Reklama

Czasem, kiedy wieczorem myję zęby nad umywalką, patrzę sobie w oczy w lustrze i myślę: „Czy to jeszcze ja?”. Od dawna wszystko we mnie jest podporządkowane rytmowi rodziny: Antek, dziewięć lat, Lena, sześć – dwoje dzieci, które pochłaniają większość mojego czasu i energii. Paweł, mój mąż od dziesięciu lat, od zawsze zapatrzony w swoją pracę, w e-maile, tabelki, jakieś wiecznie pilne projekty. Ja zawsze jestem na posterunku, zawsze gotowa łatać dziury, przewidywać, planować, dbać, żeby wszystkim było wygodnie. Dla siebie nie zostawiam już nawet resztek.

Z zewnątrz mamy wszystko – dom, rodzinę, porządek. W środku – samotność wśród bliskich. Tak, samotność. Zauważam to coraz wyraźniej, szczególnie wieczorami, gdy dzieci już śpią, a ja siedzę na kanapie w ciszy. Paweł zwykle jeszcze coś klika, czasem tylko rzuci „idę spać”. Próbowałam rozmawiać, pytać, prosić, szukać kontaktu – ale za każdym razem odbijam się od muru. Może już się poddałam.

Ferie miały być szansą. Chciałam, żebyśmy pobyli ze sobą inaczej, bez pośpiechu, bez codziennego szumu. Mazury – cisza, śnieg, kominek. To miał być mój oddech. W praktyce – jak zwykle – wszystko na mojej głowie.

– Asia, zrób listę, sprawdź pogodę, weź ładowarki – rzucał mąż.

Dzieci dokładały swoje:

– Mamo, gdzie czapka? Mamo, a tablet?

Próbowałam rozmawiać z mężem w wieczór przed wyjazdem.

– Paweł, może jutro coś razem zrobimy? Tylko we dwoje? – zapytałam cicho, mając nadzieję na cokolwiek.

– Zobaczymy, ile będę miał siły – mruknął, nawet na mnie nie patrząc.

Poczułam się, jakbym wołała do kogoś z innej planety. Może Mazury dadzą mi choć chwilę wytchnienia.

Ta rozmowa mnie obudziła

Zimowe Mazury – śnieg skrzypiał pod butami, ciemność za oknem pensjonatu była głębsza niż gdziekolwiek indziej. Przez dwa dni po przyjeździe zajmowałam się wszystkim: dziećmi, planem dnia, nawet znalezieniem zgubionej rękawiczki. Paweł prawie nie wychodził z pokoju, zasłaniając się zmęczeniem i laptopem. Nawet dzieci przestały go zaczepiać.

Wieczorem, kiedy Antek i Lena już zasypiali, poczułam, że muszę wyjść – po prostu się przewietrzyć, pobyć sama. Przeszłam przez hol pensjonatu, chcąc niezauważenie wymknąć się na krótki spacer. Nagle usłyszałam głos.

Pani tu sama? – usłyszałam ciepłe, spokojne pytanie. Odwróciłam się. Stał tam właściciel pensjonatu, mężczyzna może nieco starszy ode mnie. Miał siwiejące skronie, życzliwe oczy.

– Tak... musiałam na chwilę odetchnąć – odpowiedziałam trochę zbyt szczerze, jak na kogoś obcego.

– Jeśli pani chce, zapraszam na herbatę. Mam wyjątkową malinową, dobrze robi na zimowe wieczory – uśmiechnął się, jakby mówił coś oczywistego.

– Chyba nie odmówię – przyznałam. Pierwszy raz od dawna ktoś zauważył, że mogę mieć ochotę na coś tylko dla siebie.

Usiedliśmy przy niewielkim stoliku przy oknie z widokiem na cichy ogród tonący w śniegu.

– Ma pani taki trochę zmęczony wzrok. Dużo na głowie? – zapytał bez nachalności.

– Raczej wszystko – odpowiedziałam, czując, jak się przełamuję. – Praca, dom, dzieci… Czasem mam wrażenie, że jak zniknę na tydzień, to nikt nawet nie zauważy.

Tomek pokiwał głową.

– Mnie też nikt przez jakiś czas nie zauważał. Aż sam zacząłem się sobie przyglądać – odpowiedział cicho.

Było w nim coś takiego, co sprawiało, że chciało się mówić dalej, nawet jeśli zwykle milczałam. Rozmowa trwała dłużej, niż planowałam. Gdy wracałam do pokoju, czułam dziwną lekkość, jakbym zostawiła kawałek ciężaru przy herbacie z malinami. Nikt wcześniej nie zapytał mnie „czy pani jest sama?”, nie w tym sensie.

Sam przeszedł to samo

Następnego dnia wszystko potoczyło się samo. Dzieci od rana ciągnęły mnie na śnieg, chciały zjeżdżać na sankach, lepić bałwana. Paweł obiecał, że dołączy, „jak tylko dokończy kilka rzeczy”, więc… znowu byłam z nimi sama. Zdziwiłam się, kiedy Tomek przyniósł termos z gorącą herbatą i zaproponował, żeby pomógł dzieciom zrobić tor saneczkowy.

– Pani pozwoli, ja jestem specjalistą od zimowych atrakcji. Niech się pani trochę ogrzeje – mrugnął do mnie porozumiewawczo.

Obserwowałam, jak Tomek żartuje z Antkiem, pokazuje Lenie, jak zrobić idealną kulkę śniegu. Śmiali się, wygłupiali, dzieci lgnęły do niego z ufnością, której dawno nie widziałam w ich relacji z Pawłem. Złapałam się na tym, że pierwszy raz od dawna… nie przeszkadza mi patrzeć na własne dzieci z boku, nie muszę wszystkiego pilnować. Po raz pierwszy mogłam po prostu stać w ciszy i czuć ciepło na policzkach.

Wieczorem znowu spotkałam Tomka w holu. Usiedliśmy przy kominku, dzieci grzały skarpetki, Paweł został w pokoju.

Dobrze jest mieć kogoś, kto pyta, jak się czujesz – zaczął Tomek, patrząc na płomień.

– Tak. Dobrze… nawet jeśli to tylko chwilowe – odpowiedziałam. – Czasem mam wrażenie, że u mnie w domu, z mężem… właściwie jesteśmy sami. Tylko nie chcemy się do tego przyznać.

Tomek długo milczał, a potem powiedział cicho:

– Samotność jest wtedy najgorsza, kiedy siedzisz przy stole z rodziną i nie masz z kim zamienić słowa. Wiem, bo sam to przerabiałem.

Poczułam ukłucie wstydu, ale też ulgę, że nie jestem jedyna.

Później, kiedy wróciłam do pokoju, zobaczyłam Pawła zapatrzonego w ekran.

– Długo cię nie było. Dzieci znowu cały dzień z tym gospodarzem. Przynajmniej ktoś się nimi zajmuje – mruknął bez emocji.

Zamilkłam. Może właśnie dlatego tak bardzo chciało mi się rozmawiać z Tomkiem.

Skończyło się za szybko

Dzień wyjazdu z Mazur nadszedł za szybko. Dzieci były rozczarowane, że nie zostajemy dłużej, próbowały nawet negocjować z Pawłem, żeby zostać choć jeden dzień więcej. On jednak już myślami był w pracy. Ja czułam, że coś się we mnie skończyło – albo może dopiero zaczęło?

Pakowałam walizki bez pośpiechu, chcąc odwlec moment wyjazdu. Ostatni raz zeszłam do jadalni, żeby pożegnać się z Tomkiem. Stał przy drzwiach w tej samej flanelowej koszuli, w której widziałam go pierwszego wieczoru.

– No i co… wracacie do miasta – powiedział cicho, patrząc na mnie z uśmiechem, ale jakby trochę smutniejszym niż zwykle.

– Tak. Dzieci pewnie będą tęsknić za tobą… – zaczęłam niezdarnie.

Może nie tylko dzieci? – odpowiedział, jakby mimochodem, i od razu spuścił wzrok.

Staliśmy przez chwilę w niezręcznym milczeniu. W końcu wyciągnął rękę.

Dziękuję za rozmowy, Joanno. Za to, że byłaś… że mogłem cię poznać.

– To ja dziękuję. Dawno nikt nie widział mnie tak wyraźnie – powiedziałam i poczułam ścisk w gardle.

Chciałam coś jeszcze dodać, zapytać, czy możemy się kiedyś zobaczyć, ale słowa nie chciały przejść przez usta. Po prostu wyszłam. Na parkingu dzieci już czekały w samochodzie. Paweł siedział z telefonem, nawet nie spojrzał w moją stronę.

Droga powrotna minęła mi na milczeniu. Za szybą przesuwały się białe pola, coraz bardziej rozmyte w szarej mgle. W głowie powtarzały mi się słowa Tomka, jego spokojny głos, który w moim świecie brzmiał jak coś niewiarygodnego. Gdy w końcu przekroczyliśmy próg naszego mieszkania, Paweł od razu usiadł do komputera. Dzieci rozbiegły się do swoich pokoi. Ja stanęłam w kuchni z kubkiem zimnej herbaty, czując się jak cień samej siebie.

Postanowiłam być szczera

Minęło kilka dni od powrotu, zanim zebrałam się w sobie, by porozmawiać z Pawłem. Z zewnątrz wszystko wróciło do normy – dzieci rano do szkoły, ja do pracy, Paweł znów żył w trybie „nie przeszkadzaj, pracuję”. Nawet ślady śniegu z walizek zniknęły z przedpokoju, jakby wyjazd był tylko snem.

Pewnego wieczoru, kiedy dzieci już spały, usiadłam naprzeciwko Pawła w kuchni. On od razu sięgnął po telefon.

Możemy pogadać? – zaczęłam, czując, jak drżą mi dłonie.

– Jasne. Coś się stało? – nawet nie podniósł wzroku.

– Wiesz… Od dawna mam wrażenie, że jesteśmy tylko obok siebie. Nie rozmawiamy. Nie spędzamy razem czasu. Ja… czuję się bardzo samotna w tym wszystkim. Ty tego nie widzisz?

Paweł westchnął ciężko, położył telefon na stole, w końcu spojrzał na mnie.

– Joasiu, przecież nie mamy powodu do narzekań. Praca jest, dzieci zdrowe, mamy dach nad głową. Każdy teraz ma ciężko, muszę się starać dla was. O co ci chodzi?

– O to, że nie pamiętam, kiedy ostatnio mnie przytuliłeś. Albo zapytałeś, jak się czuję, naprawdę. Że wszystko jest na mojej głowie. Że jakby mnie nie było, to nawet byś nie zauważył.

Paweł pokręcił głową, zdezorientowany, jakbym mówiła w obcym języku.

– Przesadzasz. Może jesteś zmęczona po tym wyjeździe. Potrzebujesz odpoczynku, to odpocznij.

Poczułam narastającą złość i bezsilność. Znowu zderzyłam się z pustką, jaką od lat nosiłam pod skórą. Zdałam sobie sprawę, że nic się nie zmieni, jeśli ja czegoś nie zmienię. Ten związek – nasza rodzina – to tylko układ, który od dawna trzymałam sama. Po tej rozmowie długo siedziałam w kuchni, wpatrując się w ciemność za oknem. W środku czułam się wypalona i obca we własnym domu.

Musiałam to napisać

Nie potrafiłam przestać myśleć o tym, co wydarzyło się na Mazurach. Próbowałam zająć się codziennością, ale głowa sama wracała do tych chwil przy kominku, do głosu Tomka i jego pytań, które do dziś we mnie pracowały. Miałam wrażenie, jakbym na chwilę zobaczyła siebie z innej perspektywy – bardziej żywą, bardziej obecną. Tylko co zrobić z tą świadomością, kiedy wszystko wokół woła, żeby wrócić na swoje stare miejsce?

Wieczorem, kiedy dom ucichł, długo wpatrywałam się w ekran telefonu. W końcu wpisałam numer Tomka, który znalazłam na stronie pensjonatu. Przez chwilę gapiłam się na okienko wiadomości, nie mając pojęcia, co właściwie chcę napisać. W końcu zaczęłam pisać.

„Dzień dobry, tu Joanna – ta od malinowej herbaty i toru saneczkowego. Nie wiem, czy wypada pisać, ale czuję, że powinnam. Chciałam Ci podziękować – za rozmowę, za herbatę, za to, że przez chwilę poczułam się jak ktoś ważny. Może to dziwne, ale te kilka dni u Ciebie dało mi więcej, niż jestem w stanie wyrazić. Nie wiem, czy się jeszcze zobaczymy. Chciałam tylko powiedzieć: dziękuję. Nie oczekuję odpowiedzi”.

Wysłałam. Siedziałam potem długo z telefonem w ręce, czując, jak szybko bije mi serce. Czy to już zdrada? Nie czułam się winna, bardziej – jak ktoś, kto właśnie złapał haust powietrza po długim nurkowaniu. To był mój krzyk z prośbą o uwagę, może nawet o miłość. A może pierwszy raz od lat zrobiłam coś dla siebie, nie dla innych? Nie dostałam odpowiedzi tej nocy, ani następnej. Ale w środku czułam coś nowego – może to była nadzieja, a może tylko świadomość, że nie muszę już być niewidzialna.

Mam teraz wybór

Siedzę w kuchni przy oknie. W kubku zimna herbata, w tle ciche dźwięki bajki z pokoju dzieci. Paweł, jak zwykle, z laptopem na kolanach, przełącza się między jednym arkuszem a drugim. Lena wpada na chwilę, przytula się, coś mruczy pod nosem. Antek kłóci się z siostrą o pilota, znów muszę ich rozdzielać. Wszystko niby wróciło do normy. Tylko ja nie jestem już tą samą kobietą.

Patrzę na dzieci jak przez szybę. Jestem, ale jakby obok. Wiem, że dzieci mnie potrzebują, że nikt za mnie nie wyprasuje koszulek, nie przypilnuje lekcji, nie poda kakao. Wiem też, że przez lata wmówiłam sobie, że nie mam wyboru, że muszę być tłem, gwarantem codzienności, cichą maszyną do organizowania cudzego życia. Teraz to wszystko wydaje mi się obce, jakby należało do innej osoby. Przez kilka dni byłam kimś innym – i nie potrafię już zapomnieć tamtej wersji.

Nie mam jeszcze żadnych decyzji, żadnego planu. Nie wiem, co dalej. Ale po raz pierwszy od bardzo dawna czuję, że mam wybór. Nie wiem, czy to będzie wybór dla mnie, czy dla wszystkich, których kocham. Może nie potrafię jeszcze odejść – może nie chcę. Już nigdy nie będę tylko tłem. Cisza mazurskiej zimy nauczyła mnie własnego głosu.

Joanna, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama