Reklama

Nie przepadałam za wspólnymi wyjazdami w większym gronie, zwłaszcza z ludźmi, których znałam jedynie z opowieści męża albo z przelotnych spotkań przy grillu. Zawsze miałam wrażenie, że tylko ja muszę się starać, żeby wszystkim było miło – nosić termosy, pakować jedzenie, pamiętać o bandażach i tabletkach na ból głowy. A potem jeszcze uśmiechać się przez zaciśnięte zęby, kiedy ktoś rzucał niewybredny żart.

Mój mąż twierdził, że przesadzam. Że przecież to jego znajomi z pracy, że są fajni i że powinnam trochę odpuścić. No więc odpuściłam. Zgodziłam się pojechać w Tatry, chociaż wolałabym zostać w domu i w spokoju poukładać w głowie to wszystko, co ostatnio czułam, a czego nie potrafiłam nazwać. Nie spodziewałam się, że kilka dni wystarczy, żeby wszystko się wyjaśniło. Żeby coś, co od miesięcy drażniło mnie po cichu, uderzyło mnie z siłą, jakiej nie umiałam zignorować. Tatry nie tylko pokazały mi widoki, które zapierały dech. Pokazały mi też coś, czego się nie spodziewałam.

Zrobiło mi się dziwnie

– Wiesz, że nie chce mi się tam jechać – mruknęłam, opierając się o framugę drzwi, podczas gdy mój mąż pakował plecaki do bagażnika. – Serio, nie rozumiem, co cię tak ciągnie do tych twoich koleżków z pracy.

Przestań, proszę cię – westchnął, nie odwracając się do mnie. – To będzie fajny wypad. Trochę się rozerwiesz, poznasz nowych ludzi. No i góry. Mówiłaś kiedyś, że brakuje ci świeżego powietrza.

Mówiłam, że brakuje mi spokoju – poprawiłam go z przekąsem. – A nie grillowania w rytm disco polo i gadek o leasingach.

Nie odpowiedział. Typowe. Jak nie miał argumentów, to się wyłączał. Chwilę potem siedzieliśmy już w aucie, a ja w duchu obiecywałam sobie, że więcej się na coś takiego nie zgodzę. Do Zakopanego jechaliśmy z dwiema parami – Michałem i Darią oraz Pauliną i Bartkiem. Jeszcze przed Krakowem Paulina natomiast wyciągnęła z torby butelkę, bo „trzeba zacząć urlop z klasą”.

– To co, napijesz się z nami? – rzuciła z uśmiechem, podając mi plastikowy kubek.

– Jasne – uśmiechnęłam się sztucznie i zerknęłam na mojego męża. Ten, zamiast spojrzeć na mnie, był zajęty wymianą uśmiechów z Darią. I to nie były zwykłe uśmiechy. Były… jak z filmu romantycznego. Zrobiło mi się dziwnie. Za oknem migały drzewa, a ja po raz pierwszy tego dnia naprawdę poczułam, że nie chcę być w tym aucie.

Zrobiło mi się niedobrze

Wieczór spędziliśmy w drewnianym domku wynajętym przez Bartka. Niby przytulnie, niby klimatycznie, ale ja czułam się tam jak piąte koło u wozu. Reszta już od progu rzuciła się do rozpakowywania jedzenia, głośnych rozmów i żartów, które – o dziwo – wszyscy poza mną uważali za zabawne.

– Podasz mi te kiełbaski z torby? – zapytał mój mąż, nie patrząc na mnie.

Rozkładał talerze na stole obok Darii, która już zrzuciła polar i siedziała przy nim w cienkim, obcisłym T-shircie.

– Sam sobie weź – odparłam cicho, ale wystarczająco wyraźnie. – Nie jestem tu kelnerką.

Daria zerknęła na mnie z lekkim zdziwieniem, ale uśmiech nie zniknął jej z twarzy.

Uuu, ktoś ma focha – zażartował Michał, podchodząc z piwem w dłoni. – Nie psuj atmosfery. Jeszcze się nawet dobrze nie zaczęło.

– Wiesz, jakoś nie czuję się komfortowo, gdy wszyscy tu się znają, a ja jestem tu tylko na doczepkę – rzuciłam, nalewając sobie herbaty.

– Oj, przestań, przecież chcieliśmy, żebyś się dobrze bawiła – odezwała się Paulina. – Ciesz się chwilą. Jutro idziemy na Halę Gąsienicową, będzie super!

– No, nie każdemu musi się chcieć wstawać o szóstej rano, żeby zdobywać jakieś hale – mruknęłam pod nosem.

I wtedy zobaczyłam, jak Daria dotyka ramienia mojego męża, nachyla się do niego i coś szepcze mu do ucha. A on... uśmiecha się jak idiota. Zrobiło mi się niedobrze.

Byłam tłem

Szlak był śliski, kamienie oblodzone, a ja miałam już serdecznie dość tej całej wycieczki. Co chwila ktoś się zatrzymywał, robił zdjęcia, wrzeszczał, że „widok przecudowny”. Jedynie Paulina z Bartkiem zostali trochę w tyle – pewnie po to, żeby zrobić sobie romantyczne selfie w cieniu świerków.

Uważaj, tam jest ślisko – powiedział mój mąż tonem jak do starej ciotki. – Daria, trzymaj się tu mnie, pomogę ci przejść.

– Dzięki, bałam się trochę – zachichotała Daria, łapiąc go za ramię, jakby grała w jakimś tanim serialu o ratownikach górskich. I oczywiście, mój mąż nie widział w tym nic niestosownego.

– Nie musisz mnie tak publicznie upokarzać – powiedziałam, kiedy już udało nam się stanąć gdzieś z boku, poza zasięgiem uszu grupy.

– Co znowu? – westchnął. – Robisz sceny o wszystko.

– „Trzymaj się mnie, Daria”? Naprawdę? Zauważyłeś może, że masz żonę?

Przestań, pomogłem jej, bo się poślizgnęła. Masz paranoję.

– Nie mam paranoi, tylko oczy. Może jeszcze powiesz, że ten wczorajszy uśmiech, co się do niej kleiłeś pół wieczoru, to też było z uprzejmości?

– Nie wiem, co ty sobie wkręcasz. Może to ty masz jakiś problem, a nie Daria?

Zabolało. Bo ton, którym to powiedział, był lodowaty. Jakby nagle przestał się mną przejmować, jakby naprawdę wolał być tu z kimś innym. Odeszłam bez słowa, zostawiając go w tyle. Dobrze, że miał tę Darię. Będzie miał komu pomagać, jak znowu się „poślizgnie”.

Byłam zła

Wieczorem siedzieliśmy w saloniku przy kominku. Mężczyźni pili piwo, dziewczyny grzańca, a ja udawałam, że coś czytam, żeby nie musieć uczestniczyć w tych bezsensownych rozmowach. Słuchałam jednym uchem, aż nagle padło zdanie, które postawiło mnie na równe nogi.

– No i wtedy mówię do szefa: „Albo premia, albo wypowiadam umowę”. No i dał – śmiał się mój mąż. – Może nie tyle, ile chciałem, ale zawsze coś.

– Ty to zawsze potrafisz sobie wszystko załatwić – rzuciła Daria, wpatrując się w niego jak obrazek.

– Nie narzekam – odpowiedział z uśmiechem, jakiego nie widziałam u niego od miesięcy. – Trzeba umieć o siebie zawalczyć.

– Serio? – odezwałam się nagle, nie podnosząc wzroku znad książki. – A to ciekawe, bo mi się jakoś nie chwaliłeś żadną premią.

Zapanowała cisza. Na moment zgasły uśmiechy, a nawet Paulina z Bartkiem zamilkli.

– No… nie chciałem robić zamieszania – wydukał. – Po prostu… zapomniałem ci powiedzieć.

– Zapomniałeś – powtórzyłam, odkładając książkę. – Ale przy stole z Darią już sobie przypomniałeś. Jak miło.

– Nie zaczynaj – rzucił zniecierpliwiony. – Przyszliśmy tu odpocząć, a ty robisz aferę z niczego.

– Może gdybyś nie zatajał rzeczy przede mną, nie musiałabym nic zaczynać – odparłam ostro. – Chociaż przy tej twojej pamięci, kto wie, co jeszcze „zapomniałeś”.

Daria odsunęła się nieco, udając, że jej to nie dotyczy. Mężczyźni zaczęli gadać o piłce, byle tylko nie słyszeć więcej.

Postawiłam sprawę jasno

Następnego dnia postanowiłam zostać w domku. Reszta grupy wyszła na szlak, a ja udawałam, że śpię, kiedy się zbierali. Nikt specjalnie nie nalegał, żebym dołączyła. Nawet mój mąż. Około południa zeszłam do kuchni po kawę. Cisza była błogosławieństwem, ale nie trwała długo. Zaledwie kilkanaście minut później drzwi się otworzyły i do środka wszedł on. Sam. Zmieszany.

Co ty tu robisz? – zapytałam chłodno.

– Daria skręciła kostkę. Paulina z Bartkiem ją odprowadzają. Michał poszedł dalej sam, a ja stwierdziłem, że wrócę – powiedział, unikając mojego wzroku.

– Skręciła kostkę? Oczywiście, bo kto jak nie ty miałby ją znów asekurować. Słodkie.

– No weź, nie zaczynaj. To nie moja wina, że miała pecha.

– Wiesz, jak na kogoś, kto twierdzi, że nie ma nic do ukrycia, zachowujesz się podejrzanie spokojnie – powiedziałam, nalewając sobie kawy.

– A ty zachowujesz się jak zazdrosna wariatka.

– Zazdrosna? Nie, kochanie. Ja po prostu nie lubię, jak ktoś robi ze mnie idiotkę. Widzisz, jak się do niej uśmiechasz. Jak szukasz okazji, żeby przy niej być.

– Masz przewrażliwione ego. Nie dzieje się nic złego – mruknął, krzyżując ramiona na piersi.

– Serio? A co, jeśli powiedziałabym ci, że słyszałam waszą rozmowę na korytarzu w nocy?

Zbladł. A ja nie słyszałam nic. Po prostu zgadywałam. Jednak jego twarz powiedziała mi wszystko. Teraz wiedziałam.

Wybrałam siebie

Nie powiedział ani słowa. Patrzył na mnie przez kilka sekund, jakby coś w głowie gorączkowo przeliczał. Jak księgowy próbujący ukryć manko w dokumentach.

– Więc… słyszałaś? – zapytał w końcu cicho.

– W sumie to nie, ale dzięki za potwierdzenie – odpowiedziałam spokojnie, aż sama się sobie zdziwiłam. – A teraz może powiesz mi wprost: ile to trwa?

– To nie tak… Naprawdę, to nie było nic wielkiego.

– Nie? Flirty, tajemnice, spacery po nocy... To wszystko to „nic wielkiego”? Dla mnie to wystarczająco dużo, żeby się zorientować, że zostałam potraktowana jak tło. Jak tapeta. Żebyś mógł sobie grać pierwsze skrzypce w romansidle na wyjeździe integracyjnym.

– Przysięgam, nic się nie stało. Po prostu... dobrze mi się z nią gadało. Ty ostatnio ciągle tylko z wyrzutami.

– No tak. Bo jestem twoją żoną, a nie koleżanką do żartowania przy winie. Z żoną trzeba rozmawiać o rachunkach, dzieciach, zepsutym kranie. To takie nudne, prawda?

Nie dramatyzuj.

– Nie. To była próba. I ją oblałeś.

Wróciliśmy do domu dzień później. Po drodze prawie się nie odzywaliśmy. W domu spakowałam walizkę, zabrałam szczoteczkę do zębów i parę ubrań. Nie planowałam wielkiej awantury.

– Dokąd idziesz? – zapytał zaspanym głosem, kiedy otworzyłam drzwi.

– Do rodziców – odpowiedziałam.

I zamknęłam za sobą ten rozdział. Może jeszcze nie wiedziałam, co dalej, ale jedno było pewne – nie zamierzałam już więcej być tłem dla cudzych gier.

Monika, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama