„Wyszłam za mąż w wieku 20 lat i dziś mam 5 dzieci. Koleżanki mi współczują, ale ja nie żałuję ani jednej decyzji”
„Były momenty, gdy zamykałam się w łazience i płakałam do ręcznika, marząc o godzinie ciszy. Wtedy też nasze drogi z większością bezdzietnych znajomych rozeszły się ostatecznie. Nie zapraszali nas na grille, bo z dziećmi to kłopot”

Kiedy mówię nowo poznanym osobom, że mam trzydzieści osiem lat i piątkę dzieci, w ich oczach najpierw pojawia się niedowierzanie, a zaraz potem współczucie, którego szczerze nie znoszę. Widzą we mnie ofiarę patriarchatu, kobietę, która zmarnowała młodość na pieluchy i garnki, zamiast zdobywać świat, piąć się po szczeblach kariery i podróżować po egzotycznych wyspach.
Wyśmiali nas
Mieliśmy z Piotrkiem po dwadzieścia lat, indeksy studenckie w kieszeniach i absolutnie puste konta bankowe. Kiedy oznajmiliśmy rodzicom, że zamierzamy się pobrać, zapadła cisza.
– Dziecko, co ty robisz? – głos mojej mamy drżał. – Masz całe życie przed sobą. Najpierw studia, praca, mieszkanie… Z czego wy będziecie żyć? Z miłości?
Wtedy te słowa brzmiały jak zapowiedź katastrofy. Wszyscy wokół pukali się w czoło. Moje przyjaciółki, które planowały Erasmusa w Hiszpanii albo staże w warszawskich firmach, patrzyły na mnie jak na kogoś niespełna rozumu. Pytały, czy jestem w ciąży, bo to byłby jedyny logiczny powód takiego pośpiechu. Ale ja nie byłam w ciąży. Ja po prostu byłam pewna Piotrka, pewna nas i pewna tego, że chcę budować z nim dom od fundamentów, a nie czekać na odpowiedni moment, który może nigdy nie nadejść.
Ślub był skromny, wesele zorganizowane w remizie strażackiej, bo na nic innego nie było nas stać. Pamiętam wzrok ciotek i kuzynek. Nie było w nim radości, tylko troska podszyta politowaniem. A jednak, kiedy Piotrek objął mnie w tańcu, wiedziałam, że to my mamy rację, a cały świat się myli.
Byłam pewna swego
Zamieszkaliśmy w wynajętej kawalerce na poddaszu, gdzie latem było gorąco jak w piekle, a zimą wiatr hulał przez nieszczelne okna. Rok później na świecie pojawił się Jaś. Mieliśmy dwadzieścia jeden lat i niemowlę, które nie uznawało snu w nocy. Studia kończyłam, pisząc pracę licencjacką z dzieckiem przyczepionym do piersi i stertą notatek rozrzuconą na dywanie.
Wtedy odwiedziła mnie Sylwia, moja przyjaciółka z liceum. Wpadła jak kolorowy ptak, pachnąca perfumami, w eleganckim płaszczu i ze świeżą opalenizną z Egiptu. Ja siedziałam w dresie, z włosami spiętymi w niedbały kok, usiłując doprać marchewkę z body.
– Boże, Anka, jak ty dajesz radę? – zapytała, rozglądając się po naszym zagraconym pokoju, gdzie suszarka z praniem zajmowała połowę przestrzeni. – Nie brakuje ci wyjść? Kina? Imprez? Ja bym chyba oszalała, siedząc tak w domu.
– Nie siedzę – odpowiedziałam, kołysząc Jasia. – Żyję. Po prostu inaczej niż ty.
Sylwia pokazywała mi zdjęcia z nurkowania w Morzu Czerwonym, opowiadała o przystojnym instruktorze i planach na awans w firmie. Słuchałam jej z uśmiechem, ale w środku poczułam ukłucie. Czy to zazdrość? Przez chwilę tak pomyślałam. Może faktycznie coś tracę? Może powinnam teraz pić drinki z palemką, a nie wyparzać butelki?
Nic nie rozumieli
Jednak wieczorem, gdy Jaś w końcu zasnął, a Piotrek wrócił z pracy – dorabiał wtedy na budowie, łącząc to ze studiami politechnicznymi – i przytulił mnie, szepcząc, że jest ze mnie dumny, tamto ukłucie zniknęło. Zrozumiałam, że budujemy coś trwałego, podczas gdy inni wciąż szukają fundamentów.
Trzy lata później mieliśmy już dwójkę dzieci, a ja byłam w ciąży z trzecim. To był moment przełomowy. Finansowo zaczynaliśmy wychodzić na prostą, Piotrek dostał dobrą pracę w zawodzie, ale społeczny odbiór naszej rodziny zmienił się z „młodzi i głupi” na „nieodpowiedzialni fanatycy”. To były imieniny mojego taty. Kiedy ogłosiliśmy, że spodziewamy się kolejnego dziecka, przy stole zapadła cisza gorsza niż ta przed naszym ślubem.
– Trzecie? – zapytała ciotka Grażyna. – Przecież to trzeba wykarmić, wykształcić. Aniu, ty w ogóle myślisz o powrocie do pracy? Zgnijesz w domu.
– Nie gniję, ciociu – odpowiedziałam spokojnie. – Rozwijam się. Zarządzam logistyką pięcioosobowego zespołu, jestem negocjatorem, pielęgniarką, kucharką i nauczycielem w jednym.
Byliśmy drużyną
Mimo mojej pewności siebie, tamte lata były trudne. Fizycznie byłam wykończona. Bywały dni, kiedy nie miałam czasu umyć zębów do południa, bo jedno dziecko płakało z powodu kolki, drugie rozsypało mąkę w kuchni, a trzecie właśnie uczyło się chodzić i obijało o wszystkie meble. Były momenty, gdy zamykałam się w łazience i płakałam do ręcznika, marząc o godzinie ciszy.
Wtedy też nasze drogi z większością bezdzietnych znajomych rozeszły się ostatecznie. Nie zapraszali nas na grille, bo z dziećmi to kłopot. Nie dzwonili, by pogadać, bo pewnie i tak nie masz czasu. Zostałam sama na placu boju, otoczona jedynie stertami prania i zupkami. Ale to właśnie w tym osamotnieniu odkryłam, jak wielką mam w sobie siłę. I jak niesamowitym partnerem jest Piotrek. Nie uciekał w pracę, nie zostawiał mnie z tym samej. Wracał i przejmował stery. Kąpał, karmił, czytał bajki.
Kiedy na świecie pojawiła się Zosia, czwarte dziecko, a dwa lata później Krzyś, nasz najmłodszy, przestaliśmy się przejmować opiniami innych. Kupiliśmy stary dom pod miastem, który wymagał kapitalnego remontu. Znajomi pukali się w głowę. „Z piątką dzieci do ruiny? To czyste szaleństwo”.
Czułam się szczęśliwa
Dla nas to była wolność. Każde dziecko miało swoją przestrzeń, a my wielki ogród. Moje koleżanki, te, które kiedyś litościwie kiwały głowami, teraz były po trzydziestce. Niektóre wciąż szukały „tego jedynego”, inne były po pierwszych rozwodach, jeszcze inne walczyły z bezpłodnością, odkładając macierzyństwo na moment, który okazał się zbyt odległy.
Któregoś dnia spotkałam Sylwię przypadkiem w centrum handlowym. Wyglądała świetnie, jak zawsze, ale w jej oczach dostrzegłam coś nowego. Zmęczenie, ale innego rodzaju niż moje. Zmęczenie pustką.
– Słyszałam, że masz piątkę – powiedziała, a w jej głosie nie było już tej dawnej wyższości. – Nie wiem, jak to robisz. Ja mam psa i czasem czuję, że mnie to przerasta. Wracam do domu i jest tak cicho.
Zaprosiłam ją na kawę. Przyjechała do nas w sobotnie popołudnie. Nasz dom to nie muzeum. Na podłodze w salonie leżały klocki Lego, w kuchni pachniało pieczonym ciastem drożdżowym i przypalonym mlekiem, a przez ogród przetaczała się horda moich dzieci wraz z psami. Było głośno. Było intensywnie.
Nie było idealnie
Sylwia siedziała na tarasie, trzymając kubek z kawą, i patrzyła na ten spektakl.
– Przepraszam za hałas – powiedziałam, wycierając ręce w ścierkę. – U nas rzadko bywa spokojnie.
– Nie przepraszaj – szepnęła. – To brzmi jak życie. U mnie jest sterylnie. Mam białą kanapę, na której boję się usiąść z winem. Ty masz plamy na dywanie, ale masz też do kogo otworzyć usta.
To był moment, w którym zrozumiałam, że role się odwróciły. To nie ja potrzebowałam współczucia. Moje życie, choć brudne od błota naniesionego z podwórka i lepkie od dżemu, było pełne emocji, relacji, miłości.
Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak bajka. Były momenty grozy. Gdy Krzyś dostał zapalenia krtani i dusił się na moich rękach, a my pędziliśmy do szpitala, zostawiając starsze dzieci same w domu pod opieką najstarszego, wtedy trzynastoletniego Jasia. Pamiętam strach, gdy Piotr stracił pracę i przez trzy miesiące żyliśmy z oszczędności, licząc każdy grosz przy kasie w dyskoncie.
Pamiętam bunt nastoletniej córki, która krzyczała, że nienawidzi tego domu, że nie ma prywatności i że chce się wyprowadzić jak najdalej. To bolało. Czułam się wtedy, jakbym przegrała jako matka. Że może ci wszyscy ludzie mieli rację – narobiłam sobie dzieci i nie potrafię ich wychować.
– Mamo, ja nie chciałam – powiedziała mi potem, płacząc w moje ramię, gdy hormony opadły. – Po prostu czasem jest tu za głośno.
– Wiem, kochanie – głaskałam ją po głowie. – Dla mnie też czasem jest za głośno.
Jestem najważniejsza
W tych trudnościach widziałam, jak moje dzieci uczą się odpowiedzialności. Starsze pomagały młodszym w lekcjach bez mojego proszenia. Kiedy ja chorowałam na grypę i nie mogłam wstać z łóżka, dom nie runął. Zrobili kanapki, wynieśli śmieci, zajęli się sobą. Stworzyliśmy stado, które dba o swoich członków. Moje koleżanki wciąż opłacały opiekunki, korepetytorów i trenerów mentalnych dla swoich jedynaków, a moje dzieci uczyły się życia, po prostu w nim uczestnicząc.
Ostatnie Boże Narodzenie było apogeum tego, co zbudowaliśmy. Przy stole siedziało dwanaście osób, bo doszli też dziadkowie i brat Piotra. Patrzyłam na ten tłum. Jaś, już dorosły, przyprowadził swoją dziewczynę. Zosia grała kolędy na pianinie, fałszując niemiłosiernie, ale otrzymując gromkie brawa.
Często słyszę pytanie: „A co z tobą? Co z twoimi ambicjami?”. Ludzie zakładają, że skoro mam tyle dzieci, to nie mam życia zawodowego. To nieprawda. Gdy najmłodszy Krzyś poszedł do przedszkola, wróciłam do pracy. Założyłam małą firmę cateringową, wykorzystując to, czego nauczyłam się przez lata gotowania dla wielkiej rodziny. Organizuję przyjęcia, piekę torty. Robię to na własnych zasadach.
Nie jestem dyrektorem generalnym, nie mam służbowego samochodu. Ale mam satysfakcję. I mam coś, czego zazdroszczą mi te wszystkie kobiety w garsonkach – wracam do domu, gdzie jestem kimś najważniejszym na świecie. Nie jestem trybikiem w maszynie, jestem sercem tego domu.
Anna, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie mieliśmy kasy na ferie w Austrii dla syna, a mój mąż zaczął się dziwnie zachowywać. Serce mi pękło, gdy odkryłam powód”
- „Współczułam teściowi, gdy został sam po śmierci teściowej. Nie przypuszczałam, że teraz to ja zostanę jego służącą”
- „Mąż obiecywał mi luksusowy hotel w Zakopanem, a trafiliśmy do PRL-owskiego koszmaru. Wszystko przez jego brudne tajemnice”