Reklama

Zawsze uważałem się za tego, który liczy dwa razy. Kilometry, koszty, sens decyzji. W drodze w góry dzieci śmiały się na tylnym siedzeniu, a ja czułem dumę, że znalazłem tanią kwaterę, gdy inni narzekali na ceny.

Niestety na miejscu szybko przywitał nas chłód w pokojach i letnia woda pod prysznicem. Gospodarz, pan Wiesław machnął ręką, obiecał coś z tym zrobić. Moja żona, Magda nic nie powiedziała, tylko spojrzała na mnie jakoś inaczej niż zwykle. Wmawiałem sobie, że to zmęczenie po podróży, choć gdzieś pod spodem już czułem niepokój.

Starałem się nie przejmować

Pierwszy poranek przywitał nas ciszą, która nie miała w sobie nic z górskiego spokoju. W pokoju było chłodno, a Kacper spał w bluzie, z kapturem naciągniętym na uszy. Magda stała przy oknie, patrząc na parking, gdzie inni turyści pakowali narty do samochodów.

– Tato, dziś pójdziemy na stok? – zapytał Kacper, zanim zdążyłem odpowiedzieć na jej spojrzenie.

– Jasne. Tylko niech się wszystko rozkręci – rzuciłem zbyt szybko.

Pod prysznicem woda znów była ledwie letnia. Zszedłem na dół, czując, jak we mnie narasta nerwowość. Gospodarz siedział za ladą z kubkiem herbaty i uśmiechem, który miał uspokajać.

– Panie Wiesławie, dalej to samo. Ogrzewanie ledwo ciągnie.

– Spokojnie, spokojnie. To tylko chwilowe. Zaraz coś zrobię – odpowiedział, nawet nie wstając.

Wracałem po schodach z poczuciem, że krążę w kółko. Magda siedziała na łóżku, owinięta szalem.

– Może poszukamy czegoś innego? – zaproponowała cicho.

To zdanie zabolało bardziej, niż chciałem przyznać.

Dopiero co przyjechaliśmy. Nie panikujmy – odpowiedziałem ostrzej, niż planowałem.

Dzieci siedziały w kurtkach, przyklejone do okna. Lenka liczyła samochody, Kacper milczał, ściskając rękawice. Z zewnątrz dochodził śmiech, skrzypienie śniegu pod butami innych ludzi.

– Właściciel mówił, że zaraz ruszy piec – powtórzyłem, bardziej sobie niż im.

Czułem, że już nie tłumaczę sytuacji, tylko siebie. Każda minuta bez zmian była jak drobny kamyk dorzucany do plecaka, który i tak był za ciężki. Magda przestała dopytywać. Jej milczenie ciążyło bardziej niż pretensje. A ja uparcie trzymałem się myśli, że to przejściowe, że zaraz wszystko się ułoży, choć coraz mniej w to wierzyłem.

Ciągle coś obiecywał

Kolejne poranki zaczęły się zlewać w jeden. Najpierw sprawdzałem kaloryfer, potem kran, jakby od samego patrzenia miało się coś zmienić. Nic się nie zmieniało. Gospodarz powtarzał te same słowa, za każdym razem z innym uśmiechem.

– Dziś już na pewno będzie dobrze – zapewniał, kiedy spotykałem go na korytarzu.

Jednego dnia zabrakło wody zupełnie. Staliśmy w łazience, a Lena płakała, bo było jej zimno. Następnego poranka miała katar i nie było mowy o wyjściu. Kacper siedział przy stole, rysując narty na kartce wyrwanej z zeszytu.

Może jutro – powiedziałem, sam nie wiedząc, do kogo.

Magda przestała dyskutować. Nie proponowała już zmiany noclegu, nie zadawała pytań. Jadła w milczeniu, poprawiała dzieciom czapki, odkładała rzeczy na swoje miejsce. To jej milczenie było gorsze niż kłótnia, bo nie było się do czego odnieść.

Któregoś popołudnia usłyszałem, jak Kacper mówi do Leny:

– I tak już nie ma sensu iść na stok. Zanim coś naprawią, to ferie się skończą.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż awarie. Zorientowałem się, że dzieci przestały pytać o plany. Jakby nauczyły się, że nie warto czekać.

Wieczorem próbowałem żartować, planować kolejne dni, ale głos grzązł mi w gardle. Liczyłem w myślach dni ferii, odejmując te stracone, wciąż udając, że wszystko da się nadrobić. A przecież widziałem, że czas ucieka, a ja stoję w miejscu, trzymając się decyzji, która coraz bardziej ciążyła całej rodzinie.

Straciliśmy połowę ferii

Zorientowałem się zupełnie przypadkiem. Stałem na korytarzu, przewijając wiadomości w telefonie, gdy wyskoczyło przypomnienie o spotkaniu po powrocie. Spojrzałem na datę i coś we mnie stanęło. Minęła dokładnie połowa ferii. Bez śladu, bez historii, bez zdjęć.

Wróciłem do pokoju i usiadłem na łóżku. Kacper układał puzzle, Lena spała, zmęczona kolejnym dniem spędzonym w czterech ścianach. Magda składała ubrania, powoli, jakby każdy ruch był przemyślany.

– Wiesz, że jesteśmy tu już tydzień? – zapytałem.

– Tak, wiem – odpowiedziała, nie podnosząc wzroku.

Myślałem, że jeszcze mamy czas.

Odłożyła sweter i w końcu na mnie spojrzała.

– Paweł, my ten czas już straciliśmy.

Słowa były spokojne, ale bolały bardziej niż krzyk.

– Przecież próbuję to ogarnąć – rzuciłem odruchowo. – To nie moja wina, że…

– Właśnie że próbujesz cały czas ogarniać – przerwała mi. – Zamiast przyznać, że to był błąd.

Zapadła cisza. Czułem wstyd i złość, pomieszane w jedno. Na właściciela, na siebie, na to, że chciałem być sprytniejszy od wszystkich.

Oszczędzałeś nie tam, gdzie trzeba – dodała ciszej. – To miały być ferie dla dzieci.

Nie miałem odpowiedzi. Żadnej. Po raz pierwszy nie potrafiłem obronić swojej decyzji. Siedziałem, patrząc na ścianę, i myślałem tylko o tym, że czasu nie da się cofnąć. A ta połowa, która minęła, zabrała ze sobą coś jeszcze – pewność, że rodzina mi ufa.

Próbowałem coś naprawić

Nazajutrz obudziłem się z poczuciem, że muszę coś zrobić natychmiast, jakby od tego zależało jeszcze cokolwiek. Z telefonem w ręku przeglądałem ogłoszenia, dzwoniłem po pensjonatach, pytałem o wolne pokoje. Wszędzie słyszałem to samo: brak miejsc albo ceny, które jeszcze tydzień wcześniej uznałbym za przesadę.

Znalazłem coś – powiedziałem w końcu, trochę zbyt entuzjastycznie. – Może nie w centrum, ale jest ciepło, blisko trasy. Jedziemy?

Magda skinęła głową, bez emocji.

– Jak chcesz – odpowiedziała.

Dzieci spojrzały na mnie, jakby czekały na ciąg dalszy, ale bez tej dawnej iskry. Kacper zapytał tylko, czy na pewno będzie działało ogrzewanie. Zapewniłem go, choć sam nie byłem już niczego pewien.

Przenieśliśmy się. Próbowałem planować intensywne dni: wczesne wyjścia, sanki, spacery. Każda propozycja brzmiała jak nadrabianie zaległości, których nie dało się nadrobić. Lena szybko się męczyła, Kacper coraz częściej zostawał z tyłu. Magda była obok, ale jakby krok dalej.

Wieczorem usiedliśmy razem, patrząc na zdjęcia w telefonie. Było ich niewiele. Kilka ujęć zaśnieżonych drzew, jedno rozmazane wspólne ujęcie.

To wszystko? – zapytała Lena.

Kiwnąłem głową. Wtedy dotarło do mnie, że nie straciłem tylko ferii. Straciłem coś trudniejszego do odzyskania: pewność, że moje decyzje są dla nich bezpieczne. Próbowałem ratować sytuację, ale wiedziałem już, że pierwszych dni nie da się cofnąć, a ich ciężar zostanie z nami na dłużej.

Nie było warto

Ferie skończyły się bez wyraźnej granicy. Po prostu któregoś ranka spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy w drogę powrotną. W samochodzie było cicho. Dzieci patrzyły przez okna, bez pytań i bez opowieści, które zwykle pojawiały się same. Nie było zdjęć do pokazania, anegdot do powtarzania. Zostało tylko zmęczenie i poczucie, że coś się nie wydarzyło.

W domu wszystko wróciło na swoje miejsce zbyt szybko. Plecaki trafiły do szafy, kurtki na wieszaki. Jakby ten wyjazd dało się złożyć i schować razem z nimi. A jednak coś zostało na wierzchu. Rozmowy były krótsze, spojrzenia ostrożniejsze. Magda była uprzejma, spokojna, ale jakby dalej ode mnie niż wcześniej.

Zrozumiałem wtedy, że ta oszczędność nie dotyczyła pieniędzy. Chciałem udowodnić, że potrafię, że wystarczy rozsądek i kontrola. Nie przyznałem się do lęku, że mogę być niewystarczający. Zapłaciłem za to czasem, który powinien należeć do dzieci, i zaufaniem, które buduje się latami, a nadwyręża jednym złym wyborem.

Relacje się nie rozpadły. Nic nie pękło z hukiem. Po prostu stało się ciszej, chłodniej, ostrożniej. A ja zostałem z myślą, że nie każdą stratę da się odrobić kolejnym wyjazdem ani lepszym planem. Niektóre zostają na dłużej niż wspomnienie gór.

Paweł, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama