„Wzięłam chwilówkę na ferie, żeby zaznać odrobiny luksusu. Opłaciło się, bo poderwałam bogatego kochasia”
„10 lat później przepaść między nami była wielkości Kanionu Kolorado. Weronika wyszła za dewelopera, Kaśka odziedziczyła firmę, a Magda miała nosa do inwestycji. A ja byłam solidną pracownicą korporacji, która od pierwszego do pierwszego zastanawiała się, czy może sobie pozwolić na droższy ser”.

- Redakcja
To miał być zwykły wtorek, kolejny dzień spędzony na scrollowaniu telefonu i zazdroszczeniu innym idealnego życia, na które mnie nie stać. Kiedy zobaczyłam, że moja „najlepsza przyjaciółka” rezerwuje lot na Malediwy, coś we mnie pękło. Czułam, jak żółć zalewa mi gardło. Nie chciałam być znowu tą biedniejszą, tą gorszą, tą, która lajkuje zdjęcia z kanapy w wynajmowanej kawalerce. Podjęłam decyzję w ułamku sekundy. Decyzję, która była finansowym samozniszczeniem, ale też biletem do świata, o jakim marzyłam. Nie wiedziałam jeszcze, że ten szalony krok, okupiony lichwiarskim procentem, postawi na mojej drodze kogoś, kto zmieni zasady gry.
Nie mogłam tego znieść
Wszystko zaczęło się od niewinnego powiadomienia na grupie. Nasza paczka ze studiów: ja, Weronika, Kaśka i Magda. Kiedyś byłyśmy równe – te same tanie wina w akademiku, te same zupki chińskie i te same marzenia o wielkiej karierze. Ale dziesięć lat później przepaść między nami była wielkości Kanionu Kolorado. Weronika wyszła za dewelopera, Kaśka odziedziczyła firmę po ojcu, a Magda... cóż, Magda po prostu miała szczęście do inwestycji. A ja? Ja byłam po prostu solidną pracownicą korporacji, która od pierwszego do pierwszego zastanawiała się, czy może sobie pozwolić na lepszy ser.
Tego dnia Weronika wysłała zdjęcie biletów lotniczych. „Dziewczyny! Zima na Malediwach! Nie mogę się doczekać słoneczka, kiedy wy będziecie marznąć w tej polskiej szarudze!” – napisała, dodając mnóstwo emotikonów palm i drinków. Poczułam ukłucie w żołądku. To nie była zwykła zazdrość. To była wściekłość. Wiedziałam, że za chwilę zaczną się pytania: „A ty, Marlena? Znowu narty w Wiśle?”. Nie mam nic do Wisły, ale ton, w jakim one to mówiły, sprawiał, że czułam się jak obywatel drugiej kategorii. Chciałam im utrzeć nosa. Chciałam, żeby chociaż raz to one patrzyły w ekrany telefonów z zazdrością, a nie z litością.
Weszłam na stronę banku. Moja zdolność kredytowa była, delikatnie mówiąc, napięta. Ale reklamy szybkich pożyczek gotówkowych migały na ekranie, kusząc obietnicą „spełniania marzeń tu i teraz”. Palce mi drżały, gdy wpisywałam kwotę. Piętnaście tysięcy złotych. Dla Weroniki to drobne na waciki. Dla mnie – równowartość kilku miesięcy życia. Kliknęłam „Akceptuj”. Kiedy pieniądze pojawiły się na koncie, poczułam dziwną mieszankę euforii i przerażenia. Klamka zapadła. St. Moritz, nadchodzę.
Moje życie było jak z reklamy
Organizacja tego wyjazdu była mistrzostwem świata w logistyce pozorów. Wybrałam St. Moritz w Szwajcarii – miejsce, gdzie powietrze pachnie pieniędzmi, a futra są droższe niż moje mieszkanie. Oczywiście, nie stać mnie było na hotel w centrum kurortu. Znalazłam malutki pensjonat w wiosce oddalonej o piętnaście kilometrów, do której dojeżdżał autobus. Ale lokalizacja miała wskazywać jednoznacznie: „St. Moritz – Top of the World”.
Musiałam też wyglądać. Nie mogłam pojechać tam w mojej starej kurtce z sieciówki. Przez tydzień polowałam na używane markowe ciuchy narciarskie. Udało mi się dorwać kombinezon z logo znanego projektanta, który miał małą dziurkę na rękawie – do zakrycia rękawicą. Kupiłam też gogle, które wyglądały na kosmicznie drogie, choć w rzeczywistości były podróbką z chińskiego portalu aukcyjnego. Pakując walizkę, czułam się jak aktorka przygotowująca się do roli życia.
Wiedziałam, że to szaleństwo. Wiedziałam, że będę spłacać te ferie przez kolejne dwa lata. Ale wizja miny Weroniki, gdy zobaczy moje relacje, była silniejsza niż zdrowy rozsądek. Lot do Zurychu, potem pociąg. Widoki zapierały dech w piersiach, ale ja bardziej skupiałam się na tym, żeby nie wydać fortuny na jedzenie w pociągu. Miałam w walizce zapas batonów proteinowych i kabanosów, które miały stanowić moją główną dietę, bym mogła pozwolić sobie na jedną drogą kawę dziennie w modnej restauracji na stoku – oczywiście tylko do zdjęcia.
Serce podeszło mi do gardła
St. Moritz przywitało mnie słońcem i mrozem, który szczypał w policzki. Wszystko tam było inne. Ludzie poruszali się z nonszalancją, której nie da się nauczyć. Oni nie patrzyli na ceny w menu. Oni po prostu zamawiali. Pierwszego dnia wjechałam na stok. Śnieg był idealny, jak cukier puder. Zrobiłam sobie sesję zdjęciową na tle Alp. Wybrałam najlepsze ujęcie, nałożyłam filtr podkreślający błękit nieba i biel śniegu, i dodałam podpis: „Zasłużony odpoczynek. Czasami trzeba po prostu uciec od wszystkiego. #stmoritz #luxurylife #winterwonderland”. Reakcje były natychmiastowe. Serduszka, komentarze. „Wow, Marlena! Nie wiedziałam, że tam lecisz!” – napisała Kaśka. „Pięknie! Ale ci zazdroszczę!” – dodała Magda. Weronika milczała. Wiedziałam, że ją to gryzie. Poczułam satysfakcję, która smakowała lepiej niż szampan.
Ale rzeczywistość szybko sprowadziła mnie na ziemię. Kiedy weszłam do słynnej restauracji na stoku, żeby zamówić tę jedną, reprezentacyjną kawę, zobaczyłam ceny. Dwadzieścia franków za latte? Serce podeszło mi do gardła. Kupiłam ją, ręce mi się trzęsły, gdy zbliżałam kartę do terminala. Transakcja przeszła. Usiadłam na tarasie, sącząc ten płynny luksus małymi łyczkami, udając, że to dla mnie chleb powszedni. I wtedy zdarzył się wypadek. A właściwie – przeznaczenie.
Był zdecydowanie zbyt przystojny
Wstając od stolika, zahaczyłam nogą o leżący obok kask. Straciłam równowagę i z całym impetem wpadłam na mężczyznę przechodzącego obok z tacą pełną napojów. To była katastrofa w zwolnionym tempie. Widziałam, jak grzane wino wylatuje w powietrze i ląduje na jego nieskazitelnie białej kurtce narciarskiej.
– O mój Boże! – krzyknęłam, czując, jak gorąco uderza mi do głowy. – Tak strasznie przepraszam! Jestem taka niezdarna!
Mężczyzna spojrzał na swoją kurtkę, potem na mnie. Spodziewałam się awantury. Spodziewałam się, że każe mi płacić za pralnię albo za nową kurtkę, która pewnie kosztowała więcej niż mój kredyt. Zamiast tego... zaczął się śmiać. Miał głęboki, ciepły śmiech, który sprawiał, że wokół robiło się jakby cieplej. Zdjął gogle. Miał błękitne oczy i kilkudniowy zarost. Wyglądał jak model z reklamy zegarków.
– Spokojnie – powiedział po polsku, co całkowicie mnie zamurowało. – I tak była za biała. Wyglądałem w niej jak bałwan. Teraz ma przynajmniej trochę charakteru.
– Jesteś Polakiem? – wydukałam, wciąż w szoku.
– Aleksander – wyciągnął do mnie rękę, zupełnie nie przejmując się plamą z wina. – A ty jesteś chyba niebezpieczna dla otoczenia, co?
Tak poznałam Aleksandra. Okazało się, że przyjechał tu sam, bo jego znajomi w ostatniej chwili zrezygnowali. Zaproponował, że w ramach rekompensaty za oblanie go winem, ja pozwolę się zaprosić na obiad. „Obiad w St. Moritz? Z nim?” – pomyślałam panicznie. – „Przecież jeśli przyjdzie do płacenia rachunku, to zbankrutuję na miejscu”. Ale nie mogłam odmówić. Był zbyt przystojny, zbyt czarujący, a w jego oczach było coś, co sprawiało, że nogi mi miękły.
Czułam się jak kopciuszek
Przez kolejne trzy dni żyliśmy w bańce. Aleksander był idealny. Inteligentny, zabawny, szarmancki. I bogaty. Nie chwalił się tym, nie machał portfelem, ale to było widać. W sposobie, w jaki kelnerzy go traktowali, w jakości jego sprzętu, w tym, że nie sprawdzał cen wina, które zamawiał do kolacji. A ja? Ja grałam rolę życia. Opowiadałam mu o mojej pracy w korporacji, ale koloryzowałam rzeczywistość, sugerując, że zajmuję znacznie wyższe stanowisko. Mówiłam o podróżach, wymyślając historie na podstawie filmów dokumentalnych. Starałam się ubierać słowa w taki sposób, by pasowały do tej luksusowej scenerii. Każde spotkanie z nim było jak stąpanie po cienkim lodzie. Bałam się, że zaproponuje coś, na co mnie kompletnie nie stać – lot helikopterem, zakupy w butikach. Na szczęście Aleksander wolał spędzać czas na rozmowach, spacerach i jeździe na nartach.
Mimo to, stres mnie zżerał. Kiedy zaprosił mnie do swojego hotelu – tego słynnego Badrutt's Palace, gdzie noc kosztuje fortunę – na drinka w barze, czułam się jak kopciuszek, któremu zaraz wybije północ. Wnętrza ociekały złotem i marmurem. Siedzieliśmy przy kominku, on opowiadał o swojej firmie technologicznej działającej w Szwajcarii i Polsce, a ja patrzyłam na niego i myślałam: „Marlena, co ty robisz? Przecież jak on się dowie, że ten wyjazd jest na kredyt, a ty jesz kabanosy w pokoju za miastem, to ucieknie z krzykiem”. Ale wtedy on złapał mnie za rękę.
– Wiesz, Marlena... rzadko spotykam tu kogoś tak naturalnego jak ty – powiedział, patrząc mi głęboko w oczy.
– Większość kobiet tutaj to... cóż, liczy się dla nich tylko to, co mam na koncie. A z tobą czuję się, jakbym znał cię od lat.
Poczułam ukłucie w sercu. „Naturalnego”? Gdyby tylko wiedział, jak bardzo sztuczna była ta cała konstrukcja, którą zbudowałam.
Byłam kompletnie spłukana
Czwartego dnia stało się to, czego obawiałam się najbardziej. Wybraliśmy się na kolację do ekskluzywnej restauracji. Aleksander nalegał, że on płaci, jak zawsze, ale ja, chcąc zachować pozory niezależnej kobiety sukcesu, uparłam się, że zapłacę za drinki po kolacji.
– Nie ma mowy, jestem dżentelmenem – protestował.
– Aleks, proszę. Czuję się nieswojo, jak za wszystko płacisz. Pozwól mi chociaż na to – nalegałam. Chciałam pokazać klasę.
Kelner przyniósł terminal. Z uśmiechem przyłożyłam kartę. „Odrzucono”. Serce stanęło mi w gardle. Spróbowałam jeszcze raz. „Brak środków”. Zimny pot spłynął mi po plecach. Zapomniałam, że rano bank pobrał automatycznie ratę za telefon i ubezpieczenie mieszkania. Mój limit debetowy został przekroczony. Byłam kompletnie spłukana.
– Coś nie tak z terminalem? – zapytał Aleksander, widząc moją bladą twarz. – Chyba... chyba mam jakiś problem z limitem dziennym – skłamałam, czując, jak pieką mnie policzki. To było upokorzenie, którego nie da się opisać. Czułam wzrok kelnera, czułam wzrok ludzi przy stolikach obok. Moja bańka prysła.
Aleksander bez słowa wyciągnął swoją kartę i przyłożył do czytnika. – To się zdarza – powiedział spokojnie, uśmiechając się do mnie ciepło. – Nie przejmuj się.
Kiedy wyszliśmy na mroźne powietrze, nie wytrzymałam. Pękłam. Stres ostatnich dni, presja udawania, wstyd – wszystko to wypłynęło ze mnie w postaci łez.
– Marlena, co się dzieje? To tylko głupie drinki – Aleksander objął mnie ramieniem.
– To nie chodzi o drinki! – wyłkałam. – Chodzi o wszystko! Nie jestem tym, za kogo mnie bierzesz. Nie śpię w hotelu w centrum, tylko w tanim pensjonacie na prowincji. Ten kombinezon jest z drugiej ręki, a na ten wyjazd wzięłam kredyt, bo chciałam, żeby moje koleżanki zzieleniały z zazdrości! Nie jestem żadną kobietą sukcesu, jestem zdesperowaną dziewczyną, która chciała przez chwilę poczuć się lepsza!
Zapadła cisza. Bałam się podnieść wzrok. Byłam pewna, że zaraz usłyszę słowa pogardy, albo że po prostu się odwróci i odejdzie. To był koniec. Zrobiłam z siebie idiotkę przed facetem moich marzeń.
Nieoczekiwany finał
– Wzięłaś kredyt, żeby wkurzyć koleżanki? – zapytał powoli.
Kiwnęłam głową, wlepiając wzrok w swoje buty. Usłyszałam ten sam śmiech, co pierwszego dnia na stoku.
– To jest... absolutnie najbardziej szalona i urocza rzecz, jaką słyszałem – powiedział, unosząc moją brodę tak, żebym musiała na niego spojrzeć.
Nie było w jego oczach kpiny. Było rozbawienie i... czułość?
– Nie rozumiesz, to żałosne... – zaczęłam.
– To ludzkie – przerwał mi.
– Słuchaj, Marlena. Mam pieniądze. Dużo pieniędzy. I wiesz co? Większość ludzi, których tu spotykam, udaje kogoś innego. Udają, że są lepsi, mądrzejsi, ważniejsi. Ty zrobiłaś coś głupiego z próżności, okej, ale miałaś odwagę się do tego przyznać w momencie kryzysu. I wiesz co jeszcze? Przez te trzy dni nie próbowałaś mnie naciągnąć na drogą biżuterię. Martwiłaś się, że za dużo wydaję.
– Bo było mi głupio...
– Właśnie. Jesteś prawdziwa, nawet w tym swoim kłamstwie byłaś bardziej prawdziwa niż te wszystkie „top modelki” polujące na sponsora.
Przytulił mnie mocno.
– A co do koleżanek... Jeśli musisz brać kredyt, żeby im zaimponować, to może czas zmienić koleżanki, a nie stan konta?
Resztę wyjazdu spędziliśmy już bez udawania. Przeniosłam się do jego hotelu (na jego wyraźne żądanie, bez żadnych podtekstów, po prostu nie chciał, żebym tłukła się autobusem). Kiedy wróciłam do Polski, czekała mnie szara rzeczywistość i raty kredytu. Ale nie wróciłam sama. Aleksander przyleciał dwa tygodnie później. Dziś jesteśmy razem od pół roku. Pomógł mi uporządkować finanse – nie, nie spłacił za mnie kredytu (sama nie chciałam), ale nauczył mnie inwestować i zarządzać budżetem, a także pomógł mi znaleźć lepiej płatną pracę w jego branży, gdzie liczyły się moje kompetencje, a nie pozory.
A co z koleżankami? Weronika prawie udławiła się własną jadowitością, kiedy zobaczyła mnie na bankiecie u boku Aleksandra, o którym czytała w pismach biznesowych. Podeszła do nas, słodka jak miód:
– Marlena! Kochana! Musimy się koniecznie spotkać na kawę!
Spojrzałam na nią, potem na Aleksandra, który mrugnął do mnie porozumiewawczo.
– Chętnie, Weronika – odpowiedziałam z uśmiechem. – Ale wiesz, ostatnio wolę kawę z termosu na spacerze w lesie. Te w drogich knajpach jakoś przestały mi smakować.
Wzięcie kredytu na zimowy urlop to była największa głupota mojego życia. Ale paradoksalnie, to była też najlepsza inwestycja. Nie dlatego, że złowiłam bogatego faceta, ale dlatego, że dzięki niemu zrozumiałam, że moja wartość nie zależy od tego, co myślą o mnie inni. Choć nie ukrywam – miło jest czasem pojechać do Szwajcarii i nie martwić się o to, czy karta przejdzie.
Marlena, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Walentynki to dla innych radosny czas, a dla mnie najgorszy dzień w roku. Zapalam wtedy znicz na grobie mojej miłości”
- „Bal karnawałowy z moim mężem zamienił się w koszmar. Gdy pojęłam, ile ma brudu za uszami, czułam, że muszę się zemścić”
- „Na walentynki dostałam najgorszy prezent w życiu. Najdroższa mojemu sercu osoba, potraktowała mnie jak śmiecia”