„Wyjechałam do Kudowy, żeby zaznać spokoju. Gdy w pensjonacie spotkałam tajemniczego faceta, serce zabiło mi szybciej”
„Złapałam się na tym, że wiem, o której wraca do pokoju. Tłumaczyłam to przypadkiem i cienkimi ścianami. Nic więcej. Przecież przyjechałam tu po spokój, nie w celu obserwacji obcych mężczyzn. Wieczorem spotkaliśmy się przy automacie z gorącą wodą. Stałam już chwilę, gdy podszedł i skinął głową”.

- Redakcja
Przyjechałam do Kudowy w środku tygodnia, z jedną walizką i bez planu. To było dla mnie coś nowego. Zawsze jechałam dokądś w konkretnym celu: do kogoś albo po coś. Tym razem jechałam po nic. A przynajmniej tak sobie wmawiałam.
Droga była pusta, asfalt jeszcze wilgotny po nocnym deszczu. Radio wyłączyłam po pierwszych dziesięciu minutach, bo prowadzący mówił zbyt energicznie, jakby nie rozumiał, że nie wszyscy mają siłę słuchać cudzych żartów. Wolałam szum opon i własne myśli, choć te też nie były szczególnie uporządkowane. Nie wiedziałam, czego się spodziewać.
Przyjechałam tu odpocząć
Pensjonat stał trochę na uboczu, stary budynek z jasną elewacją, taką, która ma udawać świeżość. Pachniało drewnem i czymś jeszcze — może środkiem do mycia podłóg, może herbatą. W środku było cicho. Zbyt cicho, ale w dobrym sensie. Jakby nikt tu niczego ode mnie nie chciał.
– Dzień dobry – powiedziała recepcjonistka, nie podnosząc głowy znad komputera.
– Dzień dobry – odpowiedziałam, podając dowód.
Klikanie klawiatury, krótka pauza.
– Pokój dwunasty, drugie piętro. Schody po prawej. Śniadania podajemy od ósmej.
– Dziękuję.
Podsunęła mi klucz z drewnianym breloczkiem. Wtedy usłyszałam za sobą przesuwanie kółek walizki.
– Przepraszam – powiedział męski głos.
Odwróciłam się odruchowo. Stał tam mężczyzna w moim wieku albo trochę starszy, z siwiejącymi skroniami i tą niepewną miną człowieka, który nie jest pewien, czy dobrze trafił.
– Czy to pensjonat „Pod Lipą”? – zapytał, jakby się upewniał, że nie pomylił budynków.
– Tak – odpowiedziała recepcjonistka, zanim zdążyłam coś powiedzieć.
Mężczyzna skinął głową, spojrzał na mnie przelotnie, uprzejmie.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry – odpowiedziałam automatycznie.
Nic więcej. Żadnych pytań, żadnych uśmiechów ponad minimum. Tylko wymiana faktów, jak przy kasie w sklepie. A jednak zauważyłam jego walizkę. Była taka sama jak moja, tylko bardziej poobijana.
Schody skrzypiały pod stopami. Korytarz na drugim piętrze pachniał starym drewnem i kurzem, który osiadł tu na dobre. Zatrzymałam się przy drzwiach z numerem dwanaście. „Jestem sama” – pomyślałam. Pierwszy raz od lat. Nie bolało, jeszcze nie.
Zamknęłam drzwi za sobą i oparłam się o nie plecami, słuchając ciszy. Była gęsta, ale nieprzytłaczająca. Rozwód? To była tylko formalność. Kilka podpisów, kilka rzeczy zabranych z szafy, reszta zostawiona, bo „po co mi to?”. Nie czułam potrzeby rozdrapywania tego teraz. Przyjechałam tu odpocząć. Od siebie też.
Postawiłam walizkę pod ścianą, zdjęłam płaszcz. Przez chwilę stałam nieruchomo, jakby coś jeszcze miało się wydarzyć. Ale nic się nie wydarzyło. I dokładnie o to mi chodziło.
Spotykaliśmy się częściej
Dopiero następnego dnia zauważyłam numer na drzwiach naprzeciwko. Był ten sam co mój, tylko z literą obok. Otworzyłam drzwi niemal jednocześnie z nim. Stał już na korytarzu, w tej samej kurtce co wczoraj, jakby nie bardzo wiedział, co zrobić z porankiem.
– Dzień dobry – powiedział pierwszy.
– Dzień dobry – odpowiedziałam i od razu poczułam irytację na siebie, bo zabrzmiało to zbyt miękko.
Mijaliśmy się jeszcze kilka razy. Raz, gdy wracałam z krótkiego spaceru, raz przy schodach. Zawsze to samo: spojrzenie, uśmiech, pół kroku w bok. Zaczęłam zapamiętywać drobiazgi, choć nie widziałam w tym sensu. Sposób, w jaki ciągnął walizkę, chociaż nigdzie z nią nie jechał. To, że mówił cicho, jakby nie chciał nikogo obudzić, nawet w południe.
Złapałam się na tym, że wiem, o której wraca do pokoju. Tłumaczyłam to przypadkiem i cienkimi ścianami. Nic więcej. Przecież przyjechałam tu po spokój, nie w celu obserwacji obcych mężczyzn. Wieczorem spotkaliśmy się przy automacie z gorącą wodą. Stałam już chwilę, gdy podszedł i skinął głową.
– Też pani liczyła, że pójdzie to szybciej?
– Nie liczyłam na nic – odpowiedziałam, zgodnie z prawdą.
Uśmiechnął się krótko. Powiedział, że jest tu pierwszy raz. Odpowiedziałam, że ja też. To wystarczyło, żeby rozmowa się urwała, ale nie było w tym niezręczności. Raczej coś, co miało zostać niedopowiedziane.
Wróciłam do pokoju z poczuciem lekkiego napięcia, którego nie potrafiłam nazwać. Uznałam, że to zmęczenie drogą i ciszą. Nie chciałam sprawdzać, czy drzwi naprzeciwko są już zamknięte.
Dobrze nam się rozmawiało
Spotkaliśmy się wieczorem w części wspólnej, zupełnie przypadkiem, choć oboje przyszliśmy tam zbyt pewnie jak na przypadek. Na stole stał talerz z sernikiem, który przywiozłam bez specjalnego powodu. Powiedziałam, że szkoda, żeby się zmarnował. Przyjął to bez komentarza, jakby tylko czekał na taki pretekst.
Usiadł naprzeciwko. Z bliska wyglądał na bardziej zmęczonego, niż myślałam. Mówił, że to jego pierwszy wyjazd w pojedynkę, że wcześniej zawsze ktoś był obok. Skinęłam głową i nie dodałam, że u mnie było tak samo, tylko odwrotnie, bo wcześniej zawsze ktoś był aż za blisko.
Rozmowa toczyła się spokojnie, bez napięcia. Opowiadał o drobiazgach, o drodze, o tym, że nie umie odpoczywać, choć bardzo by chciał. Śmiałam się głośniej, niż planowałam. Zaskoczyło mnie, że nie muszę niczego pilnować, ani tonu swojego głosu, ani wyrazu twarzy. W pewnym momencie zapadła cisza, krótka i niewygodna tylko na pierwszy rzut oka.
– Samemu jest czasem ciszej, niż się człowiekowi wydaje – powiedział.
– Czasem aż za bardzo – odpowiedziałam.
Nie dopytywał. Byłam mu za to wdzięczna. Zauważyłam, że przy nim nie myślę o tym, kim powinnam być ani co wypada. Jednocześnie pilnowałam się podwójnie, jakby to było coś, co można łatwo stracić.
Kiedy wracaliśmy na korytarz, miałam wrażenie, że ta rozmowa zostanie ze mną dłużej, niż powinna. Powtarzałam sobie, że to tylko wieczór, tylko pensjonat, tylko chwila. I że właśnie dlatego nie ma to znaczenia.
Serce zabiło mi szybciej
Zgasiliśmy światła w części wspólnej i przez chwilę staliśmy niezdecydowani, jakby nie było oczywiste, że każde z nas pójdzie w swoją stronę. Korytarz był ciemniejszy niż wcześniej, cisza miała inny ciężar. Słychać było tylko nasze kroki. Przy drzwiach zatrzymał się pierwszy. Szukał klucza wolniej, niż było to konieczne. Udawałam, że robię to samo.
– To był dobry wieczór – powiedział, nie patrząc na mnie.
– Tak – odpowiedziałam, bo nie widziałam sensu dodawać czegokolwiek więcej.
Otworzył drzwi, ale nie wszedł od razu. Odwrócił głowę, spojrzał w moją stronę i powiedział cicho, prawie zwyczajnie:
– Dobranoc, sąsiadko.
To jedno zdanie zatrzymało mnie w pół ruchu. Poczułam, jak serce bije szybciej, choć nie było ku temu żadnego rozsądnego powodu. Odpowiedziałam również „dobranoc”, ale mój głos zabrzmiał obco, jakby należał do kogoś innego.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Próbowałam zignorować to napięcie, zrzucić je na zmęczenie albo ciszę. Wiedziałam jednak, że to nie była już zwykła uprzejmość ani przypadkowe spotkanie. Coś się zmieniło, choć nie potrafiłam powiedzieć co dokładnie.
Przez chwilę stałam bez ruchu, słuchając własnego oddechu. Pierwszy raz od dawna pomyślałam, że ten wyjazd może nie być tak spokojny, jak sobie zaplanowałam.
Bałam się bliskości
Położyłam się, ale sen nie przychodził. Leżałam nieruchomo, licząc dźwięki, które docierały z korytarza i zza ściany naprzeciwko. Wiedziałam, kiedy przesunął się w pokoju, kiedy zgasił światło. Ta świadomość była niepokojąca, jakby naruszała granicę, której nie chciałam przekraczać.
Przypomniałam sobie noce sprzed lat, kiedy obiecywałam sobie, że już nigdy nie będę czekać na czyjąś obecność ani na czyjś głos. Wtedy też byłam pewna swoich decyzji. Rozwód traktowałam jak zamknięcie sprawy, coś technicznego, co porządkuje życie. Teraz czułam, że to porządkowanie było powierzchowne.
Myśli wracały do małżeństwa, do rozmów, które kończyły się ciszą, i do tych, których nigdy nie odbyliśmy. Wmawiałam sobie, że nauczyłam się być sama i że to wystarcza. A jednak leżałam, wsłuchując się w obcy pokój, i czułam znajome napięcie, którego nie chciałam nazywać.
Odwróciłam się na bok i zamknęłam oczy. Pragnienie bliskości było natarczywe, a strach przed nią jeszcze silniejszy. Wiedziałam, że jeśli rano spojrzę na niego na korytarzu, nic nie będzie już zupełnie obojętne.
Wystarczyło jedno spojrzenie
Rano zeszłam wcześniej, zanim zdążyłam się rozmyślić. Schody skrzypiały tak samo jak wczoraj. W jadalni było pusto. Zjadłam w pośpiechu, jakby ktoś miał mnie przyłapać na czymś nie do końca dozwolonym. Na korytarzu minęliśmy się dopiero później. Stał przy drzwiach swojego pokoju, już gotowy do wyjścia. Spojrzał na mnie uważniej niż wcześniej.
– Dzień dobry – powiedział.
– Dzień dobry – odpowiedziałam.
Nic więcej. Ani zaproszenia, ani pytania, ani propozycji. Tylko to jedno spojrzenie, dłuższe niż potrzeba. Zrozumiałam, że oboje wiemy, co się wydarzyło, choć nic się nie stało.
Wróciłam do pokoju z myślą, że przyjechałam tu po ciszę, a wyjadę z czymś innym. Nie wiedziałam jeszcze, czy zrobię kolejny krok, ani czy chcę. Wiedziałam tylko, że nie wrócę już do stanu sprzed tej nocy. I że to nie miało nic wspólnego z nim, a wszystko ze mną.
Iwona, 47 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Babci i Dziadka płakałam z wycieńczenia. Córka zrobiła sobie ze mnie pomoc domową, ale koniec z tym”
- „Synowa podrzuciła wnuki na ferie i zniknęła. Teraz przez 2 tygodnie w kółko mam tylko placki, klocki i pieluchy”
- „Wydałam fortunę na luksusowy prezent z okazji Dnia Babci i Dziadka. Liczyłam na wdzięczność, a dostałam pogardę”