Reklama

Zima miała być dla mnie czasem ciszy i regeneracji, a nie początkiem czegokolwiek nowego. Jechałam do sanatorium z poczuciem zmęczenia życiem, z głową pełną niedopowiedzeń i sercem, które dawno przestało ufać. Nie przypuszczałam, że wśród skrzypiącego śniegu, długich korytarzy i obcych twarzy spotkam kogoś, kto zachwieje moim uporządkowanym światem.

Zaskoczyłam samą siebie

Pierwszy poranek w sanatorium przywitał mnie ciszą. Śnieg leżał grubą warstwą na parapetach, a drzewa za oknem wyglądały, jakby ktoś je unieruchomił jednym gestem. Zeszłam na śniadanie bez pośpiechu. Miałam wrażenie, że zupełnie tu nie pasuję. Sala była pełna ludzi, którzy rozmawiali swobodnie, jakby znali się od lat, choć przecież większość z nas przyjechała tu niedawno. Usiadłam przy wolnym stoliku pod ścianą. Ledwie zdążyłam rozłożyć serwetkę, gdy ktoś odsunął krzesło naprzeciwko mnie.

– Przepraszam, wszystkie inne miejsca zajęte – powiedział mężczyzna spokojnym głosem.

Podniosłam wzrok. Miał ciepłe oczy i lekki uśmiech, taki, który nie narzucał się, ale zostawał w pamięci.

– Oczywiście – odpowiedziałam po chwili.

Jedliśmy w milczeniu przez kilka minut. Czułam dziwne napięcie, jakby obecność obcej osoby burzyła mój starannie budowany dystans.

Pierwszy raz w sanatorium? – zapytał w końcu.

– Tak. Zimą też pierwszy – dodałam, sama nie wiedząc dlaczego.

Zimą jest tu inaczej. Ciszej – rzucił i spojrzał w okno.

Te słowa uderzyły mnie bardziej, niż powinny. Jakby ktoś nazwał coś, czego sama nie umiałam określić. Po śniadaniu spotkaliśmy się jeszcze raz na korytarzu, czekając na zabiegi. Ludzie narzekali na kolejki, ktoś żartował z pogody, a ja po raz pierwszy od dawna nie chciałam uciekać.

– Marek – przedstawił się nagle, wyciągając rękę.

– Alicja – odpowiedziałam.

Tego dnia rozmawialiśmy krótko. A jednak, gdy wieczorem wróciłam do pokoju, uświadomiłam sobie, że czekam na kolejny poranek. I ta myśl mnie przestraszyła.

Miałam nadzieję

Kolejne dni zaczęły układać się w rytm, którego wcześniej nie znałam. Poranne zabiegi, zapach herbaty na korytarzu, ciche rozmowy prowadzone półgłosem. Marek pojawiał się w nich naturalnie, jakby od początku był częścią tego miejsca. Raz staliśmy obok siebie w kolejce, innym razem mijaliśmy się tylko spojrzeniem, ale za każdym razem coś we mnie miękło. Po jednym z popołudniowych zabiegów zaproponował spacer.

– Tylko kawałek, zanim zrobi się ciemno – powiedział, jakby uprzedzając moje wahanie.

Śnieg skrzypiał pod butami, a powietrze było ostre, lecz czyste. Szliśmy powoli alejką w parku, między ławkami przysypanymi bielą.

Zawsze byłaś taka cicha? – zapytał nagle.

Zatrzymałam się. To pytanie było zbyt trafne.

Nauczyłam się taka być – odpowiedziałam po chwili. – Cisza mniej boli.

Nie dopytywał. Skinął tylko głową, jakby rozumiał więcej, niż mówiłam. Opowiedział mi o swojej pracy, o tym, że przyjechał tu, bo organizm w końcu się zbuntował. Mówił spokojnie, bez skarg, jak ktoś, kto pogodził się z ograniczeniami, ale nie stracił ciekawości świata. Usiedliśmy na ławce. Przez chwilę patrzyliśmy na ślady ptaków na śniegu.

– Wiesz – odezwał się – ludzie myślą, że serce okazuje się wielkimi gestami. A czasem to tylko bycie obok.

Te słowa zostały ze mną na długo. Wieczorem spotkaliśmy się jeszcze na kolacji. Ktoś opowiadał historię, ktoś inny śmiał się zbyt głośno, a ja po raz pierwszy od dawna śmiałam się razem z nimi. Gdy Marek odprowadził mnie pod drzwi pokoju, zapadła niezręczna cisza.

– Dobranoc – powiedział cicho.

– Dobranoc – odpowiedziałam, zamykając drzwi z uczuciem, którego nie umiałam nazwać.

Leżąc w łóżku, zrozumiałam, że ten wyjazd przestaje być tylko leczeniem ciała. A to budziło we mnie niepokój, ale i nadzieję.

Serce zabiło mi szybciej

Z każdym dniem obecność Marka stawała się czymś oczywistym. Nie umawialiśmy się, a jednak spotykaliśmy się regularnie: przy herbacie po kolacji, na korytarzu przed zabiegami wymieniając spojrzenia, które mówiły więcej niż słowa. Zaczęłam zauważać, że inni patrzą na nas z lekkim uśmiechem, jakby widzieli coś, czego ja jeszcze nie chciałam nazwać. Pewnego popołudnia usiedliśmy w małej czytelni. Za oknem wirowały płatki śniegu.

Mogę zapytać o coś osobistego? – odezwał się nagle Marek.

Serce zabiło mi szybciej.

– Jeśli będę umiała odpowiedzieć – odparłam ostrożnie.

– Co sprawiło, że tu przyjechałaś? Naprawdę.

Długo milczałam. W końcu zamknęłam książkę.

– Zmęczenie. Takie, którego nie widać na badaniach – powiedziałam cicho. – Przez lata byłam dla wszystkich, tylko nie dla siebie. A kiedy w końcu zostałam sama, okazało się, że nie wiem, kim jestem.

Słuchał uważnie, nie przerywał.

– Ja uciekłem – przyznał po chwili. – Przed decyzjami, których się bałem. Myślałem, że zmiana miejsca coś naprawi.

– I naprawiła? – zapytałam.

Wzruszył ramionami.

Jeszcze nie wiem. Jednak pierwszy raz od dawna nie czuję się zupełnie pusty.

Te słowa zawisły między nami. Poczułam, że dotykamy czegoś delikatnego, czego nie wolno zniszczyć pochopnością. Kiedy wychodziliśmy z czytelni, Marek zatrzymał się przy drzwiach.

– Niezależnie od tego, co będzie dalej, cieszę się, że cię tu spotkałem – powiedział.

Nie odpowiedziałam. Bałam się. Tego wieczoru długo nie mogła zasnąć. Wiedziałam już, że ten wyjazd zmieni mnie bardziej, niż planowałam. I że zbliża się moment, w którym będę musiała zdecydować, czy pozwolę sobie na coś więcej niż przyjaźń.

Nie umiałam tego cofnąć

Zima powoli zaczęła się zamieniać w wiosnę, choć śnieg wciąż zalegał na ścieżkach. W sanatorium dało się wyczuć zmianę – niektórzy pakowali walizki, inni odliczali dni do wyjazdu. Ta myśl ściskała mnie w środku bardziej, niż chciałam przyznać. Nie rozmawialiśmy z Markiem o końcu turnusu, jakby przemilczenie mogło zatrzymać czas. Tamtego dnia weszłam do świetlicy wcześniej. Na stoliku, przy którym często siedział Marek, leżała kartka. Nie planowałam jej czytać, ale nie mogłam się powstrzymać.

„Nie wiem, czy potrafię jeszcze komuś zaufać, ale czuję, że jeśli teraz się nie odważę, znowu wrócę do pustego życia”.

Serce zaczęło mi bić nierówno. Kartka wypadła mi z dłoni dokładnie w chwili, gdy Marek stanął w drzwiach.

– To… to nie było dla przeznaczone dla ciebie – powiedział, podnosząc papier.

– Wiem – odpowiedziałam szybko. – Przepraszam. Nie powinnam.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Cisza była ciężka, niewygodna.

– To list do ciebie, którego nie powinnaś czytać – wyznał w końcu. – Bałem się, że jeśli coś nazwę, przestanie być bezpieczne.

– Bezpieczne dla kogo? – zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Spojrzał na mnie uważnie.

Dla nas obojga.

Przez chwilę chciałam wstać i wyjść, wrócić do swojej roli ostrożnej obserwatorki. Zamiast tego zostałam.

– Ja też się boję – przyznałam. – Ale jeszcze bardziej boję się wrócić do domu i udawać, że nic się nie wydarzyło.

Marek uśmiechnął się smutno.

– Czyli nie tylko ja to czuję.

Tego popołudnia poszliśmy na długi spacer. Nie mówiliśmy wiele, ale każdy krok był jak ciche porozumienie. Wiedziałam już, że nie da się cofnąć tego, co się między nami zaczęło. I że zbliżający się wyjazd będzie prawdziwą próbą, nie dla ciała, lecz dla serca.

Przestałam uciekać

Dzień wyjazdu w końcu nadszedł. Korytarze, które jeszcze niedawno wydawały się obce, teraz były pełne wspomnień. Pakowałam rzeczy powoli, jakbym celowo chciała odwlec ten moment. Wiedziałam już, że wrócę do domu inna, choć nie potrafiłam dokładnie określić, na czym ta zmiana polega. Spotkałam się z Markiem przed wejściem. Stał z torbą przewieszoną przez ramię, trochę spięty, jakby nie wiedział, czy wolno mu zrobić krok w moją stronę.

I co teraz? – zapytałam, choć tak naprawdę pytałam o coś więcej niż plan podróży.

– Teraz wyjedziemy – odpowiedział uczciwie. – A potem zobaczymy, czy będziemy mieć w sobie tyle odwagi, by być razem poza tym miejscem.

Uśmiechnęłam się. To była najprawdziwsza odpowiedź, jaką mógł dać. Nie obiecywał cudów ani łatwych rozwiązań. Tylko próbę. Na pożegnanie objął mnie delikatnie, bez pośpiechu. W tym geście było więcej troski niż w wielu wielkich słowach, które słyszałam wcześniej w życiu. Kiedy odjeżdżaliśmy w przeciwnych kierunkach, nie czułam już pustki. Był lęk, niepewność, ale też coś nowego – spokój. Zrozumiałam, że ten wyjazd nie dał mi gotowych odpowiedzi. Dał mi coś cenniejszego: odwagę, by przestać uciekać przed sobą i przed bliskością. I świadomość, że czasem wystarczy spotkać kogoś, kto okaże serce, by przypomnieć sobie, że własne też wciąż bije.

Alicja, 56 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama