Reklama

Na ten wyjazd czekałam od miesięcy. Kiedy tylko córka wspomniała, że może wziąć urlopu w lutym, od razu zaproponowałam, że zabiorę dzieciaki na ferie. Tak po prostu – babcia z wnukami w górach. Taki zimowy wypad: trochę sanek, trochę gorącej czekolady, może spacer do świątyni Wang i kulig. Nic wielkiego, ot, tygodniowy przerywnik od codzienności. Nie chodziło tylko o to, żeby odciążyć dzieci, choć wiadomo – młodzi zawsze w biegu. Chciałam nacieszyć się wnukami. Czułam, że coraz rzadziej mam z nimi kontakt – ekran telefonu, wieczne „później babciu” i uciekanie do swoich spraw. W Karpaczu miałam nadzieję na coś więcej. Na wspólny czas. Na rozmowy. Na śmiech przy grzanym mleku z miodem.

Zarezerwowałam dwa pokoje w pensjonacie, spakowałam termos, ciepłe skarpety i książki na wieczór. Byłam pełna zapału. Wnuki też wydawały się podekscytowane, gdy pakowaliśmy walizki. I tylko gdzieś z tyłu głowy, jak cieniutka igiełka, tliła się niepokojąca myśl – że może trochę idealizuję te nasze ferie. Że może będzie trudniej, niż myślę. Że dzieci to już nie te same maluchy, co kiedyś.

Byłam naiwna

Wyruszyliśmy bladym świtem. Michał siedział z tyłu w słuchawkach, Ada z przodu z nosem w telefonie. Po dwóch godzinach jazdy miałam ochotę zaciągnąć ręczny i wrócić do domu. Nie dlatego, że coś się działo – właśnie dlatego, że nic się nie działo. Kompletnie żadnej rozmowy. Próbowałam rozmawiać, oni mruczeli coś pod nosem. Życie.

– Kochani, zobaczcie, tam są sarny! – wskazałam palcem na pole za szybą.

– Mhm – mruknęła Ada, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Babciu, mogę sobie włączyć wi-fi z twojego telefonu? – Michał zdjął jedną słuchawkę.

– A nie lepiej popatrzeć przez okno? Jesteśmy w górach, nie pod blokiem.

– Ale ja właśnie wrzucam story, babciu.

W pensjonacie przywitała nas pani z recepcji. Byłam pewna, że wszystko mamy ustalone.

– Kolację zjemy o osiemnastej, dobrze? Potem planszówki, jak obiecywaliście.

– Wszystko dobrze, babciu – odpowiedzieli chórem.

Do tej pory myślałam, że ten zwrot znaczy coś pozytywnego. Byłam naiwna. O osiemnastej nie było ich w pokoju. Ani o osiemnastej dziesięć. Ani dwadzieścia. Telefon Michała milczał. Ady – zajęty. Wyszłam przed pensjonat i zaczęłam się rozglądać.

– Co za… – mruknęłam, kiedy zobaczyłam ich w oddali, jak ślizgają się po zamarzniętym parkingu z jakimiś obcymi chłopakami.

Miałam już coś krzyknąć, ale usłyszałam tylko:

– Babciu, przecież mamy ferie!

Byłam na nich wściekła

Wrócili do pokoju po dziewiętnastej, cali rozemocjonowani. Ja za to miałam już ciśnienie jak przed zawałem.

– Mówiłam coś o osiemnastej. Czy to dla was za trudne?

– Babciu, spokojnie – Michał rzucił plecak w kąt. – Byliśmy na sankach. Z nowymi znajomymi. Super ludzie.

– Z jakimi znajomymi?! Kogo wy znacie w Karpaczu?! – prawie piszczałam.

– No właśnie poznaliśmy. Z pokoju obok. Mają sanki, jeden ma deskę snowboardową. Pokazali nam fajne miejsce.

– Iście cudownie – mruknęłam. – A gdyby coś wam się stało? Przecież nie wiedziała, gdzie jesteście?!

– Przecież mamy telefony – wzruszyła ramionami Ada. – Tylko nie było zasięgu. Poza tym, serio, przecież mamy po trzynaście lat, nie jesteśmy dziećmi.

– A planszówki? Obiecywaliście, że wieczory spędzimy razem.

– To jutro, dobra?

Wyszłam do kuchni pensjonatu, żeby odetchnąć. Pani z obsługi zapytała:

– A gdzie są dzieci?

One już mają swoje życie – rzuciłam kwaśno.

Wróciłam do pokoju i zastałam ich oboje wpatrzonych w telefon Ady.

– Patrz, babciu – zawołała. – Zrobiliśmy filmik! Ma już tysiąc wyświetleń!

– To teraz nagrajcie filmik, jak was babcia prowadzi na kolację. To dopiero będzie!

– Babciu…

Zacisnęłam zęby

Następnego dnia obudziłam się wcześnie. Za oknem padał śnieg, a ja w duchu liczyłam, że może dzisiaj pójdzie lepiej. Zaparzyłam herbatę, ubrałam sweter z norweskim wzorem i poszłam obudzić wnuki. Zapukałam do ich drzwi.

– Kochani, śniadanie jest tylko do dziesiątej! Wstawajcie!

Cisza. Drugie pukanie.

– Michał! Ada! Pobudka!

Po chwili zza drzwi usłyszałam stłumione:

– Babciu…

Otworzyłam drzwi. Oboje w łóżkach, zasłonięci po uszy.

Wstawajcie, bo nie zdążymy. A potem idziemy na spacer.

– Spacer?! – Ada otworzyła jedno oko. – Miał być aquapark.

– Aquapark był w planach na jutro.

– To po co planować, jak i tak zmieniasz wszystko?! – fuknęła.

– Nic nie zmieniam. Chcę, żebyśmy zrobili coś razem. Bez ekranów. Popatrzcie na śnieg, góry, przyrodę…

– My wczoraj patrzyliśmy – Michał się przeciągnął. – Całe pół godziny, jak zjeżdżaliśmy z górek na workach.

Zacisnęłam zęby.

– Dobrze. To idźcie na śniadanie, a potem róbcie, co chcecie. Ja idę na mszę. Może przynajmniej ksiądz mnie wysłucha.

W jadalni zajęli miejsce daleko ode mnie. Patrzyli w telefony i chichotali. Po chwili Michał wstał, podszedł i postawił przede mną talerzyk z naleśnikiem.

– Z jagodami, babciu. Twój ulubiony, nie?

Spojrzałam na niego. Taki arogancki, a jednak coś tam pamięta.

Dziękuję, kochanie. To najcieplejszy gest od wczoraj.

– No widzisz. A mówiłaś, że młodzież jest tylko roszczeniowa.

Krzyczałam za nimi

Po południu dali się namówić na wspólne wyjście. Zwykły spacer i może trochę zjazdów na sankach, ale uznałam, że każda chwila razem jest na wagę złota. Michał ciągnął sanki, Ada co chwila przystawała, żeby robić zdjęcia.

– Babciu, zrobisz nam fotę? – zapytała niespodziewanie.

– Oczywiście – ucieszyłam się i wzięłam telefon. – Tylko nie ruszajcie się przez chwilę.

Ustawili się przy sankach, pozowali przez chwilę, po czym Ada wrzasnęła:

– Michał! Lecimy! Dawaj!

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, oboje wskoczyli na sanki i ruszyli z górki na złamanie karku. Krzyczałam za nimi:

Zwolnijcie!

Nie zwolnili. Sanki uderzyły w bandę, Michał przeleciał bokiem i wpadł w zaspę, Ada zahaczyła nogą i stoczyła się jak naleśnik. Pobiegłam tam w takim tempie, że prawie połamałam sobie obie nogi.

Wszystko w porządku?! – sapnęłam, próbując ich ocucić.

– Babciu, żyję. Chyba. – Michał jęknął, trzymając się za biodro.

– Mam śnieg w staniku – fuknęła Ada, otrzepując kurtkę. – I w spodniach.

Mówiłam, żeby uważać. Czy ja cokolwiek tu znaczę?

– Znaczysz. Zawsze warto mieć babcię w pogotowiu – stęknął Michał.

Wróciliśmy do pensjonatu pokryci śniegiem i błotem. A ja zaczęłam szukać tabletek na ból głowy.

Tylko westchnęłam

Wieczorem próbowałam wprowadzić trochę spokoju. Po kolacji zaproponowałam grę w karty.

– O nie, nie gram w coś, co nie ma aplikacji – mruknęła Ada, siadając z telefonem na łóżku.

– Babciu, może coś obejrzymy?– zapytał Michał.

– Nie po to przyjechaliśmy w góry, żeby siedzieć w ekranach. Nie możecie raz spróbować się pobawić jak normalni ludzie?

– Czyli jak? Biegać po łące i doić krowy? – prychnęła Ada.

– Nie. Posiedzieć razem. Porozmawiać. Zagrać. Powspominać.

– A powspominać co, babciu? Jak nie było prądu i woda zamarzała w kiblu?

– Ada! – krzyknęłam ostrzej, niż planowałam.

Zrobiła się cisza. Michał spojrzał na siostrę.

Ej, przesadzasz. Babcia się stara.

– No właśnie, babcia się stara – rzuciła Ada chłodno. – Ale niech też zrozumie, że my jesteśmy z innego świata.

– I w tym waszym świecie nie ma zasad, czasu, ani szacunku?

– W naszym świecie każdy robi swoje. Ty nie wiesz, co to znaczy.

Westchnęłam. Bolało. Serio bolało. Wyszłam z ich pokoju i poszłam zrobić sobie herbatę. Zostawiłam im karty, termofor i cichą nadzieję, że choć raz przestaną traktować mnie jak dziwoląga. Po dziesięciu minutach usłyszałam ciche pukanie.

– Babciu... a jak się gra w to makao?

Odwróciłam się i zobaczyłam ich oboje, z lekko skruszonymi minami. Usiadłam przy stoliku i zaczęłam tasować karty.

Zaskoczyli mnie

Grało się dobrze. Nawet bardzo. Śmialiśmy się z Michała, który ciągle mylił kolory, i z Ady, która obrażała się za każdą przegraną rundę, a potem – jakby nigdy nic – wciskała mi ciastko i mówiła:

Jedz, babciu, przecież i tak nie masz cukrzycy.

Następnego dnia obudzili się wcześniej ode mnie i wparowali do mojego pokoju, a Michał oznajmił z triumfem:

– Babciu, dzisiaj ty śpisz za długo. My już ubrani.

I zrobiliśmy ci herbatę – dodała Ada. – No dobra, Michał ją zrobił, ja tylko nalałam.

Zjedliśmy śniadanie razem. Bez telefonów, bez fochów. Poszliśmy na spacer po szlaku, Michał raz nawet podał mi rękę przy podejściu. Wieczorem wzięliśmy planszówki z recepcji. Nikt nie pytał o telewizję. Nawet nie zorientowałam się, kiedy zrobiło się normalnie. Po prostu byliśmy razem. W drodze powrotnej nie było już słuchawek. Michał opowiadał o swoich kolegach ze szkoły, Ada wyciągnęła krakersy i podawała mi co chwilę: „babciu, chcesz?” Kiedy podjechaliśmy pod dom, usłyszałam:

Fajnie było, babciu – powiedział Michał. – Tak trochę, jak za dawnych lat, co?

– Jeszcze gdzieś pojedziemy? – dodała Ada. – Ale może latem.

Uśmiechnęłam się. Nie, nie było łatwo. Była histeria, sanki, bunt, brak szacunku i chwilami chciałam się teleportować na bezludną wyspę. Może właśnie na tym polega bycie babcią. Że nawet jak dostaniesz w kość, to i tak masz serce pełne czułości. Bo jednak dali popis. Tylko nie taki, jak się bałam.

Jadwiga, lat 67

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama