„Wyjechałam na ferie w góry, by zapomnieć o zdradzie męża. I pierwszy raz od lat zrobiłam coś tylko dla siebie”
„Przez chwilę przestałam myśleć o zdradzie, o rozwodzie, o tym, że moje małżeństwo rozpadło się z hukiem. Zamiast tego patrzyłam, jak obcy facet je jajecznicę”.

- Redakcja
Zawsze byłam tą, która ogarnia. Dom, dzieci, zakupy, święta, wakacje, przeprowadzki, wszystko. Byłam jak zespół ratunkowy na pełen etat – gotowa do działania nawet w środku nocy. Wydawało mi się, że mam wszystko poukładane: stabilność, rodzinę, miłość. Tyle że to „wszystko” było jak domek z kart. Wystarczył jeden ruch, żeby cała konstrukcja się rozpadła. Nie zamierzam się tu użalać. Ani dramatyzować.
Nie jestem przecież pierwszą kobietą, którą facet wymienił na młodszy model. I pewnie nie ostatnią. Nie zamierzam też wypisywać ckliwych mądrości o tym, że każda porażka to szansa. Tylko po raz pierwszy od lat zrobiłam coś, czego nikt ode mnie nie oczekiwał. Nie uzgadniałam terminów, nie dopinałam budżetu, nie tłumaczyłam się przed nikim. Kupiłam bilet, zarezerwowałam pensjonat w górach i po prostu... pojechałam. Sama. Nie jako żona. Nie jako mama. Nie jako ta „od ogarniania”. I właśnie tam, wśród śniegu i ciszy, wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam.
Głos ugrzązł mi w gardle
– Sama? – zapytała kobieta w recepcji, zerkając na mnie znad ekranu monitora.
– Tak, sama – odpowiedziałam spokojnie, choć w środku aż mnie skręcało. Przez lata nie wypowiedziałam tego zdania ani razu. Zawsze byłam „z kimś”. Teraz byłam „sama”.
Recepcjonistka podała mi kartę do pokoju i wręczyła broszurkę z planem atrakcji. „Sauna, masaże, warsztaty z jogi i pieczenia pierników”. Cudownie. Idealnie dla par i rodzin z dziećmi. Takich jak te, które właśnie targały walizki. Ich beztroska aż mnie zabolała. Wjechałam windą na trzecie piętro. Pokój był przytulny. Widok na góry. Cisza. Za cicho. Zrzuciłam kurtkę i usiadłam na łóżku. Pierwszy raz od miesięcy mogłam pomyśleć tylko o sobie. I właśnie wtedy zadzwonił telefon. Oczywiście.
– Halo?
– Cześć, mamo. Tata mówił, że wyjechałaś? – Głos mojego syna był zdziwiony.
– Wyjechałam. Na kilka dni. Do pensjonatu w górach.
– Sama?
– Sama – przytaknęłam. – Tata ci nie powiedział?
– Powiedział, że „postanowiłaś odpocząć od wszystkiego”. Czyli od nas też?
– Skarbie, nie od was. Od tego, co się stało. Potrzebuję chwili dla siebie, rozumiesz?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Rozumiem. Tylko... może wrócisz na weekend? Tata nie ogarnia, obiad był z proszku.
Uśmiechnęłam się. Mimo wszystko.
– Zobaczymy. A ty mi obiecaj, że przypilnujesz psa i nie pozwolisz ojcu dawać mu czekolady.
– Obiecuję – odparł. – I… mamo?
– Tak?
– W sumie to dobrze, że pojechałaś.
Nie odpowiedziałam. Bo głos ugrzązł mi w gardle.
Uśmiechnęłam się lekko
Śniadanie było podawane w formie bufetu. Ciepłe bułki, jajecznica, soki, kawa. Idealnie. Gdyby nie fakt, że byłam tam sama. Otoczona stolikami pełnymi par i rodzin z dziećmi w śniegowcach. Jedna matka karmiła córkę jogurtem, druga parzyła herbatę mężowi. Znalazłam wolny stolik w kącie. Włożyłam słuchawki, włączyłam jakąś jazzową playlistę i próbowałam wmówić sobie, że to miłe. Że jestem niezależna i silna. I właśnie wtedy usłyszałam:
– Przepraszam, to miejsce wolne?
Spojrzałam na mężczyznę przede mną. Był w kurtce narciarskiej, z kubkiem kawy i talerzem pełnym jedzenia.
– Yhm, tak, jasne – odpowiedziałam, zdejmując słuchawki. – Proszę siadać.
– Dzięki. Wszystkie inne zajęte, a nie chciałem siedzieć przy dzieciach, które rzucają parówkami.
Uśmiechnęłam się lekko.
– Rozsądna decyzja.
– Jestem Michał – wyciągnął rękę. – Samotny ojciec na przymusowych feriach.
– Marta – odpowiedziałam, ściskając dłoń. – Samotna kobieta na dobrowolnej ucieczce.
Roześmiał się. Tak, normalnie, bez sztuczności. I przez chwilę przestałam myśleć o zdradzie, o rozwodzie, o tym, że moje małżeństwo rozpadło się z hukiem. Zamiast tego patrzyłam, jak obcy facet je jajecznicę.
– A może… po śniadaniu pójdziemy na spacer? – zapytał nagle. – Śnieg idealny. Trochę się przewietrzymy. Co ty na to?
Zawahałam się.
– Nie wiem…
– To tylko spacer. Nie oświadczyny – mrugnął.
– Okej. Tylko muszę się przebrać.
– Poczekam w holu – powiedział i wstał z uśmiechem.
A ja poszłam się przebrać. I pierwszy raz od dawna zrobiłam to z przyjemnością.
Miło mi się z nim rozmawiało
Śnieg skrzypiał pod nogami, jakby chciał nas przed czymś ostrzec, ale my szliśmy dalej, między drzewami oprószonymi bielą, jakbyśmy znali się od lat. Michał opowiadał o synu, o tym, że nie chciał jechać, bo „w górach nie ma Wi-Fi”.
– A ty? Masz dzieci? – zapytał nagle.
– Mam. Dwójkę.
– Czyli też nieidealna rodzina?
– Raczej już była rodzina – poprawiłam go. – Zdradził mnie z koleżanką z pracy. Taką, co zawsze przynosiła ciasto na zebrania. I mówiła, że zazdrości nam związku.
– Klasyka. Mój związek też się sypnął – powiedział cicho. – Też zdrada. Też kolega. Tylko że nie przynosił ciasta.
Spojrzałam na niego. Tak po prostu. Bez współczucia, bez maski. I po raz pierwszy nie poczułam się jak idiotka, która dała się zrobić w balona.
– I co zrobiłeś?
– Wyprowadziłem się, wziąłem urlop, no i jestem.
Szliśmy chwilę w ciszy. Nagle Michał złapał się za bok i jęknął.
– Dobrze się z tobą gada.
– Nie mów tak, bo się jeszcze przyzwyczaję – rzuciłam.
– Może powinnaś – uśmiechnął się.
Zatrzymaliśmy się na małej polanie. Śnieg był nietknięty, jakby czekał tylko na nas.
– Zrobimy orły? – zaproponował.
– Ile masz lat? Dziesięć?
– No to co? Dawno nie robiłem nic głupiego.
– Ja też – przyznałam. – Dobra. Robimy.
I położyliśmy się razem w śniegu. I może to był pierwszy moment od miesięcy, kiedy naprawdę się śmiałam.
Ogarnął mnie spokój
Wieczorem spotkaliśmy się znów w strefie wellness. Ja w szlafroku z logo pensjonatu, z ręcznikiem na włosach. On – z książką pod pachą i miną, jakby przyszedł tylko po ciszę.
– O, Marta! – zawołał z udawaną niespodzianką. – Też planujesz udawać, że relaks w jacuzzi to twoje naturalne środowisko?
– A co, widać po mnie, że to pierwsze zanurzenie?
– Nie, skąd! Tylko ręcznik na głowie mówi sam za siebie – zaśmiał się.
– Miałam nadzieję, że nie będzie nikogo. Że poleżę sobie w bąbelkach i popłaczę jak dama z melodramatu.
– Sorry, przeszkodziłem ci w twojej prywatnej scenie łzawości?
– Trochę. Jednak możesz się przyłączyć.
– Mam tylko suche żarty i czekoladę z barku. Może być?
Weszliśmy razem do gorącej wody. Dookoła parowało. Nikt poza nami. Michał przymknął oczy, ja patrzyłam na niego, próbując zrozumieć, co to za dziwny spokój mnie ogarnia.
– Wiesz, nie planowałam nikogo tu poznawać – powiedziałam cicho. – Chciałam po prostu pobyć sama. Żeby nikt ode mnie nic nie chciał.
– A ja planowałem być nieznośnym gburem przez cały wyjazd – odparł. – Ale zobacz, nie wyszło. Ty mnie zepsułaś.
– Może to i dobrze. Chociaż nie wiem, co będzie po powrocie.
– Nie musisz wiedzieć – spojrzał na mnie poważnie. – Może wystarczy, że dziś jest dobrze.
– Dziś… chyba tak – przyznałam.
I wtedy po prostu zamknęłam oczy. Bez presji. Bez planu. Z kimś, kto niczego ode mnie nie oczekiwał.
To mi wystarczyło
Nazajutrz Michał czekał na mnie przy wejściu do wypożyczalni nart. Stał z dwiema parami kijków i czapką w renifery, która kompletnie nie pasowała do jego rysów twarzy.
– Co to ma być? – uniosłam brwi, wskazując czapkę.
– Stylówka z lat 90. Działa na kobiety po przejściach.
– To może działało w '95. Teraz wygląda jak mem.
– I tak ci się podoba – rzucił z uśmiechem.
Nie zaprzeczyłam. Chociaż ja na nartach jeździłam ostatnio w liceum, dałam się namówić. Na stoku okazało się, że Michał nie tylko mówi śmieszne rzeczy, ale i potrafi mnie ratować przed spektakularnym upadkiem.
– Robisz to specjalnie – sapnął, podnosząc się po naszym kolejnym wspólnym upadku.
– Może.
– Czyli warto było cię tu zaciągnąć?
– Warto, ale nie przyzwyczajaj się.
– Już za późno.
Wieczorem usiedliśmy razem w hotelowym lobby. Milczeliśmy. I to nie było niezręczne. Po prostu wystarczyło.
– Jutro wracam – powiedziałam w końcu.
– Wiem.
– I nie wiem, czy to coś ma sens.
– Może nie musi mieć sensu. Może wystarczy, że było dobre. Że coś sobie przypomnieliśmy.
– Co?
– Że potrafimy się jeszcze śmiać. I chcieć czegoś dla siebie.
Nie odpowiedziałam. Po prostu położyłam mu głowę na ramieniu. A on położył dłoń na mojej. I nic więcej nie trzeba było dodawać.
Odzyskałam siebie
Wróciłam do domu w niedzielę wieczorem. Dzieci siedziały przy komputerze, w kuchni leżał niedomyta patelnia, a na stole leżał pusty karton po pizzy. Świat wrócił do normy – tej trochę rozczarowującej, codziennej normy.
– Cześć, mamo – powiedział mój syn, nie odrywając wzroku od ekranu. – Było fajnie?
– Było… inaczej – uśmiechnęłam się. – Gdzie tata?
– Wyszedł. Powiedział, że „musiał się przewietrzyć”.
Oczywiście. W „przewietrzeniu się” był mistrzem. Zrzuciłam płaszcz, zdjęłam buty i poszłam do łazienki. W lustrze zobaczyłam twarz zmęczonej kobiety, która jednak nie wyglądała już jak ofiara. Raczej jak ktoś, kto po raz pierwszy od dawna przestał dźwigać wszystko na własnych plecach. Wieczorem, kiedy dzieci już spały, zadzwonił telefon. Michał.
– Cześć. Dotarłaś?
– Tak. Z powrotem w świecie brudnych skarpetek i rozlanej zupy.
– Brzmi jak raj.
– A ty?
– Też w domu. Jednak zauważyłem, że coś się zmieniło.
– Co?
– Poznałem cię.
Uśmiechnęłam się, choć on tego nie widział.
– Nie wiem, co z tego będzie, Michał. Nie jestem gotowa. Nie chcę nikomu nic obiecywać. Ani sobie.
– I dobrze. Bo ja też nie chcę obietnic. Wystarczy, że się poznaliśmy.
– Dziwne, prawda? Po tylu latach bycia żoną... nagle przypomnieć sobie, że mogę po prostu być Martą.
– Właśnie. I obyś o tym nie zapomniała.
Nie zapomnę. Bo ten wyjazd to nie była ucieczka. To było przypomnienie, że też się liczę.
Marta, 43 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzyłam, by stanąć na ślubnym kobiercu, ale mój luby wystawił mnie do wiatru. W końcu odpłaciłam się pięknym za nadobne”
- „Zabrałam wnuki na ferie, a oni nawet nie złożyli mi życzeń na Dzień Babci i Dziadka. Moja cierpliwość się skończyła”
- „Pojechałam z koleżanką w Beskidy, choć nie znoszę nart ani śniegu. Tej zimy rozgrzało mnie dobre towarzystwo w saunie”