Tyle.

– Nie muszę się znać lepiej, żeby korzystać z rzeczy, którą wygrałam. – Zamknęłam drzwi.

Rafał odsunął się kilka kroków i milczał. Wyglądał, jakby nagle ktoś odebrał mu coś, do czego uważał się za uprawnionego. Tego wieczoru prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Pomiędzy nami pojawiła się niewidoczna, ostra linia, której żadne z nas nie chciało przekroczyć.

Co twoje, to moje

Sytuacja stała się napięta. Rafał coraz częściej wrzucał drobne uwagi, niby żarty, które miały mnie przekonać, że auto bardziej przyda się jemu. Ja z kolei unikałam rozmów na ten temat, bo prowadziły do niepotrzebnych spięć. Przyszedł jednak dzień, gdy nie mogłam tego dłużej ignorować. Wróciłam z pracy i zobaczyłam, jak Rafał stoi przy nowym aucie, opierając się o maskę. Kluczyki trzymał w dłoni.

– Skąd je masz? – zapytałam, podchodząc bliżej.

– Leżały w kuchni. – Wzruszył ramionami. – Pomyślałem, że pojadę zatankować.

– Bez pytania?

– Przesadzasz. To tylko samochód.

– Mój samochód.

Rafał parsknął śmiechem, choć w jego głosie słyszałam irytację.

– No weź, nie zachowuj się, jakbyś wygrała pałac. Jesteśmy małżeństwem. Co moje, to twoje, co twoje, to moje. Tak to działa.

– Naprawdę uważasz, że to upoważnia cię do zabierania czegoś bez mojej zgody?

Nie dramatyzuj. Mógłbym w ogóle nie mówić, że biorę kluczyki.

Serce zaczęło mi walić. Ten beztroski ton zadziałał na mnie, jakby ktoś próbował mnie na siłę oswoić.

– Oddaj kluczyki – powiedziałam.

– Serio? – spytał, unosząc je jak przedmiot zdobyty w starciu. – Chcesz zrobić o to awanturę?

– Chcę, żebyś szanował moje decyzje.

Patrzył na mnie długo, po czym cisnął kluczyki na dłoń i odszedł bez słowa do domu. W jego krokach słychać było złość, której nie potrafił już ukrywać. Stałam przy aucie, czując, że coś się w nas przechyliło na niewłaściwą stronę. To nie była już tylko sprzeczka o samochód. To była walka o to, czy moje granice będą brane pod uwagę.

Nasze drogi zaczynały się rozchodzić

Napięcie z dnia na dzień narastało. Rafał coraz rzadziej się odzywał, a jeśli już, to albo półsłówkiem, albo z wyraźnym wyrzutem. Pewnego wieczoru usiedliśmy naprzeciw siebie przy stole, każde z kubkiem herbaty, choć żadne z nas nie miało ochoty jej pić.

– Wiesz, że to wszystko wygląda dziwnie – zaczął, bawiąc się łyżeczką. – Jakbyś chciała mi coś udowodnić.

– Chcę tylko, żebyś szanował fakt, że to moja wygrana – odpowiedziałam.

– Masz obsesję na punkcie tego „moje”. Przecież nigdy tak do siebie nie mówiliśmy.

– Bo nigdy nie musieliśmy.

Rafał westchnął i spojrzał na mnie jak ktoś, kto czuje się pokrzywdzony.

Wiesz, co ludzie powiedzą? Że facet powinien jeździć autem. Że to normalne. Ty możesz mieć takie do pracy, takie jak dotąd, a to… – wskazał na okno, choć nie było widać samochodu – powinno być w moich rękach.

– Dlaczego? – zapytałam.

– Bo tak jest wygodniej, rozsądniej. Ty i tak nie potrzebujesz takiego auta.

Zasmuciła mnie ta pewność w jego głosie. Nie pytał, czy chcę, nie zastanawiał się, co czuję. Po prostu zakładał, że ma prawo decydować.

– Rafał, nie chcę, żebyś traktował mnie jak dodatek do swojego życia – powiedziałam cicho. – Auto nie zmienia tego, kim jestem. Nie muszę oddawać go tylko dlatego, że jesteś mężczyzną.

– Czyli wolisz mieć rację niż spokój?

– Chcę mieć szacunek.

Rafał wstał tak nagle, że krzesło odsunęło się z przeszywającym dźwiękiem.

Nie wiem, co się z tobą stało – rzucił i wyszedł z kuchni.

Ja zostałam, czując, że ta rozmowa była czymś w rodzaju końcowego sygnału. Nasze drogi zaczynały się rozchodzić.

Nie chodziło tylko o auto

Kilka dni później, kiedy emocje już trochę opadły, Rafał zaproponował, żebyśmy „wspólnie ustalili zasady korzystania z auta”. Zgodziłam się, choć wiedziałam, że nasze spojrzenia na tę sprawę są całkowicie różne. Siedzieliśmy przy stole, a między nami leżały kluczyki, jak symbol tego, o co walczyliśmy.

– Możemy się wymieniać – zaproponował. – Ja w tygodniu, ty w weekendy.

– Nie – odparłam spokojnie. – To moje auto. Mogę ci je pożyczyć, jeśli będę chciała, ale nie zgodzę się na żadne stałe zasady, które odbiorą mi prawo do decydowania.

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

– Naprawdę zamierzasz tak to ustawić?

– Tak.

Milczał przez chwilę, po czym wstał, jakby moje słowa były dla niego ciosem.

– Wiesz, nigdy nie myślałem, że wygrana w konkursie rozbije nam dom – powiedział.

– Nie rozbiła. Pokazała, co było ukryte.

Słowa wypłynęły ze mnie same. Zrozumiałam, że nie chodziło o tylko auto, ale o coś znacznie starszego. O to, że Rafał nigdy nie patrzył na nas jak na równych partnerów. Przez lata nie widziałam tego tak wyraźnie. Ostatecznie kluczyki zostały ze mną. Rafał przestał próbować je przejmować, choć w jego zachowaniu pojawił się chłód, którego wcześniej nie znałam. Nasza codzienność stała się cichsza, mniej bliska, bardziej ostrożna. Może kiedyś uda nam się znaleźć w tym wszystkim nowy porządek, a może ta historia była początkiem końca. Nie wiem. Jedno wiem na pewno: ta wygrana pokazała mi, że są rzeczy, których nie wolno oddawać, nawet jeśli kosztuje to spokój. I czasem trzeba zawalczyć o coś, co jest naprawdę własne.

Iga, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama