„Wysokie rachunki za ogrzewanie doprowadzają mnie do płaczu. A córka ani myśli pomóc starej matce”
„Wracałam do domu z uczuciem wstydu, które paliło mnie od środka. Nie dlatego, że przyjęłam pomoc. Tylko dlatego, że przyszła ona z niewłaściwej strony. W moim domu znów było zimno, ale jeszcze bardziej chłodna była myśl, że obcy człowiek widzi moje problemy bardziej niż własne dziecko”.

Siedziałam wtedy przy kuchennym stole i patrzyłam na koperty, jakby to były obce listy, nie do mnie. Dom był cichy, jakby obrażony na mnie za to, że nie potrafiłam już o niego zadbać. Zima przyszła nagle, a razem z nią strach, którego wcześniej nie znałam. Taki, który nie krzyczał, tylko siedział w kącie i czekał.
Było mi ciężko
Kaloryfery były ledwie letnie. Odkręcałam je tylko na chwilę, wieczorami, kiedy palce drętwiały mi tak, że trudno było utrzymać łyżkę. Potem znowu zakręcałam zawory i zakładałam sweter na sweter, a na to jeszcze starą kamizelę.
Kuchnia pachniała herbatą z drugiego parzenia. Liczyłam pieniądze powoli, kilka razy, choć wynik zawsze był ten sam. Najbardziej bałam się listonosza. Każde pukanie do drzwi sprawiało, że serce podchodziło mi do gardła. Gdy w skrzynce pojawiała się nowa koperta, odkładałam ją na parapet i potrafiłam patrzeć na nią cały dzień. Otwierałam dopiero wieczorem, kiedy i tak nie było już dokąd uciec. Czytałam powoli, zdanie po zdaniu, a potem siedziałam w ciszy, słysząc tylko tykanie zegara.
Pamiętałam inne zimy. Takie, gdy w domu było ciepło, a ja narzekałam, że dziecięce buty stoją przy kaloryferze i schną zbyt długo. Pamiętałam siebie młodszą, zmęczoną, ale silną. Wtedy to ja płaciłam rachunki bez zastanowienia, ja trzymałam wszystko w ryzach. Nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś będę wybierać między ciepłem a spokojem sumienia.
Wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na światła w sąsiednich domach. U innych było jasno, żółto, przytulnie. U mnie tylko mała lampka nad stołem, żeby nie marnować prądu. Czasem śmiałam się sama do siebie, gorzko, bo oszczędzałam już nie tylko pieniądze, ale i własne potrzeby. Nawet łzy starałam się powstrzymywać, jakby one też mogły coś kosztować.
Najtrudniejsze były noce. Kiedy dom skrzypiał, a ja leżałam pod dwoma kocami, czując chłód od ścian. Wtedy przychodziły myśli, których nie chciałam mieć. O tym, jak to możliwe, że zostałam sama z tym wszystkim. I jak bardzo boli świadomość, że kiedyś byłam czyimś całym światem, a dziś muszę udawać przed samą sobą, że daję sobie radę.
Córka była obojętna
O Lidii myślałam najczęściej wtedy, gdy było mi najzimniej. Jakby chłód zawsze prowadził mnie do niej. Do jej dziecięcego głosu sprzed lat i do tego obecnego, krótkiego, rzeczowego, jakby mówiła do kogoś obcego.
Wybrałam jej numer dopiero za trzecim razem. Palec drżał mi tak, że omal nie upuściłam telefonu.
– Halo, mamo? – odezwała się szybko, bez pytania, jak się czuję.
– Cześć, Lidka… ja tylko… chciałam zapytać, czy masz chwilę – zaczęłam ostrożnie.
– Mam zaraz spotkanie, mów szybko – odpowiedziała, a w tle słyszałam jakieś kroki, pośpiech, inne życie.
Zawahałam się. Tyle razy układałam sobie w głowie tę rozmowę, a teraz zabrakło mi słów.
– U mnie… zimno ostatnio. Rachunki przyszły wysokie – powiedziałam w końcu, cicho.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
– Mamo, przecież mówiłam, że musisz oszczędzać. Ten dom jest za duży na jedną osobę – westchnęła. – Może trzeba było wcześniej o tym pomyśleć.
– Myślałam – odpowiedziałam szybko. – Całe życie myślałam.
Chciałam dodać, że ten dom był też jej domem. Że tu odrabiała lekcje przy kuchennym stole, że tu płakała, gdy pierwszy raz zawiodła się na świecie. Ale słowa ugrzęzły mi w gardle.
– Wiesz, nie interesuje mnie to za bardzo – ciągnęła Lidia. – Każdy ma swoje problemy.
– Rozumiem – skłamałam.
Rozłączyła się pierwsza. Telefon w mojej dłoni zamilkł, a ja jeszcze przez chwilę trzymałam go przy uchu, jakby mogła się rozmyślić. Pamiętałam inne rozmowy. Te sprzed lat, gdy dzwoniła z byle powodu.
– Mamo, a jak się robi zupę, żeby nie była mdła?
– Mamo, możesz jutro przyjść, bo nie wiem, co z tym zrobić.
Wtedy zawsze miałam czas. Nawet gdy byłam zmęczona, nawet gdy brakowało mi sił. Byłam matką, a to wystarczało za każdą odpowiedź. Teraz siedziałam sama przy stole. Nikt mi nie odpowiedział. Zegar tykał równo, jakby odmierzał nie czas, a dystans, który między nami narósł. Zrozumiałam wtedy, że każde kolejne połączenie kosztuje mnie więcej niż rachunki. Kosztuje resztki dumy, które tak pieczołowicie próbowałam jeszcze zachować.
Spotkałam sąsiada
Romana spotkałam na schodach, kiedy wracałam z piwnicy ze słoikiem ogórków. Trzymałam go jak pretekst, żeby wyjść z domu i się trochę poruszać. On stał oparty o poręcz, w grubym swetrze, z czapką zsuniętą na czoło.
– Pani Halino, dawno pani nie widziałem – powiedział, przyglądając mi się uważnie. – Wszystko w porządku?
To pytanie było zbyt proste, zbyt ludzkie. Zatrzymałam się i poczułam, że coś we mnie mięknie.
– Jakoś leci – odpowiedziałam automatycznie.
Roman skinął głową, ale nie odpuścił.
– U mnie grzejniki ledwo zipią, ale pani dom… jest większe. Daje pani radę? Może pani wpadnie na herbatę? Taką porządną, gorącą.
Chciałam odmówić. Naprawdę chciałam. Ale wyobrażenie ciepłego kubka było silniejsze. Usiedliśmy u niego w kuchni. Było jasno, ciepło, zwyczajnie. Roman podał mi herbatę i patrzył, jak obejmuję kubek dłońmi, jakby to było coś więcej niż napój.
– Zimno u pani?– powiedział spokojnie, nie pytając.
– Staram się nie przesadzać z ogrzewaniem – odparłam. – Rachunki…
– Rozumiem – przerwał mi. – Też liczę każdą złotówkę.
Zapadła cisza, ale nie była ciężka. Pierwsza od dawna, w której nie czułam się oceniana.
– Wie pani – odezwał się po chwili – ja czasem gotuję za dużo. Gdyby pani chciała… tak po sąsiedzku.
Spojrzałam na niego gwałtownie.
– Nie, nie trzeba – powiedziałam zbyt szybko. – Ja sobie radzę.
Roman westchnął.
– Każdy z nas sobie jakoś radzi. Ale nie każdy musi robić to sam.
Te słowa zabolały bardziej, niż się spodziewałam. Bo były prawdziwe. Łatwiej było mi siedzieć tu, u obcego mężczyzny, niż zadzwonić do własnej córki.
– Dziękuję – powiedziałam cicho. – Za herbatę.
– Po to są sąsiedzi – odpowiedział po prostu.
Wracałam do domu z uczuciem wstydu, które paliło mnie od środka. Nie dlatego, że przyjęłam pomoc. Tylko dlatego, że przyszła ona z niewłaściwej strony. W moim domu znów było zimno, ale jeszcze bardziej chłodna była myśl, że obcy człowiek widzi moje problemy bardziej niż własne dziecko.
Zazdrościłam znajomej
Z Ewą spotkałam się przypadkiem, pod apteką. Stała w kolejce, oparta na lasce, ale gdy mnie zobaczyła, jej twarz od razu się rozjaśniła.
– Halina? To ty? – zawołała. – Matko, ile lat!
Uściskałyśmy się niezgrabnie, jak ludzie, którzy znają się za dobrze, by udawać obcych, ale za słabo, by wrócić do dawnych rozmów. Zaproponowała, żebyśmy przysiadły na ławce obok. Słońce świeciło słabo, zimowo, ale i tak było przyjemniej niż w mojej kuchni.
– A co u ciebie? – zapytała. – Dzieci przyjeżdżają?
To pytanie przyszło zbyt szybko. Skinęłam głową, zanim zdążyłam pomyśleć.
– Różnie – odpowiedziałam wymijająco.
Ewa westchnęła z uśmiechem.
– Wiesz, ja to mam szczęście. Syn co tydzień dzwoni, córka ostatnio załatwiła mi nowy piec. Mówiła: „Mamo, nie będziesz marznąć”. Nawet nie musiałam prosić.
– To dobrze – powiedziałam, czując, jak coś ściska mnie w środku. – Bardzo dobrze.
– A twoja Lidia? – zapytała naturalnie. – Zawsze była taka zaradna.
Zamilkłam. Patrzyłam na swoje dłonie w rękawiczkach, sprane, cienkie.
– Jest zajęta – odparłam w końcu. – Ma swoje życie.
Ewa pokiwała głową, ale w jej spojrzeniu pojawiło się coś, czego nie chciałam widzieć. Współczucie.
– Wiesz, dzieci teraz takie są – powiedziała ostrożnie. – Ale to nie znaczy, że nie powinnaś mówić, jak jest.
– Mówiłam – odpowiedziałam ciszej, niż planowałam.
Zapadła niezręczna cisza. Ewa zaczęła opowiadać o wnukach, o świętach, o planach. Słuchałam, uśmiechałam się we właściwych momentach, ale każde jej słowo było jak delikatne ukłucie. „Inne matki”. „Inne dzieci”. Inne życie.
Gdy się żegnałyśmy, Ewa ścisnęła moją dłoń.
– Nie bój się prosić o pomoc, Halina – powiedziała. – Od tego są bliscy.
Wracałam do domu wolnym krokiem. Jej słowa dudniły mi w głowie, ale zamiast ulgi czułam narastającą złość. Nie na Ewę. Na siebie. Bo im więcej słuchałam o cudzym szczęściu, tym wyraźniej widziałam własną porażkę. I coraz bardziej bałam się kolejnej próby.
Spróbowałam ostatni raz
Do Lidii pojechałam bez zapowiedzi. Całą drogę w głowie powtarzałam sobie, że tym razem nie jadę po pieniądze. Jadę po coś ważniejszego. Po zrozumienie.
Otworzyła drzwi zdziwiona, z telefonem w dłoni.
– Mamo? Co się stało? – zapytała, ale w jej głosie nie było niepokoju, raczej irytacja.
– Mogę wejść? – zapytałam cicho.
Wpuściła mnie do środka. U niej było ciepło. Zbyt ciepło. Zdjęłam płaszcz i od razu poczułam, jak ciało reaguje ulgą. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie. Ona wyprostowana, skupiona. Ja zgarbiona.
Zaczęłam mówić. Powoli. O zimnie w domu. O strachu przed listami. O nocach, kiedy siedzę przy stole, licząc pieniądze po kilka razy. Nie używałam wielkich słów. Nie oskarżałam. Mówiłam o sobie.
Lidia słuchała, ale widziałam, że myślami jest gdzie indziej. W końcu westchnęła.
– Mamo, ja naprawdę nie rozumiem, czego ode mnie oczekujesz – powiedziała spokojnie. – Przecież dajesz sobie radę. Zawsze byłaś samodzielna.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż krzyk.
– Ja nie chcę przestać być samodzielna – odpowiedziałam drżącym głosem. – Ja tylko potrzebuję pomocy finansowej od ciebie.
Spojrzała na mnie, jakby to była różnica bez znaczenia.
– Musisz się pogodzić z tym, że każdy ma swoje życie – odparła. – Ja nie mogę brać na siebie twoich problemów.
Wtedy coś we mnie pękło. Nie zapłakałam. Poczułam tylko, jak opada we mnie napięcie, które nosiłam latami.
– Rozumiem, że żałujesz mi paru złotych – powiedziałam po chwili. – Nie tak cię wychowałam.
Wstałam, założyłam płaszcz. Lidia odprowadziła mnie do drzwi, lekko zdezorientowana.
– Zadzwoń, jak dojedziesz – rzuciła na pożegnanie.
Nic nie odpowiedziałam. Wracając do swojego zimnego domu, wiedziałam jedno: to była moja ostatnia próba.
Halina, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Delegacja w górach zostawiła coś więcej niż wspomnienia. Mam 9 miesięcy na decyzję, czy wybieram żonę czy kochankę”
- „Walentynki mieliśmy spędzić z mężem tylko we dwoje. Cały nastrój pękł, gdy otworzyłam drzwi niespodziewanemu gościowi”
- „Na walentynki dostałam najgorszy prezent w życiu. Najdroższa mojemu sercu osoba, potraktowała mnie jak śmiecia”