Reklama

To miał być nasz czas. Tylko my, ośnieżone szczyty, drogie wino i próba wskrzeszenia tego ognia, który kiedyś parzył nas w palce, a teraz ledwo się tlił. Myślałam, że najgorsze, co może nas spotkać, to nudna cisza przy kolacji. Myliłam się. Prawdziwy koszmar zaczął się w momencie, gdy mój mąż, zamiast patrzeć mi w oczy, zaczął rozdawać swój uśmiech każdej napotkanej kobiecie, sprawiając, że czułam się jak niewidzialny dodatek do jego ego. A jednak, finał tej historii wstrząsnął mną bardziej niż zdrada.

Czułam, że dzieli nas ocean

Pamiętam dokładnie moment, w którym podjęłam tę decyzję. To był szary, wtorkowy wieczór. Wojtek siedział na kanapie, wpatrzony w ekran telewizora, na którym leciał jakiś mecz drugiej ligi, a ja stukałam w klawiaturę laptopa, kończąc raport dla szefa. Byliśmy w tym samym pokoju, na tej samej sofie, a jednak czułam, że dzieli nas ocean. Ocean niewypowiedzianych słów, zmęczenia i tej cholernej, bezpiecznej rutyny.

Jesteśmy małżeństwem od dziesięciu lat. Dekada. To brzmi dumnie na rocznicach, ale w rzeczywistości oznacza tysiące dni, w których motyle w brzuchu zamieniają się w niestrawność, a namiętne szepty w pytania o to, kto zapomniał kupić tabletki do zmywarki. Kocham Wojtka. Jest dobrym człowiekiem, świetnym ojcem (mamy 8-letniego syna, który na ten weekend został u babci) i moim przyjacielem. Ale... no właśnie. Gdzieś po drodze zgubiliśmy „to coś”.

Stałam się dla niego „Adelą od organizacji życia”. On dla mnie stał się „Wojtkiem, który jest zawsze obok”. Meblom też się nie dziękuje za to, że stoją, prawda? Walentynki zbliżały się wielkimi krokami. Zazwyczaj wymienialiśmy się czekoladkami z supermarketu i oglądaliśmy serial. Tym razem poczułam bunt. Zarezerwowałam pobyt w luksusowym hotelu w Tatrach. Spa, basen, widok na Giewont. To miało być nasze odrodzenie. Wydałam na to małą fortunę, ale uznałam, że nasz związek jest tego wart.

– Kochanie, jedziemy w góry – ogłosiłam triumfalnie.

Wojtek oderwał wzrok od telewizora. Wyglądał na szczerze zaskoczonego, a potem... uśmiechnął się.

– Serio? Tylko my? – zapytał, a w jego oczach pojawił się błysk, którego dawno nie widziałam.

Wtedy myślałam, że to błysk radości z bycia ze mną. O, jakże byłam naiwna.

Stałam tam ja słup soli

Podróż minęła nam całkiem przyjemnie. Rozmawialiśmy o bzdurach, słuchaliśmy starych playlist. Czułam, jak stres z pracy opada, ustępując miejsca ekscytacji. Wyglądałam dobrze – nowa fryzura, płaszcz w kolorze wielbłądziej wełny, staranny makijaż. Chciałam mu się podobać. Dojechaliśmy do hotelu po południu. Miejsce ociekało luksusem – drewno, kamień, zapach drogich perfum w lobby i ogień trzaskający w wielkim kominku. Podeszliśmy do recepcji. I wtedy to się zaczęło. Za ladą stała recepcjonistka. Młodziutka, może dwadzieścia pięć lat. Ciemne loki, nienaganny uniform i uśmiech, który mógłby topić lodowce. Miała plakietkę z imieniem „Kinga”.

– Dzień dobry, państwo rezerwowali apartament z widokiem na góry? – zapytała profesjonalnie, patrząc na nas oboje.

Wojtek oparł się łokciem o ladę w sposób, w jaki nie opierał się o nic w naszym domu od lat. Wypiął klatkę piersiową.

– Zgadza się, pani Kingo – powiedział, przeciągając samogłoski. Jego głos obniżył się o oktawę. Stał się głęboki, aksamitny. – Ale muszę przyznać, że widok tutaj na dole jest równie zachwycający, co ten za oknem.

Zamarłam. Kinga zachichotała, spuszczając wzrok, wyraźnie połechtana.

– Pan jest bardzo uprzejmy – odparła, bawiąc się długopisem.

– Tylko szczery – mrugnął do niej.

Mrugnął! Mój mąż, który ostatni raz mrugnął do mnie, gdy wpadło mu coś do oka przy ścieraniu kurzy. Stałam tam jak słup soli, trzymając w ręku nasze dowody osobiste. Czułam się nagle staro, ciężko i niewidzialnie. Wojtek w ogóle na mnie nie patrzył. Całą uwagę skupił na tej dziewczynie. Oczywiście, to był tylko „niewinny flirt”. Tak sobie tłumaczyłam, wchodząc do windy.

– Co to było na dole? – zapytałam, starając się brzmieć lekko.

Wojtek wzruszył ramionami, wciskając guzik trzeciego piętra.

Co? Byłem tylko miły. Dziewczyna ma ciężką pracę, trzeba być uprzejmym.

– Uprzejmym? Wojtek, ty ją prawie zaprosiłeś na randkę.

– Przesadzasz, Adela. Wyluzuj. Jesteśmy na wakacjach.

Wyluzuj. Najgorsze słowo świata.

Upokorzył mnie na basenie

Rozpakowaliśmy się w milczeniu. Pokój był piękny, ale atmosfera gęsta. Postanowiłam, że nie pozwolę, by jedna recepcjonistka zepsuła mi weekend. Przebrałam się w mój nowy strój kąpielowy – jednoczęściowy, ale z głębokim wycięciem na plecach. Czułam się w nim całkiem nieźle. Zjechaliśmy do strefy wellness. Było tłoczno. Pary, rodziny, grupy znajomych. Wojtek od razu skierował się do jacuzzi. Weszliśmy do ciepłej, bulgoczącej wody. Naprzeciwko nas siedziały trzy kobiety. Wyglądały na przyjaciółki, może koło trzydziestki. Zadbane, głośne, roześmiane. Wojtek, zamiast usiąść tak, by patrzeć na mnie, usiadł bokiem. Tak, żeby mieć idealny widok na całe jacuzzi.

– Ale gorąco, co? – zagadnął w przestrzeń, niby do nikogo, a jednak prosto do blondynki w niebieskim bikini.

Kobiety spojrzały na niego. Wojtek ma 42 lata, ale dba o siebie. Siłownia trzy razy w tygodniu robi swoje. Jest przystojny, ma ten rodzaj męskiego uroku, który z wiekiem zyskuje na wartości.

– Bardzo gorąco – odpowiedziała blondynka, uśmiechając się szeroko. – A pan tak sam?

Zacisnęłam zęby pod wodą. Byłam dosłownie dziesięć centymetrów od niego.

– Z żoną – wskazał na mnie niedbale kciukiem, jakby pokazywał stary plecak. – Ale żona chyba zmęczona podróżą, bo milczy jak zaklęta.

Poczułam, jak krew uderza mi do twarzy. Upokorzył mnie. Zrobił ze mnie nudną matronę, podczas gdy sam odgrywał rolę duszy towarzystwa.

– Ojej, biedna żona – zachichotała brunetka obok. – My tu świętujemy awans Kaśki, może się pan dołączy do toastu? Mamy szampana przy leżakach.

Wojtek roześmiał się głośno. Zbyt głośno.

– Z przyjemnością bym się dołączył, gdyby nie smycz – zażartował.

To był cios poniżej pasa. Wyszłam z jacuzzi bez słowa. Woda ściekała ze mnie strugami i łzy cisnęły mi się do oczu. Poszłam do sauny parowej, gdzie nikt nie mógł widzieć mojej twarzy. Siedziałam w gęstej mgle i zastanawiałam się, co ja tutaj robię. Czy on zawsze taki był, a ja tego nie widziałam? Czy to ten słynny kryzys wieku średniego? A może po prostu przestałam mu wystarczać? Wrócił do mnie po 20 minutach.

– Gdzie uciekłaś? Było tak wesoło – zapytał, jakby nic się nie stało.

– Dla ciebie na pewno – warknęłam. – Świetnie się bawiłeś z dziewczynami.

– Adela, na litość boską, nie bądź zazdrosna o zwykłą rozmowę. Jesteś taka spięta. Dlatego cię tu zabrałem, żebyś wyluzowała.

– Ja cię zabrałam! – przypomniałam mu, ale on już szedł pod prysznic, gwiżdżąc pod nosem.

Czułam się mała i niechciana

Wieczór miał być kulminacją. Walentynkowa kolacja w hotelowej restauracji. Założyłam czerwoną sukienkę, którą kupiłam specjalnie na tę okazję. Była odważna, podkreślała talię. Wojtek założył koszulę i marynarkę. Wyglądał obłędnie. Kiedy weszliśmy do sali, czułam na nas wzrok innych gości. Przez chwilę byłam dumna. Idziemy razem, para z klasą. Ale czar prysł, gdy tylko usiedliśmy. Kelnerka podeszła z menu. Była starsza od recepcjonistki, bardziej doświadczona, z tym rodzajem pewności siebie, który onieśmiela.

– Co mogę państwu podać na początek? – zapytała, patrząc prosto w oczy Wojtka.

A on znów to zrobił. Włączył ten swój tryb „Don Juana”.

– Pani polecenie będzie dla mnie rozkazem – powiedział, uśmiechając się szelmowsko. – Ale jeśli mogę zasugerować, to wino musi być równie wytrawne i intrygujące jak pani spojrzenie.

Kelnerka się zarumieniła. Autentycznie się zarumieniła.

– Przyniosę kartę win – wydukała i odeszła szybkim krokiem.

Siedziałam naprzeciwko niego, ściskając serwetkę tak mocno, że zbielały mi knykcie.

– Czy ty musisz podrywać każdą kobietę, która się nawinie? – zapytałam cicho, starając się nie robić sceny.

Wojtek spojrzał na mnie zdziwiony.

– O co ci chodzi? Jestem po prostu szarmancki. Kobiety to lubią.

– Ja jestem kobietą, Wojtek. I wiesz co? Ja tego nie lubię. Nie, kiedy jesteś tu ze mną.

– Ty jesteś moją żoną, to co innego – machnął ręką. – Tobie nie muszę imponować, już cię mam.

To zdanie zawisło w powietrzu jak wyrok. „Już cię mam”. Zdobyta, zaklepana, odhaczona. Nie trzeba się starać. Nie trzeba prawić komplementów. Można traktować jak powietrze, podczas gdy całą energię kieruje się na obce baby. Kolacja była torturą. Wojtek rozglądał się po sali. Komentował ubiór kobiety przy stoliku obok („Ta w zielonym ma styl, co?”), uśmiechał się do piosenkarki jazzowej na scenie. Ja jadłam kaczkę, która smakowała jak trociny. Czułam się mała, szara i niechciana. W mojej głowie kłębiły się myśli o rozwodzie, o tym, że zmarnowałam najlepsze lata na faceta, który potrzebuje ciągłej atencji obcych kobiet, by poczuć się męsko.

Tego już było za wiele

Po kolacji Wojtek zaproponował drinka w barze. Nie chciałam iść, ale bałam się, że jeśli pójdę do pokoju sama, on zostanie i „zaopiekuje się” nim jakaś inna samotna dusza. Bar był ciemny, klimatyczny, pełen ludzi. Usiedliśmy przy stoliku w rogu. Wojtek poszedł po drinki. Czekałam 5 minut. 10 minut. 15 minut. Wstałam, żeby zobaczyć, co się dzieje. Stało przy barze. Ale nie czekał na barmana. Stał odwrócony plecami do mnie, oparty o kontuar, i rozmawiał z tą samą grupą kobiet, które widzieliśmy w jacuzzi. Blondynka w niebieskim (teraz w srebrnej sukience) śmiała się, kładąc rękę na jego przedramieniu. On nachylał się do niej, szepcząc coś, co wywołało kolejną salwę śmiechu. Wyglądał na szczęśliwego. Wyglądał na żywego. Inaczej niż w domu. Inaczej niż ze mną. Coś we mnie pękło. To nie była zazdrość. To była wściekłość zmieszana z rozpaczą. Podeszłam do nich szybkim krokiem.

– Nie przeszkadzam? – zapytałam głośno, stając tuż obok niego.

Blondynka cofnęła rękę jak poparzona. Wojtek drgnął, ale szybko odzyskał rezon.

– O, Adela! Właśnie opowiadałem dziewczynom o naszej wyprawie na Rysy, pamiętasz?

– Nie pamiętam, bo nigdy tam nie byliśmy – odparłam lodowato. – Dostałeś drinki, czy czekasz, aż same się zrobią?

Zapadła niezręczna cisza. Kobiety wymieniły spojrzenia i nagle „musiały już iść”. Zostaliśmy sami przy barze.

– Co ty odwalasz? – syknął Wojtek, gdy odeszły. – Robisz z siebie wariatkę.

– Ja robię wariatkę? Ty robisz z siebie pajaca! – krzyknęłam, nie zważając na ludzi dookoła. – Przyjechaliśmy tu razem, a ja czuję się, jakbym była twoją przyzwoitką, a nie żoną! Masz to gdzieś! Liczy się tylko to, żeby jakaś obca laska połechtała twoje ego!

Odwróciłam się na pięcie i wybiegłam z baru. Słyszałam za sobą jego kroki, ale nie zwolniłam. Wpadłam do windy, on wcisnął się w ostatniej chwili. Milczeliśmy, aż drzwi naszego pokoju zatrzasnęły się za nami.

Prawda, która bolała najbardziej

Rzuciłam torebką o podłogę.

– Mam dość, Wojtek! Jutro wracamy. Nie będę brała udziału w tym cyrku.

Wojtek stał przy drzwiach, oddychając ciężko. Jego twarz była czerwona, ale nie ze złości. Z bezradności?

– Nie rozumiesz… – zaczął.

– Czego nie rozumiem?! Że potrzebujesz, żeby cały świat cię wielbił, bo żona w domu ci nie wystarcza? Że jesteś narcyzem?

– Nie! – wrzasnął tak głośno, że aż podskoczyłam. – Nie rozumiesz, że robiłem to dla ciebie!

Zamilkłam. Patrzyłam na niego jak na wariata.

– Dla mnie? Podrywanie blondyny w barze było dla mnie? Ty siebie słyszysz?

Wojtek osunął się na fotel. Schował twarz w dłoniach. Cała jego pewność siebie, ta poza Don Juana, wyparowała w jednej sekundzie. Został zmęczony facet.

– Tak, Adela. Dla ciebie. Bo od dwóch lat patrzysz na mnie jak na element wyposażenia wnętrz.

Podniosłam głowę, czując ukłucie w sercu.

– O czym ty mówisz?

– O nas. Wchodzę do domu – ty siedzisz w laptopie. Jem obiad – ty gadasz przez telefon z matką. Kładziemy się spać – ty jesteś zmęczona. Kiedy ostatnio spojrzałaś na mnie tak, jak ta kelnerka? Z zainteresowaniem? Z pożądaniem?

Podszedł do mnie, łapiąc mnie za ramiona. Jego oczy były wilgotne.

Czułem się niewidzialny, Adela. Czułem, że dla ciebie jestem już tylko Wojtkiem, który płaci rachunki i wynosi śmieci. Chciałem… chciałem, żebyś zobaczyła, że wciąż jestem facetem. Że inne kobiety mnie widzą. Myślałem, że jak zobaczysz, że ktoś inny się mną interesuje, to ty też sobie o mnie przypomnisz. Że poczujesz zazdrość. Że zaczniesz walczyć. Stałam wmurowana w podłogę. Każde jego słowo było jak policzek, ale policzek, na który zasłużyłam. Przypomniałam sobie te wieczory. Brak pytań o jego dzień. Bliskość z przyzwyczajenia, albo jej brak.

– Więc zrobiłeś to wszystko… te flirty… ten teatrzyk… żeby mnie sprowokować? – zapytałam cicho.

– Tak – przyznał, spuszczając wzrok. – To było głupie. Dziecinne. Ale byłem zdesperowany. Nie chciałem tej blondynki. W dupie mam tę recepcjonistkę. Chciałem tylko, żebyś ty na mnie warknęła. Żebyś pokazała jakieś emocje. Bo obojętność mnie zabijała.

Wtulił twarz w moje włosy

Usiadłam na brzegu łóżka. Nagle cała moja złość wyparowała, zastąpiona przez ogromny smutek i zrozumienie. Oboje byliśmy winni. Ja – zaniedbania. On – szukania ratunku w najgłupszy możliwy sposób.

– Jesteś idiotą, Wojtek – powiedziałam, ale w moim głosie nie było już jadu.

– Wiem – mruknął. – Ale twoim idiotą.

Podeszłam do niego. Objęłam go. Czułam, jak napięcie schodzi z jego mięśni. Wtulił twarz w moje włosy.

– Bałam się, że cię tracę – szepnęłam. – Że szukasz czegoś lepszego.

Nie ma nic lepszego – odpowiedział, i tym razem brzmiało to szczerze, bez tej maniery playboya. – Tylko musimy przestać udawać, że wszystko jest okej, kiedy nie jest. Musisz na mnie patrzeć, Adela. Naprawdę patrzeć.

Tej nocy nie poszliśmy spać od razu. To była długa, trudna rozmowa. Rozmowa o naszych potrzebach, o tym, co nas boli, o tym, czego nam brakuje. Płakaliśmy. Krzyczeliśmy trochę. Ale po raz pierwszy od lat byliśmy wobec siebie absolutnie nadzy – i nie chodzi tu o ubrania, tylko o uczucia. Dopiero nad ranem, gdy emocje opadły, byliśmy blisko. Inaczej. Bez pośpiechu, bez rutyny, ale z taką intensywnością i bliskością, o której istnieniu zapomniałam. Czułam jego dłonie, jego oddech i wiedziałam, że on jest tu tylko dla mnie.

Coś się w nas zmieniło

Następnego dnia rano, przy śniadaniu, Wojtek nie flirtował z kelnerką. Zamówił jajecznicę, patrząc mi głęboko w oczy.

– Masz piękne oczy, wiesz? – powiedział, smarując bułkę masłem.

Zaśmiałam się.

– Nie zaczynaj.

– Mówię serio. Zapomniałem ci o tym mówić.

Wyjazd w góry nie naprawił wszystkiego jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nadal mamy kredyt, stresującą pracę i syna, który potrzebuje uwagi. Ale coś się zmieniło. Zrozumiałam, że rutyna to cichy zabójca. I że jeśli nie będę pielęgnować ogrodu, który mam w domu, ktoś inny z przyjemnością zerwie w nim kwiaty. Wojtek zachował się jak palant? Tak. Czy to było ryzykowne? Bardzo. Ale paradoksalnie, ten jego desperacki „skok w bok” uratował nas przed zamarznięciem. Gdy wyjeżdżaliśmy z hotelu, minęliśmy recepcjonistkę Kingę.

– Do widzenia! – zawołała.

Wojtek tylko skinął głową, trzymając mnie mocno za rękę.

– Do widzenia – odpowiedział sucho, nawet na nią nie patrząc. Następnie odwrócił się do mnie i szepnął:

– Prowadzisz? Chcę móc gapić się na twoje nogi przez całą drogę do Warszawy.

Uśmiechnęłam się. Może jesteśmy starym, dobrym małżeństwem z problemami. Ale przynajmniej znów się widzimy. I to jest najważniejsze.

Adela, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama