„Wysłałam dzieci na ferie do teściowej na wieś. Zamiast lepić bałwana i rzucać się śnieżkami urządziła im rekolekcje”
„Popełniłam błąd. Zaufałam mężowi. Nie wiedziałam, że to, co działo się w tym domu, nie miało nic wspólnego z wychowaniem, a wszystko z fanatyzmem. W środę nie mogłam się do nich dodzwonić przez cały dzień”.

To miał być tydzień, który uratuje moje małżeństwo i moje zszargane nerwy. Marzyłam o gorącej kąpieli i ciszy, podczas gdy moje dzieci miały beztrosko szaleć na śniegu u babci na wsi. Wierzyłam, że mimo jej specyficznego charakteru, kocha Kubę i Lenkę nad życie i po prostu ich rozpieści.
Potrzebowaliśmy oddechu
Za oknem sypał mokry, miejski śnieg, który momentalnie zmieniał się w szarą breję, ale w mojej głowie wyświetlał się obraz idyllicznej wsi. Widziałam oczami wyobraźni, jak siedmioletni Kajtek i pięcioletnia Ola lepią gigantycznego bałwana na podwórku teściowej, mając rumiane policzki i uśmiechy od ucha do ucha.
– Jesteś pewna, że mama da radę? – zapytał Igor, mój mąż, upychając w bagażniku grube kurtki i sanki.
Spojrzałam na niego z lekkim wyrzutem. Zawsze był taki – niezdecydowany, wiecznie stojący w rozkroku między mną a swoją matką.
– Kochanie, to tylko pięć dni. Mama ciągle narzeka, że rzadko widuje wnuki. Mówiła, że ma dla nich pierogi, że będą chodzić na spacery do lasu. Potrzebujemy tego. Ty i ja. Potrzebujemy oddechu.
Igor westchnął, ale nie protestował. Ostatnie miesiące w naszej firmie były piekłem, a w domu mijaliśmy się jak współlokatorzy. Potrzebowaliśmy ciszy, żeby przypomnieć sobie, dlaczego w ogóle jesteśmy razem. Droga do wsi pod Rzeszowem minęła nam w zadziwiająco dobrym nastroju. Dzieciaki piszczały z radości na widok ośnieżonych drzew. Kiedy podjechaliśmy pod stary, solidny dom teściowej, poczułam ukłucie ulgi. Z komina leciał dym, w oknach wisiały śnieżnobiałe firanki. Wszystko wyglądało tak, jak powinno wyglądać u babci.
Miałam dobre przeczucia
Teściowa wyszła na ganek. Niska, krępa kobieta o surowych rysach twarzy, które łagodniały tylko na widok jej syna.
– No, nareszcie – mruknęła, zamiast powitania, ale zaraz przytuliła Olę. – Aleście ich ubrali, przecież to się zgrzeje w aucie. Chodźcie, rosół stygnie.
Wtedy, w progu, zignorowałam pierwszy sygnał ostrzegawczy. W przedpokoju, zamiast lustra, pojawił się ogromny obraz Serca Jezusowego, który patrzył na wchodzących z niemym wyrzutem. Wiedziałam, że jest religijna. Zawsze była, ale ten dom zaczął przypominać… kaplicę. Zostawiliśmy ich tam z obietnicą, że wrócimy w piątek wieczorem. Kajtek ściskał nową łopatę do śniegu, Ola już miała buzię umazaną jagodami z kompotu. Teściowa machała nam z progu, kreśląc w powietrzu znak krzyża za odjeżdżającym samochodem.
– Z Bogiem – usłyszałam jeszcze, zanim zamknęłam szybę.
Wróciliśmy do miasta. Pierwszy wieczór był cudowny. Zamówiliśmy sushi, otworzyliśmy wino, kochaliśmy się na kanapie w salonie, nie martwiąc się, że któreś z dzieci wejdzie. Przez moment czułam, że odzyskuję swoje życie. Zadzwoniłam do nich następnego dnia rano.
– Cześć mamo, jak tam? Byliście na sankach? – zapytałam wesoło.
W słuchawce zapadła cisza.
– Byliśmy zajęci. Dzień trzeba zacząć godnie, a nie od głupot. Dzieci jedzą śniadanie. Są grzeczne.
Zaniepokoiłam się
Poprosiłam Kajtka do telefonu.
– Cześć mamuś – powiedział zbyt cicho jak na niego. Zwykle krzyczał do słuchawki, opowiadając o każdej znalezionej dżdżownicy czy kamieniu.
– Hej kochanie! Jak tam? Babcia zrobiła te pyszne naleśniki?
– Nie… Mieliśmy owsiankę na wodzie, bo jest post – powiedział niepewnie.
– Post? Przecież są ferie, a wy jesteście dziećmi.
– Babcia mówi, że trzeba pościć za grzechy świata.
Zmarszczyłam brwi. Spojrzałam na Igora, który pił kawę przy stole.
– Kajtek, o czym ty mówisz? Bawiliście się chociaż?
– Trochę… Ale musieliśmy się uczyć.
– Czego się uczyć? Przecież nie macie szkoły!
– Modlitw. Babcia mówi, że nie umiemy „Aniele Boży”.
Zaśmiałam się nerwowo.
– Daj mi babcię.
Teściowa przejęła słuchawkę.
– O co chodzi? – zapytała oschle.
– Mamo, oni mają ferie. Jakie modlitwy? Mieli lepić bałwany.
– Natalia, ty się nie wtrącaj w moje metody. Wy ich tam w tym mieście chowacie na pogan. Dzieciak ma siedem lat i nie wie, jak się zachować przed Najświętszym Sakramentem. Wstyd na całą wieś. Tu ludzie patrzą.
Wychowywała ich
– Mamo, to są dzieci…
– To są dusze do zbawienia! – ucięła. – Muszę kończyć, idziemy na Anioł Pański.
Rozłączyła się. Siedziałam z telefonem w ręku, czując narastający niepokój.
– Co mówiła? – zapytał Igor.
– Że uczy ich modlitw i że jesteśmy poganami. Ona zmusza ich do postu. Owsianka na wodzie?
Mój mąż wzruszył ramionami, choć widziałam, że też mu się to nie podoba.
– Wiesz, jaka ona jest. Może Kajtek coś przekręcił. Zjedzą obiad, pójdą na dwór. Nie panikuj. To tylko kilka dni. Może to im nawet dobrze zrobi, trochę dyscypliny.
Popełniłam błąd. Zaufałam mężowi. Nie wiedziałam, że to, co działo się w tym domu, nie miało nic wspólnego z wychowaniem, a wszystko z fanatyzmem. W środę nie mogłam się do nich dodzwonić przez cały dzień. Komórka teściowej była wyłączona. Kiedy dzwoniłam na stacjonarny, nikt nie odbierał. Moja wyobraźnia zaczęła pracować na najwyższych obrotach. Wypadek? Szpital? A może po prostu siedzą w kościele? Dopiero wieczorem, około dwudziestej, telefon odebrał Kajtek.
– Mamo? – jego głos drżał. Słyszałam, że płakał.
Serce podeszło mi do gardła.
– Kajtuś! Co się dzieje? Gdzie babcia?
– Babcia jest w łazience z Olą…
– Czemu płaczesz? Stało się coś? Ktoś cię uderzył?
– Nie… – pociągnął nosem. – Mamo, czy ja pójdę do piekła?
Był przerażony
Zamarłam. Świat wokół mnie zwolnił. Igor, który oglądał telewizję, spojrzał na mnie, widząc moją bladą twarz, i natychmiast ściszył dźwięk.
– Co ty mówisz, kochanie? Jakie piekło?
– Bo… babcia zabrała nas do tego dużego kościoła. I ksiądz mówił straszne rzeczy. Że dzieci, które nie słuchają, będą się palić w ogniu. A potem… – zaciął się, szlochając. – Potem babcia znalazła u mnie w plecaku batona. Tego Snickersa, co mi dałaś na drogę.
– I co z tego?
– Zjadłem go przed obiadem. Babcia powiedziała, że to łakomstwo. Że to grzech główny. I że przez to diabeł ma do mnie dostęp. Kazała mi klęczeć przed obrazem i przepraszać, żeby… żeby wypalić ten grzech bólem.
Poczułam, jak w środku mnie coś pęka. To nie była złość. To była furia. Czysta, zwierzęca furia matki, której młode jest zagrożone.
– Gdzie jesteś teraz? – zapytałam lodowatym tonem, starając się nie krzyczeć, by go bardziej nie wystraszyć.
– W pokoju dziadka.
– Igor! – wrzasnęłam, zasłaniając mikrofon. – Pakuj się. Jedziemy. Teraz.
– Co? Jest dwudziesta, ciemno, ślisko…
– Powiedziałam: jedziemy! Twoja matka każe im klęczeć i straszy ich piekłem za zjedzenie batona!
Musiałam ich ratować
Igor zbladł. Wstał bez słowa i zaczął szukać kluczyków. Wróciłam do rozmowy z synem.
– Kajtuś, posłuchaj mnie uważnie. Nie pójdziesz do żadnego piekła. Zjedzenie batona to nie grzech. Babcia się myli. Jedziemy po was. Będziemy za trzy godziny. Wytrzymasz?
– Przyjedziecie? Naprawdę? – w jego głosie usłyszałam taką nadzieję, że chciało mi się wyć.
– Tak. Jeśli babcia będzie krzyczeć, nie słuchaj. Po prostu czekaj na nas.
Jechaliśmy jak szaleni. Igor prowadził w milczeniu, zaciskając dłonie na kierownicy tak mocno, że zbielały mu knykcie. Próbował dzwonić do matki, ale nie odbierała.
– Wiedziałem, że na starość jej odbija z tym Kościołem – mruknął w końcu, patrząc na ośnieżoną szosę. – Ale nie sądziłem, że zrobi to dzieciom. Pamiętasz, jak nam suszyła głowę o ślub kościelny? Albo o chrzciny?
– Pamiętam – syknęłam. – Pamiętam też, jak mówiłeś „to tylko starsza kobieta, nie przejmuj się”. Widzisz teraz? To nie jest nieszkodliwa pobożność. To jest przemoc psychiczna.
Dojechaliśmy na miejsce grubo po dwudziestej trzeciej. Dom tonął w ciemnościach. Jedynie w salonie paliło się słabe światło.
Nie czuła się winna
Wysiadłam z auta, nie czekając, aż mąż zgasi silnik. Waliłam pięścią w drzwi wejściowe. Były zamknięte. Po chwili usłyszałam szuranie kapci. Zgrzyt zamka. Drzwi otworzyły się i stanęła w nich teściowa. Miała na sobie gruby szlafrok, a w ręku różaniec.
– Co to za hałasy po nocy? – zapytała, mrużąc oczy. – Sąsiedzi śpią.
– Gdzie są dzieci? – warknęłam, wchodząc do środka i niemal ją potrącając.
– Śpią, jak Pan Bóg przykazał. O co wam chodzi?
Wbiegłam na piętro, do pokoju gościnnego, gdzie mieli spać. Na starych, skrzypiących łóżkach leżały dwie małe postacie przykryte pierzynami po sam nos. Ola spała niespokojnie, pochlipując przez sen. Kajtek nie spał. Leżał z otwartymi oczami, wpatrzony w sufit. Kiedy mnie zobaczył, wyskoczył z łóżka boso na zimną podłogę i rzucił mi się na szyję.
– Mamo!
Jego piżama była wilgotna. Dotknęłam jego czoła. Był rozpalony, ale dłonie miał lodowate. Igor wszedł do pokoju za mną. Zobaczył syna i jego twarz stężała. Zaczęłam gorączkowo pakować ich rzeczy. Ola obudziła się i zaczęła płakać, nie rozumiejąc, co się dzieje.
– Babcia mówiła, że jak wyjedziemy, to diabeł przyjdzie – szlochała. – Mamo, nie chcę diabła!
Chciała ich nawrócić
Spojrzałam na teściową z taką nienawiścią, że aż się cofnęła.
– Co ty im nagadałaś? – zapytałam cicho, ale groźnie.
– Prawdę – odparła hardo, choć widziałam, że boi się wzroku syna. – Że świat bez Boga jest pusty. Że wy, rodzice, błądzicie. Zamiast prowadzić ich do zbawienia, dajecie im tablety i głupie zabawki. Chciałam ich uratować. Przez te trzy dni byliśmy na mszy codziennie rano i wieczorem. Uczyli się różańca. Zamiast marnować czas na głupoty, służyli Bogu. Powinnaś mi dziękować.
– Dziękować? – Igor podszedł do matki. Był o głowę wyższy. Nigdy nie widziałam go tak wściekłego. – Mamo, ty ich torturowałaś. Kazałaś im klęczeć za batona?
– Uczyłam go wstrzemięźliwości! – broniła się. – Chłopak musi mieć charakter, a nie być miękki!
– Ubierajcie się – rzucił do nas Igor, ignorując matkę. – Wychodzimy. I noga mojej rodziny więcej tu nie postanie, dopóki nie pójdziesz na terapię, mamo.
– Na terapię?! Ja?! To wam potrzebny egzorcysta! – krzyczała za nami, gdy znosiliśmy zaspane, płaczące dzieci po schodach. – Zabieracie ich prosto w paszczę szatana! Zobaczycie, jeszcze przyjdziecie do mnie z płaczem, jak wam córka z brzuchem wróci w liceum, albo syn ćpunem zostanie! Modlę się za was, niewdzięcznicy!
Byliśmy wściekli
Jej krzyk niósł się po pustej, nocnej ulicy wsi, gdy pakowaliśmy dzieci do auta. Stała na ganku, w tym swoim szlafroku, wymachując różańcem jak bronią. Wyglądała jak postać z horroru, a nie kochająca babcia.
Droga powrotna była koszmarem. Dzieci płakały, potem zasnęły z wycieńczenia. My z Igorem nie zamieniliśmy ani słowa, dopóki nie dojechaliśmy do naszego bloku. W domu było ciepło. Bezpiecznie. Kiedy położyłam Olę do jej łóżka, zauważyłam, że ściska w rączce coś małego. Delikatnie rozwarłam jej paluszki.
To był obrazek. Taki mały, święty obrazek, jakie rozdają księża po kolędzie, ale na odwrocie, niewprawnym pismem teściowej, było napisane: „Pamiętaj, Olu, mamusia i tatuś nie widzą twoich grzechów, ale Bóg widzi wszystko. Każde kłamstwo to czarna plama na serduszku, której nie zmyjesz mydłem”.
A w plecaku Kajtka, między brudnymi skarpetkami, znaleźliśmy zeszyt. Na pierwszej stronie tytuł: „Moje grzechy”. W środku, dziecięcym pismem, mój syn wypisywał rzeczy, które kazała mu notować babcia: „Nie chciało mi się wstać na mszę”. „Myślałem o grze Minecraft w kościele”. „Byłem głodny w czasie postu”. „Tęskniłem za domem bardziej niż za Jezusem”.
Nie odezwała się
Przy tym ostatnim punkcie pękłam. Usiadłam na podłodze w kuchni i rozpłakałam się bezgłośnie. Mój mąż usiadł obok mnie i objął mnie ramieniem. Płakał razem ze mną.
– Przepraszam – szepnął. – Tak bardzo cię przepraszam. Nie miałem pojęcia, że to zaszło tak daleko. Myślałem, że ona po prostu jest staroświecka.
Tej nocy spaliśmy z dziećmi, wszyscy w jednym wielkim łóżku, jakbyśmy budowali barykadę przeciwko całemu złu świata. Minęły dwa miesiące. Ferie się dawno skończyły, śnieg stopniał, a my wciąż sprzątamy bałagan, jaki teściowa zrobiła w głowach naszych dzieci.
Kajtek przez pierwsze tygodnie bał się jeść słodycze. Pytał, czy Bozia się nie gniewa. Musieliśmy pójść z nim do psychologa dziecięcego, żeby wytłumaczyć mu, że Bóg, jeśli w niego wierzy, to miłość, a nie okrutny nadzorca z batem. Ola wciąż czasem budzi się w nocy z krzykiem, że ma plamę na serduszku.
Z teściową nie utrzymujemy kontaktu. Dzwoniła kilka razy, ale nie odbieramy. Przysłała list – nie z przeprosinami, ale z cytatami z Biblii o czci dla rodziców i karze dla nieposłusznych dzieci. Igor odesłał list. To był moment, w którym odzyskałam do niego szacunek. Zrozumiał, że jego lojalność musi być przy nas, przy dzieciach, które ma chronić, a nie przy matce, która pomyliła miłość z indoktrynacją.
Natalia, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzień Dziadka był dla mnie przykrym obowiązkiem. Wszystko się zmieniło, gdy przyszli z prośbą o błogosławieństwo”
- „Myślałam, że wyjazd w Alpy to prezent na naszą rocznicę. Pozbyłam się złudzeń, gdy zobaczyłam, kto też tam przyjechał”
- „Zafundowałam córce ferie marzeń w Alpach za dobre wyniki w nauce. Przywiozła niespodziankę, której nie oczekiwałam”