Reklama

Zawsze uważałam, że nie jesteśmy idealni, ale kto jest? Mieliśmy swoje wzloty i upadki, jak każda para. Czasem się kłóciliśmy, czasem mijaliśmy w biegu. On pracował dużo, ja też nie próżnowałam. Dom, dzieci, rachunki, obiad na czas – wszystko to zjadało nas po kawałku. Ale przecież miłość to też decyzja, prawda? Wierzyłam, że trwamy, bo chcemy. Bo oboje widzimy w tym sens.

Kiedy Paweł powiedział, że powinniśmy pojechać w góry, aż mnie zatkało. Zazwyczaj to ja ciągnęłam go za rękaw, organizowałam, namawiałam. Tym razem wyszedł z inicjatywą sam.

– Musimy pobyć tylko we dwoje – powiedział. – Chyba trochę się pogubiliśmy.

Uwierzyłam. Serio, dałam się złapać na te jego czułe słowa. Zaczęłam planować, jak nastolatka. Zarezerwowałam domek z kominkiem, wyszukałam najlepsze trasy, nawet kupiłam termiczne bielizny, żeby nie marudził, że mu zimno.

Wydawało się, że wszystko wraca na dobre tory. Był spokojniejszy, mniej zgryźliwy. Niby zmęczony, ale znowu czuły. Zaczęłam znów wierzyć, że może coś jeszcze między nami jest. Może po prostu się pogubiliśmy. Może jeszcze warto. Jak się później okazało – to „może” miało bardzo krótki termin ważności.

Tajemnicza koperta

To był wieczór przed wyjazdem. Dzieci już były u mojej mamy, walizki prawie spakowane. Zostały tylko drobiazgi – ładowarki, kosmetyczka, termos na herbatę. Paweł brał prysznic, a ja szukałam jego rękawiczek. Powiedział, że wrzucił je do szuflady w komodzie. Grzebałam tam chwilę, przesuwając stare dokumenty, instrukcje obsługi i jakieś paragony, gdy trafiłam na coś, czego się nie spodziewałam – białą kopertę, zaklejoną, z wypisanym jego imieniem na froncie. Pismo było kobiece.

Wzięłam ją do ręki. Nie miałam zamiaru jej otwierać. Naprawdę. Przez kilka sekund stałam w miejscu, ściskając ten kawałek papieru, który nagle ważył tonę. Serce waliło mi jak oszalałe. Nie wiem, co we mnie pękło, ale rozdarłam ją. Po prostu. Nawet nie potrafię powiedzieć, czy to był impuls, czy przeczucie.

Czytałam krótko. Kilka zdań. Kilka słów, które nie zostawiały miejsca na domysły. Żadne: „to nic nie znaczyło”, „to tylko flirt”, „to tylko rozmowa”. Nie. To było wszystko. Konkret, plan, uczucia. Data, miejsce. A w tym wszystkim on. Kiedy wyszedł z łazienki, jeszcze stałam z tą kopertą w dłoni. I choć nie powiedziałam ani słowa, on od razu wiedział.

Nieznany numer, znajoma treść

– To nie tak, jak myślisz – rzucił od progu, nie patrząc mi w oczy. Stałam jak wryta, z kartką w dłoni, a on mówił dalej, jakby miał już w głowie cały scenariusz na tę rozmowę. – To było chwilowe. Głupie. Skończone.

Nie odpowiedziałam. Po prostu wyszłam do kuchni i usiadłam przy stole. On za mną. Usiadł naprzeciwko, opuścił głowę. Przez chwilę panowała cisza, tylko lodówka buczała równomiernie, jakby to była najnormalniejsza chwila świata.

– Ile to trwa? – spytałam w końcu, patrząc mu prosto w oczy.

– Trwało. Miesiąc. Może dwa – wymamrotał, spuszczając wzrok.

– A ta wyprawa w góry? Co to miało być? Pożegnanie?

Zamilkł. I wtedy zadzwonił jego telefon. Numer nie był zapisany. Potem przyszła wiadomość. Na ekranie zaświeciło: „Nie mogę się doczekać”. Zamarł. Wyłączył telefon w panice, ale widziałam. Po tym już nie było żadnych wątpliwości.

– Ona nie wie, że masz żonę, prawda? – zapytałam. – I że jutro miałeś jechać ze mną, a nie z nią?

Nie odpowiedział. W tej jednej sekundzie wszystko, co jeszcze mogłam sobie wmawiać, rozsypało się w proch.

Prawda w oczach męża

Zawsze sądziłam, że zdrada to coś, co się czuje – że kobieta wie, zanim jeszcze znajdzie dowód. Że coś się zmienia, że czuć dystans, chłód, nieobecność. Tyle że Paweł przez ostatnie tygodnie był inny – owszem – ale bardziej... czuły. Jakby chciał się zbliżyć, naprawić coś między nami. Tylko teraz widziałam, że to nie mnie próbował odzyskać.

Siedział na kanapie z twarzą w dłoniach, a ja chodziłam po mieszkaniu w tę i z powrotem. Czułam, że mam w sobie coś, co zaraz wybuchnie. Złość. Upokorzenie. Smutek. A jednocześnie... pustkę. Jakby wszystko we mnie nagle wyparowało.

– Miałem to zakończyć – powiedział cicho. – Tylko nie wiedziałem, jak.

– Z nią? – zapytałam.

– Z nią. I z tobą.

Ten ostatni fragment powiedział tak cicho, że prawie go nie dosłyszałam. A może po prostu nie chciałam go słyszeć. Tyle razy się kłóciliśmy, tyle razy groził odejściem, ale nigdy nie zrobił tego naprawdę. A teraz, kiedy wszystko zaczęło się układać – on już był gdzieś indziej.

Wyprawa, której nie było

Nie spaliśmy tej nocy. Paweł leżał na kanapie w salonie, ja w sypialni, ale sen nie przyszedł. Wpatrywałam się w sufit, nasłuchując jego kroków, ciszy, westchnień. Nad ranem wstałam, zrobiłam herbatę, po cichu spakowałam jego rzeczy z walizki. Wszystko ułożyłam na krześle. Zostawiłam mu też kartkę z jednym zdaniem: „To nie ja powinnam stąd wyjechać”.

Wrócił do sypialni dopiero po ósmej, jakby liczył, że jednak zmienię zdanie. Spojrzał na mnie błagalnie, ale nie odezwałam się ani słowem.

– Gdybyś chciała porozmawiać… – zaczął.

– Nie chcę – przerwałam mu krótko. – Miała być wyprawa w góry. Chciałeś to naprawić. A ty już wszystko rozmontowałeś wcześniej.

Nie zaprzeczył. Wziął swoją kurtkę, torbę i wyszedł. Tak po prostu. Bez ostatniego słowa, bez spojrzenia. Jakby to był poniedziałek i wychodził do pracy.

Siedziałam potem przy stole, patrząc na kubek jego niedopitej herbaty. I próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz naprawdę z nim rozmawiałam. Tak szczerze. Bez udawania. Nie umiałam.

Nowy początek

Minął tydzień, odkąd Paweł wyszedł z naszego życia. Dzieci wróciły do domu, zadawały pytania, na które nie umiałam odpowiedzieć prostym zdaniem. „Tata musi sobie wszystko przemyśleć” – mówiłam, a w środku czułam, że to nie przemyślenia, tylko decyzja. Tyle że podjęta wcześniej, beze mnie.

Przysłał mi wiadomość. Krótką. Przepraszał, nie tłumaczył. Napisał, że się pogubił. Że nie wie, co dalej. Że żałuje, ale też nie potrafi wrócić. Nie odpowiedziałam. Co miałabym napisać? Że mnie też boli? Że byłam gotowa zawalczyć, ale nie z kimś, kto już odszedł?

W weekend pojechałam sama w góry. Ten sam domek, ta sama trasa. Przeszłam się w śniegu, patrzyłam na szczyty, które miały być tłem naszego „nowego początku”. I może w jakimś sensie były. Tyle że już nie dla „nas”.

Wróciłam do domu inna. Cichsza. Ostrożniejsza. I bardziej pewna siebie. Bo są momenty, kiedy wszystko się wali, a jednak człowiek jakoś stoi. Oddycha. Pakuje torbę, jedzie, wraca. I choć tego nie planowałam, nauczyłam się czegoś ważnego: że nawet samotnie można ruszyć w drogę. Czasem tylko tak się da.

Aldona, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama