„Wyszłam za mąż tylko dla pieniędzy. Wolę spać w zimnym jedwabiu, niż co miesiąc spłacać raty za gorącą miłość na kredyt”
„Spojrzał na mnie i zobaczył dokładnie to, co chciałam, żeby zobaczył. Był inteligentnym facetem, biznesmenem twardej ręki, który zjadł zęby na negocjacjach w branży deweloperskiej, ale wobec kobiecej urody był bezbronny jak dziecko”.

Mówią, że pieniądze szczęścia nie dają, ale o wiele wygodniej płacze się na tylnym siedzeniu Audi niż w zatłoczonym autobusie, gdzie śmierdzi potem i tanim dezodorantem. Kocham życie, które mi dał mój mąż, i jestem w stanie spojrzeć w lustro bez cienia wstydu.
Kochałam go
Studiowałam socjologię i byłam zakochana na zabój. Mój ukochany miał na imię Tomek. Był artystą, grał na gitarze, pisał wiersze i miał ten rodzaj chłopięcego uroku, który sprawia, że kolana miękną. Mieszkaliśmy w wynajętej kawalerce na warszawskiej Pradze. Zimą okna były nieszczelne, więc spaliśmy w dresach pod dwiema kołdrami. Jedliśmy zupki chińskie przy świecach, bo wyłączyli nam prąd za niepłacenie rachunków. Tomek mówił wtedy:
– Mamy siebie, to jest najważniejsze. Jesteśmy wolni.
Wierzyłam mu, dopóki nie zachorowałam. To było zwykłe zapalenie płuc, ale w naszych warunkach, przy braku ogrzewania i diety składającej się z węglowodanów, powikłania były poważne. Potrzebowałam leków. Potrzebowałam prywatnej wizyty u specjalisty, bo na NFZ termin był za pół roku. Tomek siedział przy moim łóżku i trzymał mnie za rękę, płacząc.
– Kochanie, nie mam skąd wziąć tych pieniędzy – łkał. – Ale jestem tu przy tobie. Kocham cię.
Jego miłość była piękna, ale nie potrafiła obniżyć mi gorączki. Jego wiersze nie wykupiły antybiotyków. Musiałam zadzwonić do matki, która zadłużyła się w chwilówce, żeby mnie ratować. Wtedy, leżąc w wilgotnej pościeli, patrząc na odpadający tynk z sufitu i słuchając bezradnego płaczu mojego ukochanego, coś we mnie umarło.
Nie chciałam żyć w biedzie
Zrozumiałam brutalną prawdę o świecie: miłość jest luksusem dla bogatych albo opium dla biednych. Bez pieniędzy jesteś nikim. Bez pieniędzy twoje ciało gnije, a twoja dusza karleje ze strachu o jutro. Zostawiłam Tomka dwa miesiące później. Nie było awantur. Po prostu spakowałam swoje rzeczy do jednej walizki.
– Dlaczego? – pytał, patrząc na mnie zranionym wzrokiem szczeniaka.
– Bo nie chcę spędzić życia, martwiąc się o to, czy starczy nam na chleb – odpowiedziałam chłodno.
– Jesteś materialistką! – krzyknął za mną.
Wtedy zabolało. Dziś traktuję to jak komplement. Po studiach pracowałam jako recepcjonistka w prestiżowej kancelarii prawnej. Zarabiałam grosze, ale widziałam tych mężczyzn. Widziałam ich garnitury szyte na miarę, ich zegarki warte więcej niż moje życie, ich pewność siebie. Obserwowałam ich żony – często zmęczone, zgorzkniałe, albo wręcz przeciwnie – młode, piękne, witalne. Zdecydowałam, że będę tą drugą.
Zainwestowałam w siebie wszystko, co miałam. Kredyt na poprawę uśmiechu, siłownia, kursy savoir-vivre’u, żeby wiedzieć, który widelec jest do ryby, a który do przystawek. Zaczęłam bywać w miejscach, gdzie bywają oni. Wernisaże, na których nikogo nie obchodzi sztuka, tylko networking. Bary w pięciogwiazdkowych hotelach, gdzie za drinka płaci się 80 złotych, ale można szansę usiąść obok prezesa spółki giełdowej.
Wszystko przemyślałam
Bogdana poznałam na aukcji charytatywnej. Był tam sam. Jego żona zmarła trzy lata wcześniej, a dzieci były dorosłe i zajęte trwonieniem jego majątku za granicą. Podeszłam do niego, udając, że pomyliłam go z kimś innym. Klasyk.
– Przepraszam, czy my się nie spotkaliśmy na premierze w Operze Narodowej? – zapytałam, trzepocząc rzęsami.
Spojrzał na mnie i zobaczył dokładnie to, co chciałam, żeby zobaczył: młodość, którą mógłby posiąść. Był inteligentnym facetem, biznesmenem twardej ręki, który zjadł zęby na negocjacjach w branży deweloperskiej, ale wobec kobiecej urody był bezbronny jak dziecko. Ego faceta po pięćdziesiątce to krucha konstrukcja, która desperacko potrzebuje podpory w postaci młodej partnerki.
– Nie, moja droga, ale żałuję, że tam nie byłem – odpowiedział, prostując się i wciągając brzuch.
Wymieniliśmy się wizytówkami. Trzy dni później jedliśmy kolację w restauracji, w której na stolik czeka się miesiącami. On mówił o swoich inwestycjach, o budowie osiedli, o polityce. Ja słuchałam. Patrzyłam mu w oczy z udawanym podziwem, delikatnie dotykałam jego dłoni, śmiałam się z jego mało zabawnych żartów. To była gra, w której stawka była najwyższa.
Nie miałam skrupułów
Bogdan zakochał się szybko. Ja byłam jego lustrem, w którym widział się młodszym, silniejszym. Kupował mi biżuterię – nie jakieś tanie łańcuszki z sieciówki, ale diamenty. Za każdym razem, gdy zapinał mi kolię na szyi, czułam ciężar tej złotej smyczy. I lubiłam to.
Najgorsze są spotkania z „przyjaciółmi”. Na kolację zaręczynową zaprosiłam Baśkę, moją przyjaciółkę z liceum. Zawsze była tą „moralną”. Kiedy po kilku kieliszkach wina atmosfera się rozluźniła, Baśka zaatakowała. Bogdan poszedł odebrać telefon, a my zostałyśmy same przy stoliku.
– Klaudia, powiedz mi szczerze – syknęła. – Czy ty w ogóle masz sumienie?
– O co ci chodzi? – zapytałam, poprawiając pierścionek zaręczynowy z brylantem wielkości landrynki.
– On jest stary! Mogłabyś być jego córką. Wszyscy widzą, co robisz. Myślisz, że on nie wie, że jesteś pijawką? Że jesteś z nim tylko dla kasy?
– Baśka… – westchnęłam, upijając łyk wina. – A ty jesteś ze swoim Pawłem z miłości, prawda?
– Oczywiście!
– I dlatego kłócicie się co miesiąc o to, kto zapłaci za przedszkole? Dlatego nie pojechaliście na wakacje od trzech lat? Dlatego wyglądasz na dziesięć lat starszą niż jesteś?
Podpisaliśmy umowę
Zamilkła. Trafiłam w czuły punkt.
– Miłość to chemia mózgu, Baśka. Mija po dwóch latach. Zostają kredyty i frustracja. Ja wybrałam inaczej. Bogdan wie, kim jestem. Daję mu młodość, witalność, reprezentuję go na bankietach. On daje mi świat. To uczciwa wymiana. Nikt tu nikogo nie oszukuje.
– To obrzydliwe – szepnęła.
– Może – wzruszyłam ramionami. – Ale to ja będę spędzać zimę na Malediwach, a ty w Grójcu.
Gdy Bogdan wrócił, uśmiechnęłam się do niego najczulej, jak potrafiłam. Baśka wyszła wcześnie. Już do siebie nie dzwonimy.
Przed ślubem musieliśmy poruszyć temat intercyzy. Jego prawnicy byli bezlitośni. Spotkaliśmy się w sali konferencyjnej ze szkła i stali. Trzech garniturowców naprzeciwko mnie. Bogdan siedział z boku, udając, że czyta e-maile, wyraźnie zażenowany sytuacją, ale zbyt pragmatyczny, by z niej zrezygnować. Dokument miał 40 stron. W skrócie: jeśli odejdę, zostaję z niczym. Jeśli go zdradzę, zostaję z niczym.
Ale przeczytałam drobny druk. Były tam klauzule. Za każde 5 lat małżeństwa – spora suma. W przypadku urodzenia dziecka – fundusz powierniczy i nieruchomość na własność. W przypadku jego śmierci – 30% majątku, reszta dla dzieci z pierwszego małżeństwa. Prawnicy patrzyli na mnie jak na drapieżnika, którego trzeba zamknąć w klatce.
– Czy ma pani jakieś uwagi, pani Klaudio? – zapytał główny mecenas, poprawiając okulary.
Walczyłam o swoje
Spojrzałam na Bogdana.
– Tylko jedną – powiedziałam spokojnie. – Chcę wpisu, że w przypadku rozwodu z jego winy, otrzymuję natychmiastową wypłatę w wysokości miliona euro.
Prawnicy zamarli. Bogdan podniósł wzrok znad telefonu. Przez chwilę panowała cisza. Bałam się, że przesadziłam. Że teraz zobaczy moją prawdziwą twarz i ucieknie, ale on się uśmiechnął.
– Zgoda – powiedział. – Podoba mi się, że walczysz o swoje. To pokazuje charakter.
Podpisałam. To był mój prawdziwy ślub. Ślub z pieniędzmi. Wesele odbyło się w hotelu. Moja suknia, jedwabne dzieło sztuki sprowadzone z Mediolanu, opinała mnie niczym druga skóra, podkreślając talię, za którą Bogdan zapłacił, finansując mojego trenera personalnego i dietetyka.
Bogdan trzymał mnie za rękę. Kiedy patrzył na mnie tymi swoimi małymi, rozbieganymi oczami, widziałam w nich dumę kolekcjonera, który właśnie powiesił na ścianie upragnionego Picassa.
– Jesteś piękna, kochanie – szeptał mi do ucha.
– Ty też wyglądasz wspaniale – kłamałam gładko, bez mrugnięcia okiem.
Nauczyłam się kłamać perfekcyjnie. To część umowy.
Byłam szczęśliwa
Wśród gości była moja dawna przyjaciółka ze studiów, Kaśka, Siedziała przy stoliku numer cztery i piła wino z miną, jakby połknęła cytrynę. Wiem, co mówiła do swojego chłopaka, inżyniera z kredytem na trzydzieści lat: „Patrz na nią. Sprzedała się. Przecież to obrzydliwe”. Widziałam pogardę w oczach ciotki Bogdana, która uważa, że jestem nikim, przybłędą z blokowiska, która złapała pana Boga za nogi.
Mają rację. Absolutną, stuprocentową rację. Zrobiłam to dla pieniędzy, dla bezpieczeństwa. Nienawidzę biedy bardziej, niż kiedykolwiek będę w stanie kochać jakiegokolwiek człowieka.
Wesele dobiegło końca. Goście, pijani i obżarci najdroższym cateringiem w mieście, powoli się rozeszli. Matka płakała ze szczęścia, gdy Bogdan wręczył jej kluczyki do nowego, małego mieszkania, które dla niej kupiliśmy.
– Dla mamusi, żeby miała blisko do wnuków – powiedział.
Matka nie pytała, czy go kocham. Patrzyła na akt notarialny jak na święty obrazek. Widziałam w jej oczach ulgę, że jej córka nie skończy tak jak ona. To było dla mnie rozgrzeszenie. Pojechaliśmy windą do apartamentu dla nowożeńców. Podłoga była płatkami róż. To takie kiczowate, że aż boli, ale Bogdan to uwielbia. Jest romantykiem w ten staroświecki, nieco żenujący sposób.
Podjęłam dobrą decyzję
Widziałam swoje odbicie w lustrze. Idealne ciało, idealny makijaż, martwe oczy. Bogdan podszedł do mnie.
– Jesteś moją królową – wyszeptał. – Dam ci wszystko, czego zapragniesz.
– Wiem – odpowiedziałam. I tym razem nie skłamałam.
Przez chwilę, dosłownie na ułamek sekundy, przed oczami stanęła mi twarz Tomka, mojego biednego poety. Gdzie on teraz jest? Może pracuje w korporacji? A może nadal gra na gitarze, zbierając drobne do futerału? Czy jest szczęśliwy? Czy ja jestem szczęśliwa?
Patrzę na bransoletkę na moim nadgarstku. Platyna i szafiry. Kosztowała tyle, co kawalerka, w której kiedyś marzłam z Tomkiem. Dotykam chłodnego metalu. To uczucie uziemia mnie. Warszawa nocą wygląda przepięknie z 40 piętra. Widzę światła miasta, w którym tysiące ludzi martwi się o to, jak zapłacić ratę kredytu, czy starczy do pierwszego, czy ich partner ich nie zdradza. Ja nie mam tych problemów. Mam złotą klatkę, ale klucz trzymam w kieszeni.
Kupiłam sobie wolność od strachu. Kupiłam sobie bezpieczeństwo. A cena? Trochę udawania, trochę zimna w sercu i ciało oddane w dzierżawę starzejącemu się mężczyźnie, który i tak traktuje mnie lepiej niż większość moich rówieśników traktuje swoje „ukochane” żony. Miłość jest przereklamowana. Diamenty są wieczne. I w przeciwieństwie do uczuć – można je spieniężyć w każdym zakątku świata.
Klaudia, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Spędziłam z teściową ferie, bo obiecała, że pomoże z dziećmi. Nie wiedziałam, że w zamian dostanę od niej lekcję życia”
- „Wyjazd do sanatorium otworzył mi oczy. Zrozumiałem, że starość nie musi upływać jedynie w kapciach i na czytaniu gazety”
- „Zawsze traktowałam moją teściową jak zło konieczne. Po rozwodzie tylko ona okazała mi współczucie i troskę”