„Wyjazd do sanatorium otworzył mi oczy. Zrozumiałem, że starość nie musi upływać jedynie w kapciach i na czytaniu gazety”
„Sanatorium jawiło mi się jako miejsce uporządkowane, przewidywalne i pozbawione niespodzianek, co w moim wieku uchodziło za zaletę. Liczyłem na rutynę, spokój i anonimowość, bo nic tak nie męczy jak bycie ciągle ocenianym. Nie sądziłem, że ten pobyt zmusi mnie do uważniejszego spojrzenia w lustro”.

- Redakcja
Przyjazd do sanatorium zawsze wydawał mi się symbolicznym przekroczeniem granicy, po której człowiek oficjalnie zaczyna mówić o sobie w czasie przeszłym. Wcześniej byłem „aktywny”, „samodzielny”, „jeszcze całkiem żwawy”, a tutaj stawałem się numerem pokoju, harmonogramem zabiegów i kolejną teczką w rękach personelu. Miałem swoje lata i nie zamierzałem z nimi dyskutować. Z torby wyjąłem kilka koszul, książkę, której i tak nie zamierzałem czytać, oraz przekonanie, że wiem, czego się spodziewać.
Sanatorium jawiło mi się jako miejsce uporządkowane, przewidywalne i pozbawione niespodzianek, co w moim wieku uchodziło za zaletę. Liczyłem na rutynę, spokój i anonimowość, bo nic tak nie męczy jak bycie ciągle ocenianym. Nie sądziłem, że ten pobyt zmusi mnie do uważniejszego spojrzenia w lustro. Wtedy jeszcze byłem pewien, że człowiek w moim wieku przyjeżdża tu wyłącznie po ulgę w kolanach i plecach, a nie po cokolwiek więcej. Czas miał jednak własne poczucie humoru, a ja nie podejrzewałem, że postanowi je zaprezentować właśnie w tym miejscu.
Ten pobyt może nie być tak przewidywalny
Pierwszy dzień w sanatorium zawsze przypominał mi źle zorganizowane spotkanie towarzyskie, na które wszyscy przyszli z innych powodów. Jedni liczyli na poprawę zdrowia, inni na święty spokój, a reszta udawała, że to zwykłe wakacje. Otrzymałem kartę zabiegów i klucz do pokoju. Wszedłem do środka. Wnętrze było czyste i skromne. Otworzyłem okno, żeby wpuścić trochę powietrza, i od razu usłyszałem rozmowy z dziedzińca. Sanatorium żyło własnym rytmem. W porze obiadu skierowałem się do jadalni. Usiadłem na wolnym miejscu naprzeciwko jakiejś kobiety.
– Widzę, że pan tu nowy – stwierdziła, zanim zdążyłem podnieść łyżkę.
– Tak, jestem pierwszy raz – odpowiedziałem. Ale na razie jest tak, jak się spodziewałem.
Zupa była letnia, rozmowa znacznie ciekawsza.
– Proszę uważać, sanatorium potrafi zaskoczyć – dodała kobieta, po czym spojrzała na mnie uważniej. Po chwili wstała od stołu.
– Mam nadzieję, że wkrótce znów się spotkamy – powiedziała z uśmiechem.
Pozostawiła po sobie zapach perfum i niepokojącą myśl, że ten pobyt może nie być tak przewidywalny, jak zakładałem.
Sanatorium to nie miejsce na romanse
Drugi dzień zaczął się od porannej gimnastyki, która miała rozruszać ciało, a przy okazji wystawić na próbę resztki godności. Ćwiczyłem sumiennie, choć bez entuzjazmu, obserwując innych uczestników i ich indywidualne interpretacje poleceń instruktorki. Po zajęciach czułem się zmęczony, lecz zadowolony, jak po dobrze wykonanym obowiązku. Harmonogram przewidywał kąpiel leczniczą, a ja postanowiłem potraktować ją jak nagrodę. Po drodze znów spotkałem ją.
– Widzę, że plan trzyma pana w ryzach – powiedziała.
– Raczej udaje, że mną rządzi.
– To już coś.
Zaproponowała spacer po parku. Ścieżki były zasypane śniegiem, który skrzypiał pod stopami.
– Sanatorium kojarzyło mi się z ciszą – przyznałem.
– O to jeszcze się pan zdziwi, szczególnie podczas dancingów.
Potem rozmowa zeszła na różne tematy. Opowiedziałem jej m.in. o rozmowie z córką przed wyjazdem. O ostrzeżeniach wypowiedzianych półżartem, półserio.
– Powiedziała, że sanatorium to nie miejsce na romanse – dodałem.
– A pan co na to?
– Jeszcze nie wiem.
– Może wkrótce się pan dowie – uśmiechnęła się, a ja zauważyłem, że ten uśmiech działał lepiej niż niejedna terapia. Zatrzymaliśmy się przy ławce.
Usiedliśmy obok siebie, zachowując rozsądny dystans. Mimo to poczułem, że ten dzień zapisze się w pamięci wyraźniej niż poranna gimnastyka.
Czułem, jakbyśmy się znali od wielu lat
Trzeci dzień przyniósł rutynę, która zaczęła działać uspokajająco. Wiedziałem już, gdzie skręcić, kogo ominąć na korytarzu i kiedy najlepiej zniknąć z czyjegoś pola widzenia. Zabiegi mijały jeden po drugim, a ja coraz częściej łapałem się na tym, że czekam nie na masaż czy kąpiel, lecz na przypadkowe spotkania. Któregoś dnia zobaczyłem ją w kawiarni.
– Wygląda na to, że już pan się tu zadomowił – zauważyła, mieszając łyżeczką.
– Tak, czuję się tu coraz lepiej, ale nie tylko dzięki zabiegom.
– Ta? A co jeszcze tak dobrze na Pana wpływa?
– Np. Pani towarzystwo – powiedziałem bez ogródek.
Zarumieniła się. Potem rozmawialiśmy o drobiazgach, które nagle nabierały znaczenia. O pogodzie, która sprzyjała spacerom, o ludziach spotykanych codziennie. Czułem, jakbyśmy się znali od wielu lat.
Jakbym odzyskał coś, czego od dawna nie szukałem
Ostatnie dni pobytu miały w sobie nerwowość, której nikt nie chciał nazywać po imieniu. Harmonogram zabiegów kończył się szybciej, jakby sanatorium samo dawało znak, że czas wracać do własnych historii. Pakowałem rzeczy powoli, czując w środku, że jeszcze nie chcą wyjeżdżać. Ciało było wyraźnie lżejsze, ale głowa pracowała po swojemu. Po południu spotkaliśmy się w parku, przy tej samej ławce, która wcześniej wydawała się tylko miejscem do odpoczynku. Teraz miała w sobie jakąś nostalgię.
– Wiedziałam, że tu pan przyjdzie – powiedziała, zanim zdążyłem usiąść.
– Musiałem się jeszcze z panią zobaczyć.
Usiedliśmy obok siebie, bliżej niż wcześniej.
– Już pan wyjeżdża? – zapytała.
– Tak, jutro.
– I jak podobał się panu pobyt?
– Czuję, jakbym odzyskał coś, czego od dawna nie szukałem.
Milczeliśmy chwilę. Wymieniliśmy się numerami telefonu.
– To mój kontakt, mam nadzieję, że się jeszcze usłyszymy– powiedziała.
– Nie oczekuję obietnic. Wystarczy świadomość.
– Czego?
– Że jeszcze ktoś mnie zauważył.
Uśmiechnęła się i przytuliła mnie na pożegnanie.
Przypomniałem sobie, że wciąż jestem mężczyzną
Wyjazd nastąpił wcześnie, zanim sanatorium zdążyło się na dobre obudzić. Korytarze były cichsze niż zwykle, jakby same wiedziały, że nie wypada komentować cudzych powrotów do codzienności. Oddałem klucz w recepcji, słysząc uprzejme życzenia zdrowia, które brzmiały identycznie dla wszystkich. Wyszedłem na zewnątrz z walizką w ręku i uczuciem, że zostawiam za sobą coś więcej niż pokój. Na peronie czekałem kilka minut. Pociąg miał opóźnienie, co uznałem za drobną złośliwość losu, idealnie pasującą do całości. Usiadłem na ławce i pozwoliłem myślom błądzić bez kontroli. Nagle zadzwonił telefon.
– Wracasz już? – zapytała córka.
– Tak, czekam właśnie na pociąg.
– I jak było? Nie nudziłeś się?
– Zaskakująco nie.
– To cieszę się, że wyjazd się udał.
Nie dopytywała. Znała mnie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy rozmowę zakończyć. Pociąg wjechał na stację. Wsiadłem bez pośpiechu, znalazłem miejsce przy oknie i spojrzałem na odbijającą się w szybie twarz. Wyglądała spokojniej, niż się spodziewałem. Sanatorium nie było miejscem na romanse. Było miejscem, w którym przypomniałem sobie, że wciąż jestem mężczyzną. I to wystarczało.
Leszek, 75 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na Dzień Babci dostałam krem przeciwzmarszczkowy. Udawałam radość, ale jedno zdanie wnuczki złamało mi serce”
- „Na balu w sanatorium czułam się jak królowa parkietu. Wszystko przez jednego dżentelmena, który zawrócił mi głowie”
- „Na naukę jazdy na nartach nie jest za późno nawet na emeryturze. Najważniejsze to mieć kogoś, kto poda pomocną dłoń”