Reklama

Podpisanie umowy kredytowej pamiętałem jak przez mgłę. Strach mieszał się z ulgą, bo wreszcie mieliśmy coś konkretnego do zrobienia, plan z terminami i liczbami. Remont wydawał mi się bezpieczny – łatwiejszy niż rozmowy o tym, dlaczego coraz częściej siedzieliśmy obok siebie w ciszy. Dla Dominiki był obietnicą zmiany. Dla mnie – sposobem, by nie zadawać trudnych pytań.

Terminy bez znaczenia

Pierwszy tydzień remontu jeszcze mnie uspokajał. Kurz, hałas, ludzie kręcący się po mieszkaniu – to wszystko dawało poczucie ruchu. Rafał, projektant, zapewniał, że prace idą zgodnie z planem, choć plan zmieniał się z dnia na dzień. Dominika stała w progu kuchni, patrzyła na zerwane płytki i sprawdzała coś w telefonie.

– Mówił, że do piątku będzie po hydraulice – rzuciła niby obojętnie.

– Pewnie się wyrobią – odpowiedziałem, nie odrywając wzroku od maila z banku.

Piątek minął. Potem kolejny tydzień. Rafał odbierał telefon raz na kilka prób, zawsze z nowym wytłumaczeniem. A to opóźniona dostawa, a to ktoś zachorował. Słuchałem tego spokojnie, zapisywałem daty, robiłem zdjęcia usterek. Dominika coraz częściej wzdychała głośniej, niż trzeba.

– Ty w ogóle się tym przejmujesz? – zapytała któregoś wieczoru, gdy wróciliśmy do wynajętego mieszkania.

– Przecież reaguję. Piszę, dzwonię, pilnuję kosztów – odparłem.

– To są tylko maile, Michał. Jakby chodziło o obcy lokal, nie o nasze życie.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. W mojej głowie wszystko było logiczne: problem, rozwiązanie, kolejny krok. Emocje nie mieściły się w tabelce. Dominika zamknęła się w łazience, a ja siedziałem na kanapie, przeglądając kosztorys po raz trzeci. Cisza między nami była coraz cięższa.

Następnego dnia pojechaliśmy do mieszkania razem. Rafał zniknął, zostawił po sobie bałagan i niedokończone prace. Dominika przeszła przez pokoje powoli, dotykając surowych ścian.

– Mieliśmy tu zacząć od nowa – powiedziała cicho.

– Zaczniemy, tylko trochę później – próbowałem zabrzmieć rozsądnie.

Spojrzała na mnie tak, jakby mówiła do kogoś zupełnie innego. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że każdy z nas ciągnie ten związek w inną stronę. Ja w stronę porządku i kontroli. Ona w stronę czegoś, czego nie potrafiłem nazwać ani zaplanować.

Kredyt nas podzielił

Raty pojawiły się szybciej, niż się spodziewałem. Jedna suma miesięcznie, konkretna, niepodważalna. Usiadłem przy stole z laptopem, arkusz kalkulacyjny otwarty jak mapa, która miała mnie ochronić przed chaosem i doprowadzić do celu. Dominika krzątała się po kuchni w wynajętym mieszkaniu, trzaskała szafkami głośniej, niż było to konieczne.

Musimy ograniczyć wydatki – powiedziałem w końcu. – Przynajmniej do zakończenia remontu.

– Czyli co dokładnie? – zapytała, nie odwracając się w moją stronę.

– No… takie nieplanowane rzeczy. Wyjścia, zakupy bez sensu.

Odwróciła się gwałtownie.

– Bez sensu? Dla kogo?

– Dla budżetu – odpowiedziałem automatycznie.

Zapadła cisza. Dominika oparła się o blat i skrzyżowała ręce.

– Wiesz, co jest najgorsze? Że znowu rozmawiamy o liczbach, a nie o tym, jak się czujemy.

– Bo liczby są realne – odbiłem. – Emocjami nie spłacimy kredytu.

Widziałem, jak coś w niej opada, jakby właśnie to zdanie potwierdziło jej najgorsze podejrzenia. Wieczorem wyszła „na chwilę” i wróciła dopiero po kilku godzinach. Wiedziałem, że była u Olgi. Nie musiała mi tego mówić. Wystarczył zapach jej perfum wymieszany z chłodnym powietrzem i to, że nie zapytała, co u mnie.

Później słyszałem strzępki rozmów przez telefon, kiedy myślała, że śpię.

On wszystko przelicza… Tak, jakby bał się żyć… – mówiła cicho.

Leżałem nieruchomo, wpatrzony w sufit. Bałem się. Bałem się bardziej, niż kiedykolwiek potrafiłem przyznać. Utraty kontroli, porażki, tego, że nie dowiozę życia, które obiecałem.

Następnego dnia zaproponowałem, że przejmę wszystkie opłaty, „żeby było sprawiedliwie”.

– Nie chcę być na twoim utrzymaniu – odpowiedziała chłodno. – Chcę być z tobą, a nie w twoim planie finansowym.

Nie umiałem jej wtedy odpowiedzieć. Kredyt był między nami jak ściana nośna – niby cienka, ale skutecznie dzieląca przestrzeń na dwie osobne części.

Zamiast rozmawiać, sprawdzałem stan konta

Tymczasowe mieszkanie miało być rozwiązaniem na chwilę. Dwa pokoje, obce meble, kartony ustawione pod ścianami. Z czasem przestaliśmy je omijać – stały się częścią krajobrazu, tak samo jak milczenie. Każde z nas żyło tu na pół gwizdka, jakby nie warto było się zadomawiać.

Rano mijaliśmy się w wąskim przedpokoju.

– Wrócisz dziś wcześniej? – zapytałem któregoś dnia.

– Nie wiem – odpowiedziała Dominika, już w kurtce. – Zobaczę, jak wyjdzie.

„Jak wyjdzie” znaczyło wszystko i nic. Ja wracałem punktualnie, robiłem kolację z tego, co akurat było pod ręką, i jadłem ją sam przy stole. Ona coraz częściej wracała późno, zmęczona, z telefonem w dłoni. Kiedy siadała obok mnie, rozmawialiśmy o terminach, dostawach, reklamacjach. Byliśmy jak współlokatorzy zarządzający wspólnym problemem.

Pewnego wieczoru usiedliśmy na podłodze, bo kanapa była zastawiona kartonami.

– Pamiętasz, jak mówiliśmy, że to będzie nasz nowy start? – rzuciła nagle.

– Pamiętam – odpowiedziałem po chwili.

– A ty? Czego ty właściwie chcesz, Michał?

Zaskoczyła mnie tym pytaniem. Otworzyłem usta, ale zamiast odpowiedzi pojawiła się lista: spokój, stabilność, przewidywalność. Bezpieczeństwo. Wiedziałem, że to nie jest to, czego oczekiwała.

– Chcę, żeby było normalnie – powiedziałem w końcu.

– Dla ciebie normalnie znaczy bezpiecznie – odparła. – A ja się w tym duszę.

Od tamtej rozmowy zaczęła znikać częściej. Tłumaczyła się spotkaniami, pracą, zmęczeniem. Ja nie pytałem. Zamiast tego sprawdzałem stan konta, harmonogram prac. Przyszłość widziałem jak plan do zrealizowania. Ona chyba już wtedy widziała ją zupełnie gdzie indziej.

Leżąc nocami na materacu, słuchałem jej oddechu. Była tak blisko, a jednocześnie nieosiągalna. Kryzys przeżywaliśmy osobno, każdy zamknięty „w swoim kartonie”, dokładnie opisanym i szczelnie zaklejonym.

„Żyć” brzmiało jak puste hasło

Gdy Rafał wrócił i zadzwonił, że „to już naprawdę końcówka”, poczułem ulgę, która szybko zamieniła się w napięcie. Lista usterek była krótsza, ale każda pozycja wydawała się ważniejsza niż wcześniej. Jeździłem do mieszkania sam, z miarką i notatnikiem, sprawdzając kąty, drzwi, szafki. Nowe ściany były równe, podłoga lśniła, a ja coraz częściej łapałem się na tym, że nie mam z kim się tym podzielić. Dominika rzadko tam przychodziła.

– Jestem zmęczona – mówiła. – Zobaczysz sam, ty się na tym znasz lepiej.

Wieczorami znikała bez wyjaśnień. Nie dopytywałem, bo bałem się odpowiedzi. Zostawałem w wynajętym mieszkaniu z dokumentami, fakturami i ciszą, która już nie bolała – była po prostu normalna. Kiedyś wysłałem jej zdjęcie gotowego salonu. Odpisała krótko: „Ładnie”. Nic więcej.

Podczas jednego z odbiorów Rafał próbował żartować.

– No, panie Michale, teraz to tylko wprowadzać się i żyć – powiedział, klepiąc mnie po ramieniu.

Uśmiechnąłem się uprzejmie, ale w środku coś mi się ścisnęło. „Żyć” brzmiało jak puste hasło. Kilka dni później Dominika wróciła bardzo późno. Usiadła naprzeciwko mnie przy stole, bez kurtki, bez telefonu w ręku.

– Jak skończymy remont, nie będzie już wymówek – powiedziała spokojnie.

– Jakich wymówek? – zapytałem, choć wiedziałem.

– Żeby nie rozmawiać o nas.

Patrzyłem na nią i po raz pierwszy dotarło do mnie, że końcówka remontu nie jest początkiem, tylko końcem czegoś znacznie większego. Zrozumiałem też, że wszystkie te poprawki, terminy i kontrole były sposobem, by nie zobaczyć, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy. Mieszkanie było prawie gotowe. My – wręcz przeciwnie.

Po drodze zgubiłem sens

Odbiór mieszkania wypadł w zwykły wtorek. Rafał chodził po pokojach z protokołem, coś tłumaczył, coś zaznaczał, a ja podpisywałem kolejne rubryki. Nowe ściany pachniały jeszcze świeżością, światło odbijało się od gładkich powierzchni. Wszystko było dokładnie takie, jakie zaplanowaliśmy. Albo raczej – jakie ja zaplanowałem.

Dominika stała przy oknie w salonie. Nie dotykała niczego, nie zadawała pytań. Gdy Rafał wyszedł, zamykając za sobą drzwi, zapadła cisza inna niż wszystkie wcześniejsze. Nie techniczna. Ostateczna.

– I co? – zapytała spokojnie. – Udało się?

Rozejrzałem się dookoła.

– Tak. Jest dokładnie tak, jak miało być.

Uśmiechnęła się krótko, bez radości.

– Właśnie. Zawsze chodziło o to, żeby było „jak miało być”.

Usiedliśmy na podłodze, jeszcze bez mebli. Słowa padały wolno, jakby każde ważyło więcej niż wcześniejsze rozmowy przez ostatnie miesiące. Powiedziała, że czuła się niewidzialna, że remont był ważniejszy niż ona. Ja powiedziałem, że bałem się chaosu i że myślałem, iż jeśli wszystko poukładam, to nas też da się naprawić.

– Tylko że my nie byliśmy projektem – odpowiedziała cicho. – A ja nie chcę już być zadaniem do odhaczenia.

Zrozumiałem to w jednej chwili. Ten kredyt, te ściany, te wszystkie decyzje były próbą uratowania czegoś, co skończyło się dużo wcześniej. Remont był wygodny. Uczucia – nie.

Wyprowadziła się niedługo później. Zabrała swoje rzeczy, życzyła mi powodzenia. Wziąłem na siebie spłatę kredytu. Zostałem sam w mieszkaniu, które miało nas scalić. Chodziłem po pokojach, otwierałem szafki. Wszystko działało. Wszystko było nowe. Tylko sens gdzieś się zgubił po drodze.

Zrozumiałem wtedy, że łatwiej było wymienić instalację niż powiedzieć prawdę. I że nie wszystko da się wyremontować. Niektóre relacje kończą się dokładnie wtedy, gdy przestają być wygodnym projektem.

Michał, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama