„Wyjechałem do pracy w Holandii, żeby mama miała dach nad głową. Przez 10 lat byłem pewien, że pieniądze idą na raty”
„Wyjechałem z Polski zaraz po maturze. Miałem osiemnaście lat, dwie torby i serce pełne ambicji. W domu zostawiłem matkę i siostrę, które obiecałem utrzymać. Przez kolejne lata harowałem na zmywakach, budowach i przy przeprowadzkach, wysyłając co miesiąc sporą część zarobków na spłatę kredytu za rodzinny dom. Tak myślałem przez 10 lat”.

- Redakcja
Mama mówiła, że wszystko idzie na raty, na rachunki, na życie. Nigdy nie kwestionowałem jej słów. Do czasu. Gdy wróciłem po dziesięciu latach, coś przestało się zgadzać. Prawda wyszła na jaw szybciej, niż bym się tego spodziewał – i uderzyła we mnie bez litości.
Mogliśmy stracić dom
Zanim wyjechałem, nasz dom był zadłużony. Potrzebował też remontu, dach przeciekał, ściany wymagały malowania, a piec grzał tylko wtedy, gdy mama dorzucała drewno co godzinę. Tata zmarł, gdy miałem czternaście lat. Wszystko spadło na mamę – rachunki, opieka nad moją młodszą siostrą i długi, których nikt nie chciał nam darować.
– Jeśli nie zaczniemy spłacać rat, zabiorą nam dom – powiedziała pewnego wieczoru, wkładając do pieca ostatni kawałek drewna.
Miałem wtedy osiemnaście lat i zero złotych w kieszeni. Kumpel z technikum załatwił mi kontakt do pracy w Holandii. Bez języka, bez doświadczenia, za minimalną stawkę. Ale to było coś. Matka płakała, gdy wsiadałem do autobusu. Trzymała mnie za rękę do ostatniej chwili.
– Pamiętaj, synku, wszystko co dasz, pójdzie na dom. Spłacimy to i w końcu będzie nasze. Twoje.
– Wiem, mamo. Dlatego jadę.
Nie znałem jeszcze bólu samotności i tęsknoty. Spaliśmy w sześciu na jednym pokoju, a na chleb zarabiałem, dźwigając meble z piwnic i strychów. Ale co miesiąc pieniądze szły do Polski, do mamy. Wierzyłem, że robi z nimi dokładnie to, co obiecała.
Każdy grosz na dom
Na początku wysyłałem połowę wypłaty. Potem więcej. Nie wychodziłem nigdzie, nie kupowałem sobie nic poza najtańszym jedzeniem i nowymi butami roboczymi, kiedy stare już doszczętnie się rozleciały. Mama mówiła, że kredyt jest ogromny, raty rosną, do tego opłaty, remonty.
– Dobrze, że jesteś tam, gdzie można zarobić – mówiła w każdej rozmowie telefonicznej. – Gdyby nie ty, nie dałabym rady. Bóg ci to wynagrodzi, synku.
Zaciskałem zęby i pracowałem dalej. Gdy koledzy wracali do Polski na święta, ja zostawałem. Nie mogłem pozwolić sobie na bilet i tydzień bez zarobku. Gdy pytałem, czy wszystko w porządku z domem, zawsze słyszałem to samo:
– Wszystko dobrze, nawet dach już zrobiony. Jeszcze tylko dwa lata i dom będzie nasz.
Dwa lata minęły. Potem trzy. W sumie dziesięć. Wysyłałem pieniądze regularnie, co miesiąc, jak zegarek. Mama była wdzięczna, mówiła, że jest ze mnie dumna. Siostra skończyła szkołę, potem studia – też dzięki moim przelewom. Czasem czułem coś w rodzaju dziwnego niepokoju. Niby wszystko było dobrze, ale mama nigdy nie pokazała mi żadnego dokumentu, żadnej umowy z bankiem. Tłumaczyła to pośpiechem, brakiem czasu. I ja to łykałem. Przecież to była moja matka.
Po raz pierwszy poczułem się oszukany
Zadzwoniła do mnie w środku tygodnia. Byłem akurat na budowie, mokry od deszczu i wściekły, bo szef opóźniał wypłaty. Odebrałem, bo mama prawie nigdy nie dzwoniła w ciągu dnia. Zawsze mówiła, że „nie chce przeszkadzać w robocie”.
– Synku… – zaczęła cicho. – Wiesz, potrzebujemy jeszcze troche pieniędzy, wiesz? Jeszcze została ostatnia rata
Zamarłem.
– Jaka ostatnia rata? Przecież ty mi rok temu mówiłaś, że wszystko już spłacone. Że tylko jakieś formalności.
– No właśnie, te formalności... – wymamrotała. – Trochę się wszystko przeciągnęło. Nie martw się, wszystko ogarniemy.
Nie dawało mi to spokoju. Co tydzień odkładałem na dom, myśląc, że kiedyś tam wrócę i zamieszkam w miejscu, które wspólnie utrzymaliśmy. Tymczasem ona brzmiała jak ktoś, kto się z czegoś tłumaczy.
– Mamo, co się dzieje? – zapytałem. – Powiedz wprost.
– No... trochę się pomyliłam. Trochę było jeszcze innych potrzeb. Nie krzycz na mnie.
Nie krzyczałem. Rozłączyłem się. Po raz pierwszy pomyślałem, że coś tu nie gra. I że chyba przez te lata żyłem w iluzji.
Sąsiedzi powiedzieli, gdzie szukać mamy
Zacząłem dzwonić częściej. Zadawałem pytania, których wcześniej nie miałem odwagi zadać. Mama się denerwowała, mówiła, że ją ranię i że jej się to po prostu nie należy. Kiedyś się popłakała i rozłączyła, zanim zdążyłem zapytać o numer działki i nazwę banku. Mój współlokator, powiedział mi wprost:
– Bracie, jeśli boisz się prawdy, to jej nie szukaj. Ale jak się boisz kłamstwa, to lepiej się pakuj i jedź.
Tydzień później kupiłem bilet. Po dziesięciu latach wracałem do Polski, nie na święta, nie na pogrzeb, tylko żeby sprawdzić, czy dom, na który harowałem jak wół, faktycznie już jest nasz. Nie powiedziałem mamie, że przyjeżdżam. Chciałem zobaczyć jej twarz, gdy stanę w drzwiach. Tylko że... dom wyglądał jeszcze gorzej, a w środku nie było nikogo.
Stałem na środku ulicy i gapiłem się na działkę. Trawa po pas, jakaś budka z plastiku, śmieci. Żadnego ogrodzenia, żadnej tabliczki, żadnego śladu, że ktoś tu był w ostatnim czasie. Zadzwoniłem do niej. Nie odebrała. Po raz pierwszy poczułem nie tylko złość. Poczułem, że ktoś mnie zwyczajnie okradł. I był to ktoś, komu ufałem najbardziej. Od sąsiadów dowiedziałem się, gdzie szukać matki.
Ledwo ją poznałem
Jej nowy dom znalazłem dwa osiedla dalej. Nowszy, większy, z automatyczną bramą i kamerą nad wejściem. Rzekomo jej. A przynajmniej tak mi się wydawało – dopóki nie podszedłem bliżej i nie zobaczyłem obcego mężczyzny podlewającego trawnik.
– Dzień dobry, szukam właścicielki. Małgorzaty – zagaiłem.
– Małgosi? Jasne, zawołam żonę. A pan to?
Zanim zdążyłem odpowiedzieć, drzwi otworzyła mama. Wystrojona, uśmiechnięta. Zamarła, gdy mnie zobaczyła.
– Co ty tu robisz?
– Chciałem zobaczyć dom, który tyle lat spłacałem – powiedziałem. – No i ciebie, mamo. Zobaczyć, jak żyjesz.
Zbladła.
– To nie tak, jak myślisz... – zaczęła, ale nie chciałem słuchać.
Nie żyła w biedzie. Ona po prostu przestała być tą samą kobietą, którą pamiętałem. Wychodzi na to, że spieniężyła stary dom, zaciągnęła nowy kredyt i wyszła za faceta, o którym nawet nie słyszałem. Tylko zapomniała mi powiedzieć, że ja to wszystko sponsorowałem.
Na czym naprawdę jej zależało
Nie wpuściła mnie do środka. Stałem na tym zadbanym podjeździe, w butach brudnych od błota, jak ktoś obcy. Ktoś, kto naruszył spokój rodziny, do której kiedyś należał. Widziałem, że chce, żebym odszedł. Jej nowy mąż zaprosił mnie na herbatę, ale spojrzenie matki mówiło jasno: Nie komplikuj mi życia.
Nie zrobiłem awantury. Nie żądałem zwrotu pieniędzy. Planuję skonsultować się z prawnikiem, żeby pomógł mi odzyskać chociaż część pieniędzy, choć wiem, że będzie to trudne. Nie chodziło już nawet o te dziesiątki tysięcy, które przesłałem. Tylko o to, że ktoś przez dziesięć lat trzymał mnie w przekonaniu, że robię coś wielkiego. Że spłacam rodzinny dom. Że buduję bezpieczne miejsce. Prawda była taka, że przez ten czas spłacałem jej nowe życie. Jej spokój. Jej wygodę. Nigdy nie chodziło o dom. Chodziło o to, żeby ona miała łatwiej. A ja byłem środkiem do celu.
Od tamtej wizyty minęły trzy lata. Nie mamy kontaktu ani z nią, ani z siostrą, która też ukrywała przede mną prawdę. Matka próbowała raz zadzwonić. Nie odebrałem. Kupiłem małe mieszkanie pod Wrocławiem, sam. Z własnych pieniędzy. I choć pusto w środku, czuję się w nim bezpieczniej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie dlatego, że nikt mnie nie okradnie. Tylko dlatego, że już nikomu nie uwierzę na słowo.
Michał, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dałem synowi kasę, by rozwinął własny biznes. Teraz patrzę bezradnie, jak jego nowa panna chce go puścić w skarpetkach”
- „Teściowa myślała, że zdrady dzieją się tylko w filmach. Teraz przyszła do mnie z płaczem, bo jej mąż wziął nogi za pas”
- „Przekonałam męża, byśmy pojechali z teściową na ferie do Wisły. Przez to, co tam zobaczyłam, do domu wrócimy osobno”