Reklama

Mam na imię Oliwia. Mam 39 lat, męża Marka i dwójkę dzieci – Zosię i Michała. Pracuję w biurze rachunkowym, od lat w tej samej firmie, w której życie płynie według schematu: faktury, przelewy, PIT-y, kawa, znowu faktury. Marek jest kierowcą ciężarówki – wraca do domu raz w tygodniu, czasem rzadziej, zależy, jak mu trasa wypadnie. Nasze życie to głównie rozmowy przez telefon, karteczki zostawione na lodówce i pośpieszne kolacje, kiedy akurat uda nam się być razem w domu.

Dzieci chodzą do szkoły, są już na tyle duże, że coraz częściej widzę zamknięte drzwi do ich pokoju i „zaraz, mamo”. Michał ma 13 lat, Zosia 11. I choć nigdy nie brakowało im tego, co najważniejsze, to zawsze miałam takie poczucie, że ich dzieciństwo... jest jakieś skromniejsze. Takie bez tych wszystkich atrakcji, które widzę u znajomych – bez półkolonii i obozów, bez wakacji all inclusive, bez zimowych ferii w hotelach z basenem i śniadaniami w formie bufetu. Zawsze coś było ważniejsze: rata kredytu, naprawa samochodu, kolejna podwyżka czynszu.

Ale w tym roku... coś we mnie pękło. Zobaczyłam, jak Zosia przegląda zdjęcia koleżanki z klasy, tej, co to tata pracuje „za granicą w Niemczech” i „co chwilę gdzieś jeżdżą”. I wtedy pomyślałam – nie, moje dzieci też zasługują na coś więcej. Choć raz chcę im dać coś, czego sama nigdy nie miałam. Chcę, żeby miały wspomnienia.

– Serio myślisz o feriach w Tatrach? – zapytała mnie Sylwia z biura, gdy przerwałam jej opowieść o nowym kliencie i pokazałam zdjęcia hotelu, który wypatrzyłam na stronie z ofertami last minute.

Marzę o tym od lat – odpowiedziałam. – Wiesz, hotel, bufet śniadaniowy, nauka jazdy na nartach… Zosia byłaby zachwycona. Michał też. Marek nie do końca przekonany, wiadomo… pieniądze.

– No tak – mruknęła. – Ale ty zawsze taka… zorganizowana. Kredyt, budżet, zaplanowane wszystko. Naprawdę chcesz to robić?

Spojrzałam na nią i kiwnęłam głową. Tak, chcę. Bo czasem marzenia nie powinny czekać wiecznie.

Chciałam im coś dać

Wieczorem, gdy dzieci były już w swoich pokojach, a Marek usiadł w kuchni z kubkiem herbaty, wyjęłam laptopa i od razu przeszłam do rzeczy.

– Zobacz – powiedziałam, odwracając ekran w jego stronę. – Tydzień w Tatrach, hotel z wyżywieniem, stok tuż obok, dzieci mają lekcje jazdy na nartach, nawet sauna jest. Last minute, prawie tysiąc taniej. Ale trzeba się zdecydować dziś.

Marek spojrzał na mnie z niechęcią, jakby właśnie miał mi powiedzieć, że zwariowałam.

– Oliwia, serio? – mruknął. – My nie mamy na to pieniędzy. Wiesz, że jesteśmy na styk. W styczniu przyszły dwie wyższe faktury za gaz i prąd. Auto ledwo przeszło przegląd, jeszcze ten kredyt na pralkę…

– Dzieci nigdy nie były na feriach. Nigdy. Całe życie tylko szkoła i dom, ewentualnie sanki na górce między blokami. My też nigdzie nie jeździliśmy, pamiętasz? Zawsze się mówiło „może za rok”. I ten rok nigdy nie nadchodził.

Nie odpowiedział, patrzył w stół. Wiedziałam, że rozważa, kalkuluje, analizuje. Przez chwilę milczeliśmy. W kuchni panowała cisza, tylko gdzieś zza ściany dobiegały dźwięki gry komputerowej Michała.

– Marek, nie chodzi o luksusy. Chcę im coś dać. Coś, czego nie zdążymy im dać później. Nie wiem, ile jeszcze będziemy mieli okazji. One dorastają, zaraz zaczną wstydzić się jechać gdziekolwiek z nami. A teraz jeszcze chcą.

Westchnął głęboko, przetarł ręką czoło.

– I co? Skąd to niby weźmiemy?

Weźmiemy na raty. Spłacimy, dam radę. Przemyślałam to.

Pokręcił głową z niedowierzaniem, ale wiedziałam, że właśnie się łamie. Jeszcze jedno zdanie, jeszcze jeden argument i decyzja zapadnie.

– Marek, ja też nie miałam dzieciństwa z wyjazdami. Zawsze było „nie teraz”. I do dziś pamiętam to uczucie. Nie chcę, żeby Zosia i Michał mieli tak samo.

W końcu odsunął krzesło i podszedł do okna. Patrzył w ciemność, długo nic nie mówił, a potem odwrócił się do mnie.

– Dobra, raz się żyje. Weźmiemy na raty.

Poczułam ulgę. Przez chwilę chciałam się ucieszyć, może nawet rzucić mu się na szyję, ale nie zrobiłam nic. Usiadłam z powrotem do laptopa i zaczęłam robić rezerwację. Dzieci słyszały fragmenty naszej rozmowy, bo Zosia wychyliła się zza drzwi z szeroko otwartymi oczami.

– Mamo, jedziemy na ferie?

– Jeszcze nie teraz. Idź spać.

Zamknęła drzwi z uśmiechem. Wróciłam do formularza. Palce lekko mi drżały, gdy wpisywałam dane karty. Czułam się, jakbym właśnie coś wygrała. Ale gdzieś pod tą radością tliło się nieprzyjemne pytanie. Czy naprawdę było warto?

Było nam jak w bajce

Już w samochodzie czułam, że to był dobry pomysł. Michał od rana nie przestawał gadać, Zosia śpiewała coś pod nosem, a Marek – choć milczał – nie miał tej spiętej twarzy, którą widziałam przez ostatnie tygodnie. Droga minęła szybko, dzieci zasypiały i budziły się co chwilę, pytając, czy to już, czy widać śnieg. Kiedy w końcu dojechaliśmy pod hotel, Zosia wyciągnęła telefon i zaczęła robić zdjęcia wszystkiemu: recepcji, holowi, nawet szklankom w restauracji.

Pokój był ciepły, pachniał cynamonem i świeżo wypranym obrusami. W oknach wisiały grube zasłony w śnieżynki, na łóżkach czekały czekoladki. Dzieci rzuciły się od razu na kanapę, a ja... poczułam coś, czego nie czułam od lat. Spokój. Chciałam, żeby ten tydzień trwał wieczność.

Rano zeszliśmy na śniadanie. Michał patrzył na bufet, jakby właśnie wszedł do raju. Dziesięć rodzajów płatków, gofry, jajka na miękko, owoce, których nazw nawet nie znałam. Zosia upatrzyła sobie jogurt z malinami, którego potem przez cały wyjazd nie chciała zamienić na nic innego. Marek wypił kawę, uśmiechnął się do mnie i nawet powiedział:

– No... nie jest źle.

Pierwsza lekcja jazdy na nartach była dla dzieci szokiem. Michał przewracał się co trzy metry, Zosia płakała po dwóch minutach. Ale instruktor był cierpliwy, poklepywał ich po ramieniu, podnosił i mówił: „Jeszcze raz”. Trzeciego dnia śmigali po stoku jakby jeździli od zawsze. Stałam z boku i patrzyłam, jak się śmieją, krzyczą do siebie, machają do nas z wyciągu.

Marek nie poszedł z nimi. Zostawał przy hotelu albo siadał z książką w lobby. Wieczorami siedział na balkonie, w kurtce, z herbatą. Nie pytałam, o czym myśli. Raz tylko powiedział:

– Mogliśmy trochę mniej wydawać na miejscu. Te zjeżdżalnie w aquaparku to nie był mus.

Nie psuj mi tego – odparłam i odwróciłam wzrok.

Miał rację. Wiedziałam o tym, ale nie chciałam słuchać. Nie teraz, nie w środku tego jedynego tygodnia, kiedy wszystko było jak z obrazka. Dzieci szczęśliwe, my razem, bez telefonów z pracy, bez pośpiechu. Zrobiłam setki zdjęć. Wrzucałam je na media społecznościowe z opisami w stylu „nasz mały raj”. Lajki posypały się natychmiast. Koleżanka z pracy napisała, że zazdrości. Inna zapytała, gdzie dokładnie jesteśmy.

Patrzyłam na te komentarze z mieszanym uczuciem. Z jednej strony cieszyłam się, że wyglądamy jak szczęśliwa rodzina. Z drugiej... przecież to tylko tydzień. Tydzień, którego konsekwencje dopiero miały nadejść.

Nie mówiłam nic Markowi, ale wieczorami, kiedy on siadał na balkonie, ja leżałam w łóżku i w głowie układałam budżet. Kiedy zrobimy większe zakupy, ile mamy na marzec, gdzie możemy zaoszczędzić. W pewnym momencie przestałam. Odłożyłam telefon, zgasiłam lampkę i patrzyłam w sufit. Chciałam wierzyć, że to był prezent. Że warto było. Że ten tydzień naprawdę coś zmieni.

Wróciliśmy do szarej rzeczywistości

W drodze powrotnej nikt się nie odzywał. Dzieci spały na tylnym siedzeniu, Zosia oparta na ramieniu Michała, oboje w tych samych czapkach, które dostali w hotelu jako „prezent powitalny”. Marek prowadził w milczeniu, ręce miał mocno zaciśnięte na kierownicy. Próbowałam coś powiedzieć, zapytać, czy się nie zmęczył, ale tylko skinął głową. Wyczuwałam napięcie. Wiedziałam, że to wraca. Wszystko, co zostawiliśmy na tydzień, czekało tuż za rogiem.

Gdy weszliśmy do mieszkania, poczułam, że w powietrzu unosi się chłód. Nie tylko fizyczny, ten od zakręconych kaloryferów. Chłód, który przypomniał, że teraz znów będzie zwyczajnie. Zosia rzuciła plecak w kąt, Michał poszedł do siebie bez słowa. Marek zszedł do piwnicy po coś do prania. Ja zdjęłam kurtkę, odwiesiłam ją na wieszak i spojrzałam na stół.

Leżała na nim biała koperta z banku, którą wyjęłam ze skrzynki na listy. Otworzyłam ją i przez chwilę patrzyłam bez zrozumienia. Pierwsza rata. Data, kwota, odsetki. Przeczytałam wszystko, dwa razy. Poczułam, jak moje ręce zaczynają się trząść.

– Co to jest? – zapytał Marek, który właśnie wrócił. Wziął ode mnie kartkę, przeleciał wzrokiem i rzucił ją na stół. – A nie mówiłem.

Nie odpowiedziałam. Usiedliśmy naprzeciwko siebie, jak obcy ludzie.

– Spłacimy to jakoś – wyszeptałam.

Nie odpowiedział. Wyszedł z kuchni i zamknął za sobą drzwi do sypialni. Zostałam sama. Siedziałam bez ruchu, z rękoma na kolanach, słuchając śmiechu dzieci z drugiego pokoju. Ich świat był jeszcze nienaruszony. Jeszcze.

Marzec był trudny. Po opłaceniu raty i rachunków nie starczyło na czynsz. Zadzwoniłam do administracji, poprosiłam o przesunięcie terminu. Kobieta po drugiej stronie powiedziała, że to ostatni raz. W kwietniu musieliśmy zrezygnować z korepetycji Michała z matematyki. Próbowałam rozmawiać z nauczycielką, tłumaczyć, że „chwilowo nie dajemy rady”, ale nie było z czego się tłumaczyć. Po prostu nie mieliśmy pieniędzy.

Nie było mnie stać na nowe rzeczy dla dzieci. Nie byłam w stanie kupić im nowych kurtek i butów, mimo że wyrosły ze starych. Było mi wstyd.

Marek przestał ze mną rozmawiać. Robił swoje, jeździł w trasy, wracał, wychodził. Wciąż był, ale jakby coraz dalej. Zaczął wypominać mi ferie. Najpierw pojedyncze uwagi, potem coraz ostrzejsze słowa. Kiedy zapytałam, czy kupić dzieciom buty na wiosnę, rzucił:

Może zrobisz zrzutkę w internecie. Jak wtedy, jak wrzucałaś te swoje zdjęcia z hotelu. Może ktoś się zrzuci.

Nie odpowiedziałam, przełknęłam to. Dzieci nic nie rozumiały. Póki co, ale wiedziałam, że to tylko kwestia czasu.

Wszystko się posypało

Zosia zaczęła zadawać pytania. Najpierw niewinne: czy w przyszłym roku też gdzieś pojedziemy na ferie, czy znów będą lekcje jazdy na nartach. Odpowiadałam wymijająco, że „zobaczymy”, że „może się uda”. Po kilku tygodniach nie pytała już o wyjazd, tylko o kino, o pizzę, o wypad na basen. Michał milczał, ale któregoś wieczoru usłyszałam, jak mówi do siostry: „Daj spokój, przecież nie mamy kasy. Mama musiała zrezygnować z moich korepetycji”.

Serce mi stanęło. Stałam wtedy w kuchni, robiłam herbatę, ręce miałam mokre od wody, a w środku wszystko we mnie zamarło. Wiedziałam, że dzieci już rozumieją. I to bolało najbardziej. W domu było coraz więcej napięcia. Marek wracał z tras nabuzowany, zaczęliśmy się kłócić o drobiazgi. O światło zostawione w łazience, o nieopłaconą fakturę za telefon. Kiedyś powiedział, patrząc mi prosto w oczy:

– Chciałaś tej bajki, no to masz. Wyszło jak zawsze, wszystko na pokaz. Dzieci szczęśliwe? Na chwilę. A teraz?

– Ty też byłeś szczęśliwy. Udawałeś, że wszystko gra. Uśmiechałeś się. Zdjęcia ze stoku ci nie przeszkadzały, dopiero teraz nagle ci przeszkadzają?

– Bo teraz muszę je spłacać. Bo teraz nie mamy z czego żyć.

Zamknęłam się w łazience, żeby dzieci nie słyszały. Ale one i tak podsłuchiwały. Zosia przybiegła do mnie godzinę później. Miała czerwone oczy.

– Mamo, Michał płacze. Mówi, że się pokłóciliście. Czy to przez ferie?

Patrzyłam na nią i nie wiedziałam, co powiedzieć. Przecież nie mogłam odpowiedzieć „tak”. Ale nie mogłam też skłamać. Więc tylko ją przytuliłam. Wieczorem Marek spał w salonie. Nie dlatego, że go wyrzuciłam. Sam tam poszedł. Powiedział, że musi pomyśleć. Że nie wie, czy to jeszcze wszystko ma sens.

Zastanawiałam się, czy nie lepiej było zostać w domu. Może pójść na sanki w parku, zrobić ognisko w lesie, termos z herbatą. Przecież to też są wspomnienia. Może moje marzenie było tylko moje. Może niepotrzebnie chciałam udowodnić sobie, że też potrafię dać dzieciom „coś więcej”.

Nie chciałam tego żałować

Pewnego wieczoru, kiedy Marek znów został w trasie na weekend, usiadłam sama z telefonem. Przeglądałam zdjęcia z wyjazdu, jedno po drugim. Michał w goglach, śmiejący się na całe gardło. Zosia w różowym kasku i z uśmiechem, który miała tylko wtedy, kiedy naprawdę czuła się beztroska. Zdjęcie naszej czwórki przy hotelowym kominku. Ja uśmiechnięta, Marek z kubkiem, dzieci wtulone w nas. Wszystko wyglądało... idealnie.

Tyle że to była tylko fasada. Pod spodem tliło się już wtedy coś, czego nie chcieliśmy widzieć. Zamknęłam galerię i poszłam do pokoju Zosi. Leżała z otwartą książką, ale nie czytała. Tylko patrzyła w sufit.

– Nie śpisz?

– Nie bardzo – odparła, nie ruszając się. – Mamo… Czy to przez ferie teraz nie mamy tych rzeczy?

Poczułam, że brakuje mi tchu. Przysiadłam na brzegu łóżka i przez chwilę milczałam. W końcu powiedziałam:

– W życiu jest tak, że za niektóre marzenia trzeba płacić. Ale niektóre naprawdę są tego warte.

Nie odpowiedziała. Tylko odwróciła się do ściany i naciągnęła kołdrę wyżej. Wyszłam po cichu. Michał spał, ale miał mokre policzki. Nie budziłam go.

Zamknęłam się w łazience, spojrzałam w lustro. Stała tam kobieta zmęczona, z cieniami pod oczami, z włosami spiętymi na szybko. Kiedyś miała plany, dziś miała raty. Kiedyś chciała tylko jednej rzeczy – dać dzieciom coś wyjątkowego. I to się udało. Uśmiechy, śmiech na stoku, duma, że potrafią jeździć, ciepłe kolacje w jadalni pachnącej piernikiem. To było prawdziwe, ale cena była wysoka. Nie tylko finansowo.

Nie wiedziałam, jak długo będziemy spłacać ten jeden tydzień. Ale mimo wszystko... nie potrafiłam żałować w pełni. Tamto szczęście było prawdziwe, chociaż krótkie. Chociaż teraz bolało.

Oliwia, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama