Reklama

Wzięłam kredyt z przekonaniem, że remont mieszkania mojego narzeczonego to inwestycja w naszą wspólną przyszłość. W ściany, w spokój, w poczucie, że w końcu będziemy „u siebie”. Na początku wszyscy kiwali głowami ze zrozumieniem, nawet moja teściowa. Dopiero później zorientowałam się, że zaufanie bywa jednostronne, a dobre intencje potrafią obrócić się przeciwko temu, kto je miał.

To „nasz” dom

Kiedy usiedliśmy przy stole, jeszcze starym i chybotliwym, Marcin rozłożył na nim kartki z kosztorysem. Pachniało kawą, a za oknem ktoś wiercił w betonie, jakby całe osiedle postanowiło zmienić swoje życie naraz.

– Jeśli zrobimy to teraz, potem będzie tylko lżej – powiedział, stukając palcem w sumę na dole strony. – Przecież oboje tu mieszkamy. To nasz dom.

Skinęłam głową. Chciałam w to wierzyć. Ściany były popękane, łazienka pamiętała inne czasy, a ja marzyłam o miejscu, do którego wraca się z ulgą. O domu, w którym nie trzeba niczego tłumaczyć.

Kilka dni później siedziałam w banku. Pani w granatowym żakiecie uśmiechała się zawodowo, przesuwając w moją stronę kolejne dokumenty.

– Rata będzie stała, proszę się nie martwić – zapewniła. – A remont podniesie wartość mieszkania.

Podpisałam. Długopisem, który nagle wydał mi się zbyt ciężki. Najtrudniejsza była rozmowa z matką Marcina. Przyszła obejrzeć plany, stanęła na środku salonu i rozejrzała się krytycznie, jakby już wtedy szukała błędów.

– Kredyt na siebie? – zapytała, unosząc brwi. – Odważnie. Ale skoro Marcin uważa, że tak trzeba…

– Uważam – wtrącił szybko. – To najlepsze rozwiązanie.

Poczułam ulgę. Na moment.

Remont ruszył z impetem. Kurz osiadał wszędzie, a my wieczorami jedliśmy kolacje na kartonach. Było męcząco, ale też jakoś… blisko. Do czasu.

Pierwsza rata zeszła z konta szybciej, niż się spodziewałam. Marcin spojrzał na powiadomienie w telefonie i westchnął.

– Teraz mam gorszy miesiąc w pracy – rzucił. – Następnym razem się rozliczymy.

„Następnym razem” zaczęło się powtarzać. A jego matka coraz częściej wpadała bez zapowiedzi.

– Te kafelki są za jasne – stwierdziła pewnego dnia. – I po co wam taki drogi kran? Trzeba było mnie zapytać.

Zacisnęłam usta. To ja płaciłam. Ja brałam dodatkowe zlecenia. A jednak czułam się, jakbym musiała się tłumaczyć z każdej decyzji. Wieczorem powiedziałam Marcinowi, że zaczyna mnie to przerastać.

– Przesadzasz – odpowiedział. – Mama chce dobrze.

Tylko że ja coraz rzadziej czułam, że ktoś chce dobrze dla mnie.

„Mieszkanie jest jego, pamiętaj”

Po remoncie mieszkanie wyglądało dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam. Jasne ściany, nowe podłogi, cisza, której wcześniej tu nie było. Tylko ja byłam coraz głośniejsza w środku. Każdego miesiąca, gdy z konta znikała rata, czułam ukłucie niepokoju, a potem złość, której nie potrafiłam już udawać, że nie ma.

– Przelałam bankowi – powiedziałam któregoś wieczoru, odkładając telefon. – To już czwarty raz z rzędu, kiedy płacę sama.

Marcin nawet na mnie nie spojrzał. Przerzucał kanały, jakby szukał programu, w którym nie trzeba rozmawiać.

Wiesz, że oddam – mruknął. – Teraz naprawdę nie mam z czego.

– A ja mam? – zapytałam ostrzej, niż planowałam. – Przecież to miało być wspólne.

Wzruszył ramionami. Ten gest bolał bardziej niż słowa.

Kilka dni później zadzwoniła jego matka. Poprosiła, żebym wpadła na herbatę. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie, a ona od razu przeszła do rzeczy.

– Marcin mówił, że narzekasz na kredyt – zaczęła spokojnie. – Ale przecież to była twoja decyzja. Nikt cię nie zmuszał.

Zaniemówiłam.

– Ustalaliśmy to razem – odpowiedziałam cicho. – Dla nas.

– Dla ciebie – poprawiła mnie. – Mieszkanie jest jego, pamiętaj. Ty tylko tu mieszkasz.

Te słowa zostały ze mną na długo. Wracałam do nich, stojąc w kolejce w banku, licząc każdy wydatek, rezygnując z rzeczy, które wcześniej były normalne. Marcin tymczasem coraz częściej znikał wieczorami, a gdy pytałam, czy może dorzucić się do raty, reagował irytacją.

– Znowu to samo – mówił. – Ciągle tylko pieniądze.

Jakby to one były problemem, a nie brak odpowiedzialności.

Pewnego dnia usiadłam sama w nowym salonie i zrozumiałam coś, czego wcześniej nie chciałam przyjąć. Ten remont połączył ściany, ale nas podzielił. A ja zostałam z długiem, który miał być symbolem wspólnego życia, a stał się dowodem, że jestem w tym wszystkim sama.

Te słowa przelały czarę

Przełom przyszedł w najmniej podniosłym momencie. Stałam w łazience, tej nowej, jeszcze pachnącej świeżością, i patrzyłam na pęknięcie przy lustrze. Drobne, prawie niewidoczne. Pomyślałam wtedy, że dokładnie tak wyglądało nasze życie – na zewnątrz wszystko równe i estetyczne, a pod spodem napięcie, które w końcu musiało znaleźć ujście.

Wieczorem usiadłam z Marcinem przy stole. Tym nowym, solidnym, kupionym „na lata”.

Musimy ustalić konkret – zaczęłam spokojnie. – Albo dzielimy raty po równo, albo spisujemy to jako mój wkład i rozliczamy się inaczej. Nie dam rady dłużej sama.

Spojrzał na mnie z irytacją.

– Ty zawsze wszystko komplikujesz – rzucił. – Moja mama ma rację, robisz z tego dramat.

Te słowa przelały czarę. Nie podniosłam głosu, choć serce waliło mi jak oszalałe.

– W takim razie posłuchaj – odpowiedziałam. – To ja co miesiąc martwię się, czy starczy. To ja odbieram telefony z banku. I to ja słyszę, że „przesadzam”.

Zapadła cisza. Taka, która nie uspokaja, tylko jeszcze bardziej uwiera. Kilka dni później jego matka przyszła bez zapowiedzi. Obejrzała salon i pokręciła głową.

Widzę, że żyjesz ponad stan – skomentowała. – Marcin by sobie poradził skromniej.

– To ja spłacam kredyt – odpowiedziałam, patrząc jej prosto w oczy. – I to ja decyduję, na co mnie stać.

Zamilkła, wyraźnie zaskoczona. Marcin stał obok, nie powiedział ani słowa. Wtedy zrozumiałam, że jego milczenie jest wyborem. Nie moim.

Tego wieczoru spakowałam kilka rzeczy i pojechałam do siostry. Pierwszy raz od miesięcy przespałam noc bez liczenia w głowie rat i terminów. Rano, przy herbacie, poczułam ulgę zmieszaną ze strachem. Bo wiedziałam już, że nic nie wróci do dawnego porządku.

Rozmowa kręciła się w kółko

U siostry czas płynął inaczej. Bez napięcia, bez ciągłego czekania, aż ktoś coś powie albo czegoś zażąda. Rano piłyśmy kawę przy oknie, a ja łapałam się na tym, że po raz pierwszy od dawna nie ściskałam telefonu w dłoni, sprawdzając stan konta.

Marcin odezwał się po trzech dniach.

– Możemy porozmawiać? – zapytał, jakby chodziło o drobną sprzeczkę, a nie o miesiące narastającej frustracji.

Spotkaliśmy się w mieszkaniu. Naszym, choć to słowo brzmiało już obco. Usiadł na kanapie i rozejrzał się wokół, jakby dopiero teraz widział efekty remontu.

– Przesadziłaś z tą wyprowadzką – zaczął. – Mama była bardzo zdenerwowana.

– A ja? – przerwałam mu. – Kto się przejmował mną?

Zmieszał się.

– Nie wiedziałem, że aż tak to przeżywasz.

– Mówiłam ci – odpowiedziałam spokojnie. – Wiele razy.

Rozmowa kręciła się w kółko. On tłumaczył się sytuacją, ja wracałam do konkretów. W końcu wyjęłam kartkę z rozpisanymi ratami i przelewami.

– Spłaciłam już ponad połowę sama – powiedziałam. – I chcę to uporządkować. Albo podpisujemy umowę i oddajesz mi swoją część, albo sprzedajemy mieszkanie i zamykamy temat.

Patrzył na mnie długo, jakby pierwszy raz zobaczył, że nie żartuję.

– To brzmi jak ultimatum – stwierdził.

– To brzmi jak granica – poprawiłam go.

Wieczorem zadzwoniła jego matka. Tym razem nie zapraszała na herbatę.

– Niszczyć rodzinę przez pieniądze to wstyd – powiedziała chłodno.

– Rodzinę niszczy brak szacunku – odpowiedziałam i rozłączyłam się, zanim zdążyła dodać coś jeszcze.

Wracając do siostry, poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Spokój. Cisza przestała być karą. Stała się wyborem.

Coś cenniejszego niż piękne mieszkanie

Decyzja zapadła szybciej, niż się spodziewałam. Marcin zadzwonił tydzień później.

– Zgadzam się na sprzedaż – powiedział bez wstępów. – Mama uważa, że tak będzie najlepiej.

Uśmiechnęłam się krzywo. Tym razem nie zapytałam, co on uważa. Spotkaliśmy się u notariusza, a ja położyłam na stole te same kartki z wyliczeniami, które wcześniej bagatelizował. Liczby mówiły same za siebie. Po spłacie kredytu i rozliczeniu wkładu dostałam zwrot pieniędzy, które miesiącami wyciągałam z własnego życia.

– Nie wiedziałem, że to tak wygląda – mruknął, podpisując dokumenty.

– Teraz już wiesz – odpowiedziałam.

Jego matka nie przyszła. I dobrze. Po wyjściu z kancelarii oddałam Marcinowi klucze. Zawahał się.

– Szkoda, że tak wyszło.

– Szkoda, że tak długo nie chciałeś słuchać – powiedziałam spokojnie.

Rozstaliśmy się bez scen. Kilka dni później przelałam ostatnią ratę i zamknęłam konto kredytowe. Uczucie było uwalniające, jak głęboki oddech po długim biegu.

Wynajęłam małe mieszkanie. Bez idealnych kafelków, bez ocen z zewnątrz. Kupiłam stół, przy którym nikt nie podważał moich decyzji. Zrozumiałam, że rodzina to nie deklaracje i nie wspólne zdjęcia w nowych wnętrzach, tylko odpowiedzialność i szacunek. A jeśli ich brakuje, nawet najpiękniejszy remont nie przykryje pęknięć. Zostałam sama. Ale wreszcie na własnych zasadach.

Marlena, 56 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama