Reklama

Kiedy mówiłam koleżankom, że wychodzę za rolnika, myślały, że zwariowałam. No bo kto dziś bierze sobie za męża chłopa z pola, który pachnie obornikiem i zna się bardziej na nawozach niż na modzie? A ja właśnie w tym jego wiejskim stylu zobaczyłam coś innego – potencjał. Wielkie pole, hektary ziemi, traktory, które kosztują więcej niż niejeden samochód w salonie. Wiedziałam, że z tego da się wycisnąć życie jak z reklamy. Choć czasem nie mogę słuchać jego gadania o krowach i fasoli, to... zaciskam zęby. I uszy. Dla kasy. Dla siebie. Dla wygody.

Wiejskie miliony nie śmierdzą

Poznałam go na dożynkach. Miał koszulę w kratę, porządnie znoszone buty i dłonie jak grabie – szorstkie, ale silne. Podchodził do straganu z miodem, gdzie stałam z koleżanką. Zamówił trzy słoiki gryczanego, jakby miał nim smarować dach. Zapytał, czy lubimy nalewki z tarniny, bo jego matka robi najlepszą w powiecie. Nie jestem fanką wiejskich bajerów, ale coś w jego tonie mnie zaintrygowało.

– A dużo masz tych krów? – zapytałam niby żartem, a on jakby tylko na to czekał.

– Czterdzieści osiem dojnych, pięć jałówek i trzy cielaki. I cztery maszyny do udoju automatycznego. Najnowszy model, sam się czyści.

Uśmiechnęłam się. Imponujące. A kiedy dodał, że ma czterdzieści dwa hektary własnej ziemi i dzierżawi jeszcze kolejne trzydzieści, to już przestałam udawać, że mnie to nie interesuje. Nie był typowym rolnikiem z obrazków z podręcznika. Wiedział, co to dopłaty unijne, leasing na sprzęt, inwestycje w ziemię i rynki zbytu. Taki... wiejski biznesmen. Nowoczesny chłop.

– A ty co robisz? – zapytał z czystej grzeczności.

– Sprzedaję kosmetyki – odpowiedziałam.

Nie dodałam, że ledwo na tym wychodzę. Gdy zaprosił mnie tydzień później na objazd traktorem po jego polach, założyłam sukienkę, którą zwykle zostawiam na wieczorne wyjścia. Bo wiedziałam, że jak dobrze rozegram tę grę, to już nie będę musiała sprzedawać kremów nigdy i nikomu.

Ślub, który pachniał kiszonką

Oświadczył mi się po czterech miesiącach. Na sianokosach. Stałam wtedy w jego gumowcach, bo swoje zniszczyłam dzień wcześniej na oborze, i pomagałam mu rozwieszać siatki na belki. Nagle zniknął, a kiedy wrócił, miał pierścionek w dłoni. Prawdziwe złoto, gładki, prosty – pewnie kupiony w jakimś miasteczku, gdzie czas się zatrzymał w latach dziewięćdziesiątych.

– Weźmiesz? – zapytał. Bez klękania, bez kwiatów. Za to z zapachem kiszonki w tle.

Nie powiedziałam „tak” z miłości. Powiedziałam „tak”, bo miał stabilność, ziemię, dom z nowym dachem i chłodnie warzywne, które ponoć przynoszą niezłe zyski. Wesele odbyło się w remizie. Miałam suknię, którą zamówiłam przez internet – bardziej przypominała strój księżniczki niż pannę młodą z wioski, ale chciałam błyszczeć. Ciotki śpiewały piosenki z wesel sprzed dwudziestu lat, a on wyglądał, jakby nie wiedział, co ma z tym wszystkim zrobić. Tylko jego matka patrzyła na mnie podejrzliwie.

– Ładna, ale taka miastowa – usłyszałam, jak mówi do jednej z ciotek. – Co ona będzie wiedzieć o krowach?

Nic nie wiedziałam. I nie zamierzałam się uczyć. Miałam swój plan – być przy nim, błyszczeć w towarzystwie, a jak trzeba, pojechać z nim na jakieś dożynki i udawać, że interesują mnie nawozy. On był zadowolony. Ja miałam zamiar być szczęśliwa... na swoich warunkach.

Krowy, kredyty i kolacje w ciszy

Minęło kilka miesięcy od ślubu. Na początku jeszcze próbowałam udawać, że interesuje mnie, ile litrów mleka daje „ta nowa, czarno-biała z lewego boksu”, ale z czasem przestałam zadawać pytania. I tak jego odpowiedzi były dłuższe niż moje zainteresowanie. Wracał codziennie o tej samej porze, pachnący obornikiem i zmęczeniem. Siadał przy stole, jadł szybko, jakby gonił go czas, i włączał radio. Tam leciały wiadomości z gminy, prognozy pogody i audycje o hodowli bydła. Kolacje mijały nam w ciszy. Czasem coś mruknął pod nosem o kredycie na nową sieczkarnię, czasem o dotacjach, które mu nie przeszły. Mnie to nie obchodziło. W głowie miałam promocje w galerii i pytanie, czy opłaca się zamówić nowe botki z eko-skóry.

– Jadę jutro do punktu skupu – rzucił któregoś wieczoru, nie patrząc na mnie.

– Aha. To długo cię nie będzie? – zapytałam, bardziej z grzeczności niż z ciekawości.

– Zależy, jak długo będę ładował. W zeszłym roku to mi zeszło do siedemnastej.

Nie było we mnie buntu. Było za to rosnące poczucie, że to nie jest życie, które mi się śniło. Tylko że potem przychodziły przelewy. Pojawiała się premia za mleko, dopłata, jakieś odszkodowanie za suszę. I wtedy robiło mi się lżej. Bo choć nie było rozmów, przytuleń ani wspólnych planów, był hajs. A w moim świecie, to on mówił najwięcej.

Między fasolą a luksusowym futrem

Najbardziej lubił mówić o fasoli. Naprawdę. Gdyby ktoś z zewnątrz usłyszał, jak z wypiekami na twarzy opowiada o wilgotności gleby i odmianie Piękny Jaś, pomyślałby, że to poeta, nie rolnik. Ja w tym czasie malowałam paznokcie albo scrollowałam telefon. Nauczyłam się przytakiwać w rytm jego monologów i robić miny w stylu „tak, kochanie, to niesamowite”. On nie widział różnicy. Myślał, że naprawdę mnie to kręci. A ja w tym czasie planowałam kolejny wypad do miasta. Co miesiąc jechałam na niby niewinną wizytę u kosmetyczki, a wracałam z torbami pełnymi zakupów. On nawet nie pytał. Wiedział, że „żona musi wyglądać”.

– Ładne futerko – rzuciła jego matka, gdy odwiedziłam ich z nową zdobyczą. – Pewnie ciężkie.

– Sztuczne – skłamałam odruchowo.

– Mhm. Pachnie jak coś, co się kiedyś ruszało.

Nie lubiłam jej. Miała nos do takich rzeczy. I wiecznie nosiła się tak, jakby stała przy trumnie. Może dlatego, że nie mogła znieść tego, że syn wybrał mnie – wygadaną, z pazurem, z miasta – zamiast jakiejś cichej Jadzi z sąsiedniej wsi, która od dziecka doiła krowy z zamkniętymi oczami. Zaczęłam się zastanawiać, ile jeszcze wytrzymam bez rozmowy. Bez dotyku. Bez tego, co mieliśmy kiedyś – chociaż przez chwilę. Ale potem dostałam na urodziny bransoletkę. Złotą, ciężką. Bez kartki, bez słowa. Za to z wyciągiem z konta, że zapłacona. I wszystko znowu się we mnie uspokoiło.

Słoma z butów i złoto na koncie

Na dożynkach tego roku wręczyli mu dyplom „Najlepszego Producenta Mleka w Powiecie”. Zdjęcie w lokalnej gazecie, uścisk dłoni wójta, kieliszek z sokiem porzeczkowym. Stałam obok w sukience z butiku w stolicy i butach, które kosztowały tyle co pół tony nawozu. Uśmiechałam się szeroko, choć w środku aż skręcało mnie od tej całej wiejskiej otoczki. Czułam się, jakbym grała w teatrze, w którym nikt nie znał scenariusza. Po gali podszedł do nas sąsiad w flaneli i pogratulował mu wyniku.

– Taka żona to też inwestycja – rzucił z uśmiechem w moją stronę. – Elegancja aż bije po oczach.

Zamiast się wkurzyć, mój mąż tylko przytaknął. Jakby mnie faktycznie traktował jak część gospodarstwa. Coś w stylu nowej maszyny – ładnej, funkcjonalnej, ale jednak tylko do użytku. Wróciliśmy do domu późno. W samochodzie cisza. On prowadził, ja patrzyłam przez okno. W pewnym momencie się odezwał:

– Wiesz, że kupiłem jeszcze dziesięć hektarów od Kowalskiego?

– Aha – mruknęłam.

– I zamierzam kupić chłodnię do warzyw. Na kredyt. Unia coś dopłaci, ale i tak trzeba wyłożyć. Może coś mniej wydasz w tym miesiącu?

Wzięłam to do siebie. Przez chwilę zrobiło mi się głupio. Tylko przez chwilę. Bo wieczorem, kiedy przyszedł mail z konta wspólnego, zobaczyłam, że dopłaty jednak przyszły. I że znowu mogę oddychać spokojnie. Choćby na kredyt.

Wszystko ma swoją cenę

Czasem, kiedy patrzę w lustro, zastanawiam się, kim właściwie jestem. Żoną rolnika z dyplomami i milionem w polu? Kobietą, która zatkała sobie uszy, by nie słyszeć, że jest samotna w małżeństwie? A może po prostu kimś, kto wybrał wygodę ponad emocje? Nie wiem. Wiem tylko, że dziś żyję w domu, który lśni jak pałac, w szafie mam więcej ubrań niż okazji, a moje życie... toczy się cicho. Jak w mleczarni – jednostajnie, precyzyjnie, bez szumu. On mówi nadal głównie o krowach i fasoli. Ja udaję, że go słucham, a w myślach wybieram miejsce na kolejne wakacje. Wyrobiłam w sobie mechanizm obojętności, który pozwala przetrwać bez bólu. Jak znieczulenie. Nie ma kłótni, nie ma płaczu. Są zakupy, przelewy, milczenie. Czasem koleżanki pytają, czy jestem szczęśliwa. Uśmiecham się i mówię:

– A co to właściwie znaczy? Mam wszystko.

I może rzeczywiście mam. Dom, pieniądze, stabilność. On mnie nie bije, nie zdradza, nie krzyczy. Po prostu... nie widzi. Jestem dla niego elementem życia – jak stodoła, kombajn, konta bankowe. Współwłaścicielką gospodarstwa, którą można zabrać na dożynki i pokazać światu, że się udało. Nie wiem, jak długo jeszcze to pociągnę. Może całe życie. Może do dnia, w którym przestanie przychodzić kasa. Wtedy przestanę udawać. Albo... znajdę inny sposób, żeby zatkać sobie uszy.

Dominika, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama