Reklama

Myślałam, że jedynym problemem naszego małżeństwa jest nuda i wypalenie. Kiedy pakowałam walizki na wyjazd z dziećmi, byłam pewna, że Paweł odetchnie z ulgą, że wreszcie będzie miał spokój od mojego zrzędzenia o cieknący kran i odrapane ściany w przedpokoju.

Chciałam odmiany

Od miesięcy czułam, że dusimy się we własnym domu. I nie chodziło tu wcale o brak powietrza czy słabą wentylację, ale o atmosferę, która gęstniała z każdym dniem. Nasze mieszkanie, które kupiliśmy dziesięć lat temu, miało być naszą przystanią, a stało się magazynem rzeczy niepotrzebnych, pamiątek po czasach, które minęły, i mebli, na które patrzeć już nie mogłam.

Paweł, mój mąż, jest typem człowieka, dla którego zmiana jest synonimem katastrofy. Lubi swoje stare fotele, nawet jeśli sprężyny wpijają się w plecy. Lubi ten bury kolor ścian w salonie, bo jak twierdzi, jest praktyczny i nie widać na nim kurzu. Ja natomiast marzyłam o świetle. O przestrzeni. O tym, żeby wejść do domu i poczuć energię, a nie przytłaczający ciężar rutyny.

– Kochanie, może pomalujemy chociaż przedpokój? – prosiłam go jeszcze w listopadzie, patrząc na smugi brudu przy włączniku światła.

– Daj spokój. Przecież jest dobrze. Po co robić bałagan? Nie mam teraz czasu na bieganie z wałkiem. W pracy mam urwanie głowy.

Nie widział problemu

Zawsze była praca. Zawsze był brak czasu. Czułam się coraz bardziej niewidzialna we własnym domu. Moje potrzeby estetyczne, moja chęć zmiany otoczenia, były traktowane jak fanaberie znudzonej żony. A przecież dom to my. Jeśli dom jest szary, brudny i zaniedbany, to co to mówi o nas? Decyzja o wyjeździe na ferie zapadła spontanicznie. Znalazłam ofertę w pensjonacie w górach, spakowałam dzieci i oświadczyłam Pawłowi, że wyjeżdżamy.

– Ty nie jedziesz? – zapytałam, choć znałam odpowiedź.

– Nie mogę – westchnął. – Mam projekt do oddania. Zostanę, popilnuję domu, będę miał ciszę do pracy. Wy odpoczniecie, ja podgonię robotę.

Wyjeżdżałam z ciężkim sercem. Czułam, że ta fizyczna rozłąka jest tylko symbolem dystansu, który wyrósł między nami. Bałam się, że gdy wrócę, zastanę go w tym samym fotelu, w tym samym burym salonie, jeszcze bardziej obcego niż wcześniej. Góry przywitały nas piękną, śnieżną scenerią, ale ja nie potrafiłam się tym cieszyć tak, jak powinnam. Dzieci szalały na stoku, a ja siedziałam na tarasie i gapiłam się w telefon. Paweł nie dzwonił.

Martwiłam się

Oczywiście wysyłał zdawkowe SMS-y: „U mnie ok”, „Zjedliście obiad?”, „Kładę się spać”. Kiedy próbowałam dzwonić na wideo, zawsze odrzucał połączenie, pisząc, że jest w trakcie ważnego spotkania online albo że ma słaby zasięg.

Przerażała mnie myśl, że on po prostu mnie unika. Że ta cisza to dowód na to, jak dobrze mu beze mnie. Każdego wieczoru kładłam się do łóżka i analizowałam nasze ostatnie miesiące. Kłótnie o drobiazgi, brak wspólnych tematów, mijanie się w kuchni. Może on naprawdę potrzebował odpocząć ode mnie? Może ten wyjazd to był pierwszy krok do separacji, o której żadne z nas nie miało odwagi powiedzieć na głos? Dzieci pytały o tatę.

– Tata pracuje, żebyśmy mogli tu być – tłumaczyłam im, czując, jak te słowa brzmią fałszywie w moich uszach.

W piątek, dwa dni przed powrotem, napisałam mu dłuższą wiadomość. Że tęsknię, że martwię się tą ciszą, że chciałabym, żebyśmy po moim powrocie usiedli i porozmawiali o nas. Odpisał po trzech godzinach: „Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Czekam na was. Szerokiej drogi”. Tylko tyle. Żadnego „kocham cię”, żadnego „tęsknię”. Byłam wściekła i smutna jednocześnie.

Marzyłam o powrocie

Podróż powrotna była koszmarem. Korki na Zakopiance, marudzące dzieci, które pokłóciły się o tablet, i moja narastająca frustracja. Kiedy wjeżdżaliśmy do naszego miasta, było już ciemno. Padał deszcz ze śniegiem, co idealnie oddawało mój nastrój. Chciałam tylko wejść do domu, wziąć prysznic i pójść spać, ignorując fakt, że moje małżeństwo prawdopodobnie wisi na włosku. Zaparkowałam pod blokiem. Spojrzałam w nasze okna na drugim piętrze. Było ciemno.

– Tata pewnie śpi – mruknął mój syn Janek, ciągnąc za sobą walizkę.

– Jest dopiero dziewiętnasta – odpowiedziałam. – Pewnie ogląda film.

Weszliśmy na klatkę schodową. Z każdym stopniem moje serce biło szybciej. Czego się spodziewałam? Sterty naczyń w zlewie? Zapachu nieświeżego powietrza? A może, co gorsza, idealnego porządku, który by świadczył o tym, że w ogóle nie korzystał z domu, tylko spędzał czas gdzie indziej?

Wyjęłam klucze. Ręka mi drżała. Przekręciłam zamek. Drzwi ustąpiły. Pierwsze, co uderzyło mnie po otwarciu drzwi, to zapach. Nie był to zapach starego kurzu ani pizzy. To był zapach… lasu? Świeżości? Drewna i czegoś cytrusowego.

– O, jak ładnie pachnie! – krzyknęła Zosia, moja córka, wbiegając do środka w butach.

– Zdejmij buty! – odruchowo krzyknęłam, wchodząc za nią i szukając włącznika światła.

Dosłownie oniemiałam

Pstryknęłam przełącznik i… zamarłam. Dosłownie wrosłam w wycieraczkę. To nie był mój przedpokój. Zniknęła stara, rozchybotana szafka na buty, o którą zawsze się potykałam. Zniknęły brudne ściany w kolorze wyblakłej moreli, których nienawidziłam od lat. Zamiast tego zobaczyłam jasną, ciepłą szarość, eleganckie lamele na jednej ze ścian i wielkie, okrągłe lustro w czarnej ramie, które optycznie powiększało przestrzeń dwukrotnie. Podłoga lśniła. Nowy dywanik, idealnie dopasowany do reszty, zachęcał do wejścia.

– Mamo, czy my weszliśmy do dobrego domu? – zapytał Janek, rozglądając się z szeroko otwartymi oczami.

Stałam z walizką w ręku, nie mogąc zrobić kroku. Mój mózg próbował przetworzyć to, co widzę. Czy Paweł się wyprowadził i ktoś inny tu zamieszkał w ciągu tygodnia? Nie, to absurdalne. Powoli weszłam do salonu. W salonie panował półmrok, oświetlony jedynie delikatnym światłem nowych lamp stojących.

To, co zobaczyłam, sprawiło, że łzy napłynęły mi do oczu. Wielka, ciężka meblościanka, pamiątka po latach dziewięćdziesiątych, którą Paweł darzył niezrozumiałym sentymentem – zniknęła. Zamiast niej na ścianie wisiały półki, na których stały nasze zdjęcia w nowych ramkach i kilka moich ulubionych książek.

Zrobił remont

Stary, bury narożnik został zastąpiony… nie, to był ten sam narożnik, ale obity zupełnie nowym materiałem. Piękny, głęboki granat. Na nim leżały musztardowe poduszki – dokładnie takie, jakie pokazywałam mu miesiąc temu w internecie, a on wtedy tylko mruknął coś pod nosem.

– Niemożliwe – szepnęłam.

Podeszłam do ściany. Była idealnie gładka. Zniknęły pęknięcia, zniknęły dziury po starych kołkach. Wszystko było pomalowane na złamaną biel, co sprawiało, że pokój wydawał się ogromny. Ale największy szok przeżyłam, gdy spojrzałam w kąt pokoju, tam, gdzie zawsze stał jego wielki, brzydki fotel biurowy i biurko zarzucone kablami.

Kącik biurowy zniknął. Został przeniesiony? Nie. Został ukryty. Paweł zbudował lub zamówił, nie miałam pojęcia, system zabudowy, który chował jego miejsce pracy, kiedy nie było używane. Gdy drzwi szafy były zamknięte, salon był miejscem relaksu, a nie biurem.

Pobiegłam do kuchni. Fronty szafek były te same, ale… uchwyty! Zmienił wszystkie uchwyty na złote, nowoczesne. Blat był nowy – drewniany, solidny, pachnący olejem. A na ścianie nad blatem, gdzie wcześniej straszyły stare, popękane kafelki, była teraz gładka tafla szkła.

Nie mogłam uwierzyć

Na stole w kuchni stał wielki wazon z moimi ulubionymi tulipanami. Obok leżała kartka. Podeszłam bliżej, drżącymi rękami podniosłam papier. Było tam napisane tylko jedno zdanie: „Żebyś wreszcie poczuła się tu jak u siebie”.

– Mamo! Chodź tutaj! – krzyknęła Zosia z naszej sypialni.

Ruszyłam w tamtą stronę, czując, że nogi mam jak z waty. Co on zrobił w sypialni? To było nasze najbardziej zapalne terytorium. Ja chciałam romantyzmu, on chciał telewizora. Weszłam do środka i musiałam oprzeć się o futrynę. Telewizor zniknął ze ściany naprzeciwko łóżka. Zamiast czarnego ekranu, wisiał tam wielki obraz. Abstrakcja w pastelowych kolorach, która kojarzyła mi się ze spokojem.

Ale to nie to sprawiło, że oniemiałam. Przy oknie, w miejscu, gdzie zazwyczaj składowaliśmy deskę do prasowania i suszarkę na pranie, stała toaletka. Nie byle jaka toaletka. To była odnowiona, stara toaletka w stylu art déco. Była pięknie odnowiona, pomalowana na biało, z oryginalnymi okuciami. Na blacie stały moje perfumy, poukładane w idealnym porządku. Nad nią wisiało okrągłe lustro z podświetleniem.

Zaskoczył nas

– Tato! Gdzie jesteś?! – krzyknęły dzieci, które zdążyły już obiec wszystkie pokoje.

Drzwi od łazienki otworzyły się powoli. Wyszedł z nich Paweł. Wyglądał strasznie. Miał wory pod oczami, był nieogolony, a jego dłonie były pokryte drobnymi rankami i śladami farby, której nie domył. Miał na sobie stary dres, brudny od pyłu gipsowego. Wyglądał na wykończonego, jakby nie spał przez cały ten tydzień. Ale uśmiechał się.

– I jak? – zapytał chrypliwym głosem. – Nie zdążyłem tylko wymienić listew w przedpokoju, ale reszta chyba ujdzie?

Staliśmy naprzeciwko siebie w tej nowej, pięknej sypialni. Ja w kurtce zimowej, on w brudnym dresie.

– Ty to zrobiłeś sam? – wydukałam.

– No… szwagier wpadł na dwa dni pomóc z gładziami i elektryką, żeby przenieść to biuro. Ale resztę tak. Malowałem po nocach.

– Ale kiedy, jak? Przecież miałeś pracować…

– Wziąłem urlop – przyznał, drapiąc się po karku. – Nie chciałem ci mówić. Chciałem, żeby to była niespodzianka. Słyszałem, jak narzekałaś. Widziałem, że jesteś nieszczęśliwa w tym bałaganie. Pomyślałem, że jeśli nie mogę zabrać cię teraz na Malediwy, to chociaż sprawię, żebyś nie nienawidziła wracać do domu.

Cała złość przeszła

W jednej chwili cały mój gniew, wszystkie podejrzenia, podszepty o zdradzie, lęk o przyszłość – wszystko to wyparowało. Zastąpiło je obezwładniające uczucie wzruszenia i wstydu. Wstydziłam się, że tak łatwo go oceniłam.

Podejrzewałam go o lenistwo i obojętność, podczas gdy on przez tydzień zaharowywał się niemal na śmierć, żeby spełnić moje marzenia. Kiedy ja piłam grzane wino i narzekałam na niego przyjaciółce, on szlifował ściany, wdychając pył, tylko po to, bym ja mogła się uśmiechnąć. Podeszłam do niego i zarzuciłam mu ręce na szyję, nie zważając na to, że pobrudzę kurtkę pyłem.

– Jesteś wariatem – szepnęłam mu do ucha. – Jesteś kompletnym wariatem.

– Ale podoba ci się? – upewnił się, obejmując mnie mocno.

– Jest przepięknie. To najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam.

Dzieci rzuciły się na nas, tworząc grupowy uścisk.

– Tata zrobił mi półkę na Lego! – krzyczał Janek.

– A mi pomalował ścianę na różowo! – piszczała Zosia.

Tego wieczoru nie rozpakowaliśmy walizek. Zamówiliśmy pizzę i usiedliśmy w nowym salonie, na nowych poduszkach. Paweł opowiadał, jak walczył z krzywą ścianą w przedpokoju i jak prawie stłukł lustro, wnosząc je po schodach. Opowiadał to z pasją, a ja patrzyłam na niego i widziałam człowieka, w którym zakochałam się piętnaście lat temu.

To było coś więcej

Zrozumiałam, że ten remont to nie była tylko zmiana koloru ścian. To był remont naszego związku. Paweł zdarł stare warstwy rutyny i obojętności, pokazał, że pod spodem wciąż są solidne fundamenty i miłość, która potrzebowała tylko trochę odświeżenia.

Zrozumiałam też, że komunikacja to nie tylko słowa. Czasami to czyny krzyczą najgłośniej. Jego milczenie przez ten tydzień nie było brakiem zainteresowania. Było skupieniem na celu, którym było moje szczęście. Kiedy kładliśmy się spać w odmienionej sypialni, bez migającego światła telewizora, panowała cisza pełna bliskości.

– Dziękuję – powiedziałam w ciemności.

– Nie ma za co – mruknął, już na granicy snu. – Ale następny remont za dziesięć lat. Plecy mnie bolą.

Zaśmiałam się cicho. Wiedziałam, że teraz wszystko będzie dobrze. Nie dlatego, że mamy ładne ściany, ale dlatego, że znów patrzymy w tym samym kierunku. Dom przestał być więzieniem, a stał się dowodem miłości. I choć pewnie za jakiś czas znów pojawią się brudne naczynia i kurz, to wiem, że pod tą warstwą codzienności kryje się coś trwałego. Coś, co warto pielęgnować, nawet jeśli czasami trzeba wziąć w rękę papier ścierny i trochę się przy tym ubrudzić.

Magda, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama