„Wzięłam pożyczkę, żeby kupić córce kreację na studniówkę. Chciałam, by czuła się jak księżniczka”
„ Od studniówki minął tydzień, potem dwa. Myślałam, że Paulina będzie żyła tym wieczorem, opowiadała, pokazywała zdjęcia. Tymczasem nie powiedziała już o nim ani słowa. Nie zapytała, czy chcę zobaczyć sukienkę, nie wspomniała o muzyce, o jedzeniu, o kolegach. Jakby to się w ogóle nie wydarzyło”.

- Redakcja
Mam na imię Iwona i całe życie próbuję, żeby było „jakoś”. Nie cudownie, nie ekscytująco. Jakoś – żeby starczyło od pierwszego do pierwszego, żeby Marek, mój mąż, miał co jeść, i żeby Paulina miała zeszyty do szkoły. Żeby pralka nie padła, bo używana. Żeby zupa się nie przypaliła, bo w pracy nie mogę się spóźniać, a powrót mam na styk.
Od dwunastu lat sprzątam w urzędzie miasta. Znam tam każdy korytarz, każdy odcisk buta na kafelkach. W poniedziałki śladów jest mniej, po weekendzie. W piątki – śmieci pod biurkami, bo urzędnicy jedzą, ale nie wyrzucają. Niby nic wielkiego, ale ja to robię porządnie. Mama mnie tak wychowała: „Jak robisz, to rób porządnie, choćbyś miała tylko ziemniaki obierać.” Więc staram się, żeby wszystko było idealnie.
Marek... Marek milczy. Wraca z trasy, zjada, ogląda wiadomości, śpi. Jak się go zapytam, czy wszystko w porządku, to kiwa głową. Jak coś go boli, mówi: „przejdzie”. Nasze małżeństwo też tak działa. Przejdzie. Tylko że czasem się boję, że w końcu wszystko przejdzie – i nie zostanie nic.
Ale Paulina… to jest moja duma. Maturzystka. Śliczna, mądra, choć ostatnio jakby coraz bardziej milcząca. Zamyka się w pokoju, mówi, że nauka. Ja wiem, że to stres. Wiem, bo widzę po niej – je mniej, śpi mniej, patrzy w lustro z niezadowoleniem. Ale jak się uśmiechnie... Matka by serce oddała.
Jak powiedziała, że będzie studniówka, to od razu mnie coś w środku ścisnęło. Bo wiedziałam, że nie będzie nas na to stać. Ale też wiedziałam, że muszę, po prostu muszę zrobić wszystko, by ona ten wieczór miała jak z bajki. Ja nie miałam. Poszłam w pożyczonej sukience, z chłopakiem, który potem został z kimś innym. Nie chcę, żeby Paulina miała wspomnienia jak moje.
Mówią, że to tylko jeden wieczór. Ale dla mnie to był symbol. Że choć raz w życiu moje dziecko dostanie coś ładnego, coś swojego, coś niezapomnianego. Tylko czy nie przesadziłam?
Zdecydowałam sie na pożyczkę
Marek siedział przy stole, jadł zupę i patrzył w talerz, jakby tam miał się znaleźć sens całego dnia. Wrócił z trasy kilka godzin wcześniej. Wzięłam głęboki wdech, usiadłam naprzeciwko i powiedziałam wprost:
– Pomyślałam, że wezmę pożyczkę. Na sukienkę dla Pauliny. I może buty, jak się uda.
Nie spojrzał na mnie od razu. Przełknął, otarł usta papierowym ręcznikiem, rzucił go na stół i dopiero wtedy zapytał:
– Ile?
– Dwa tysiące, może trochę więcej. Sukienki teraz tyle kosztują. Monika będzie miała z butiku, to Paulina nie może iść w byle czym. Wiem, że to dużo.
– Pożyczka na sukienkę... – powtórzył i pokręcił głową. – Iwona, ja wiem, że to ważne, ale my przecież nie mamy z czego spłacać.
– Wezmę na siebie. Dorobię u Danuty, posprzątam więcej. Dam radę. To raz w życiu, Marek. Ona ma być szczęśliwa, to jej wieczór.
Westchnął ciężko, przesunął ręką po twarzy. Nie był zachwycony, ale nie powiedział „nie”.
– Jak uważasz. Tylko żeby potem nie było płaczu.
Nie odpowiedziałam. Nie chciałam, żeby widział, jak bardzo się boję, że może mieć rację. Jeszcze tego samego wieczoru poszłam do Pauliny. Siedziała przy biurku, z głową schowaną między ramionami, książki rozłożone, ale telefon pod blatem. Weszłam cicho, stanęłam za nią i powiedziałam:
– Paulina, zdecydowałam. Kupimy ci sukienkę. Taką, jak chcesz.
Odwróciła się wolno, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała.
– Ale... przecież mówiłaś, że nie stać nas.
– Wezmę pożyczkę, tata się zgodził. To ważny dzień. Powinnaś wyglądać wyjątkowo.
Zmarszczyła brwi, uniosła lekko kąciki ust, ale coś w jej spojrzeniu nie pasowało. Zamiast radości – napięcie. Może nawet lęk?
– Nie chcę, żebyście się zadłużali – powiedziała cicho. – Mogę pójść w coś tańszego. Naprawdę.
– Nie ma mowy, to twój wieczór. Nie będziesz go wspominać z poczuciem, że wyglądałaś gorzej od koleżanek.
Spojrzała na mnie długo, jakby chciała coś powiedzieć, ale się powstrzymała. W końcu tylko rzuciła:
– Dziękuję.
To jedno słowo, które miało być pełne wdzięczności, zabrzmiało... sztucznie. Wyszłam z jej pokoju, a w mojej głowie kołatało jedno pytanie: czy naprawdę zrobiłam dobrze?
Wyglądała przepięknie
Nie spałam tej nocy. Myślałam o tym, jak powiedzieć pani Danucie, że znów potrzebuję więcej godzin. Pójdę sprzątać jej balkon, nawet jeśli będzie śnieg. W dzień pracy bolały mnie plecy, ale udawałam, że tego nie czuję. Myśl, że Paulina dostanie to, czego chce, trzymała mnie przy życiu.
Sukienka przyszła kurierem w dużym kartonie. Paulina zamówiła przez internet. Zabrała ją do pokoju i zamknęła drzwi. Nawet jej nie pokazała. Usłyszałam tylko szelest folii i jej ciche kroki. Wieczorem wyszła na chwilę do kuchni po wodę. Spojrzałam, była w szlafroku, włosy spięte niedbale. Bez słowa wróciła do siebie.
W dzień studniówki nie zdążyłam jej zobaczyć na żywo. Malowała się u Moniki, potem pojechały razem do fryzjerki. Przyszła tylko się przebrać. Wbiegła do mieszkania jak błyskawica, powiedziała „Hej!” i tyle. Usiadłam w kuchni, udając, że coś jem, ale tak naprawdę tylko czekałam, aż się pojawi w tej sukni.
Zobaczyłam ją… na ekranie telefonu. Monika wrzuciła zdjęcie. Paulina stała w świetle migoczących lampek, jej włosy błyszczały, usta miała czerwone, spojrzenie jakby z jakiegoś magazynu. Miała niebieską sukienkę z odkrytymi plecami. Wyglądała... inaczej. Starsza, jakby obca, ale piękna, to trzeba było przyznać.
Potem było więcej zdjęć. Paulina w grupie, Paulina na tle stołu z balonami, Paulina z nauczycielką. Uśmiechnięta. Roześmiana. Widziałam ją tylko tam – na ekranie. Przewijałam te zdjęcia jak szalona. Kliknęłam „polub” i zaraz usunęłam. Wydawało mi się, że nie powinnam tam być, że to świat, do którego nie mam dostępu.
Około północy wróciła. Weszła cicho do mieszkania, już w dresie, bez makijażu. Weszłam do przedpokoju.
– I jak było? – spytałam, próbując zabrzmieć lekko.
– Było cudownie, mamo. Dzięki – powiedziała, całując mnie w policzek i od razu kierując się do swojego pokoju.
Zostałam na korytarzu. Słyszałam, jak zamyka drzwi, jak przekręca zamek. Przez chwilę stałam tak, trzymając się za ramię. Marek podniósł głowę znad telewizora i powiedział:
– Warto było, co?
Pokiwałam głową. Tak, warto było. Ale czemu to „dzięki” bolało mnie bardziej niż wszystko inne?
Coś było nie tak
Od studniówki minął tydzień, potem dwa. Myślałam, że Paulina będzie żyła tym wieczorem, opowiadała, pokazywała zdjęcia. Tymczasem nie powiedziała już o nim ani słowa. Nie zapytała, czy chcę zobaczyć sukienkę, nie wspomniała o muzyce, o jedzeniu, o kolegach. Jakby to się w ogóle nie wydarzyło. Próbowałam ją wyciągnąć z pokoju.
– Może pójdziemy do kina? – zaproponowałam pewnego wieczoru, gdy przyszła do kuchni po herbatę.
– Nie mam ochoty – odpowiedziała, nawet nie podnosząc wzroku.
– To może zakupy? Promocje się zaczęły, może coś ci potrzeba.
– Nic mi nie trzeba.
Zamilkłam. Chciałam zapytać, czy wszystko w porządku, ale nie zniosłabym kolejnego „jest okej” wypowiedzianego tym pustym tonem. Marek jak zwykle nie zauważył niczego. Wracał, jadł, siadał. Świat mógł się walić, a on i tak tylko wzruszałby ramionami.
Któregoś dnia sprzątałam w łazience i usłyszałam rozmowę Pauliny przez drzwi jej pokoju. Głos Moniki był przytłumiony, ale Paulinę słyszałam wyraźnie. Mówiła szybko, urywanym tonem.
– Ten bal to była maskarada. Zdjęcia, sukienki, śmiechy… Wszystko udawane. Stałam tam i czułam, że gram rolę. Nie chcę tak żyć. Nie chcę życia na pokaz.
– Ale przecież dobrze wyglądałaś, wszyscy cię chwalili – usłyszałam głos Moniki.
– No i co z tego? – Paulina zaśmiała się cicho, ale bez radości. – Zaciągnęli dług, żebym mogła się uśmiechać przez jeden wieczór. Przez jeden wieczór udawałam, że wszystko jest dobrze. A nie jest.
Cofnęłam się o krok. Serce waliło mi jak oszalałe. To o mnie mówiła. O nas. O tej sukience, która miała być marzeniem. Czy ja ją do tego zmusiłam? Czy naprawdę wierzyłam, że wystarczy jej jeden wieczór, żeby poczuła się szczęśliwa? Wieczorem zapukałam do jej pokoju.
– Paulina, możemy porozmawiać?
– Teraz nie – odpowiedziała.
Nie odpuściłam.
– Dlaczego jesteś taka zimna? Co się dzieje?
– Nie jestem – odparła i wróciła do pisania na laptopie, jakby mnie nie było.
Stałam jeszcze chwilę w progu, potem zamknęłam za sobą drzwi. Czułam, że coś się dzieje, ale nie umiałam tego nazwać. I chyba bałam się poznać odpowiedź.
To był dla mnie szok
To było rano. Zwykły dzień, choć czułam napięcie, zanim jeszcze otworzyłam oczy. Paulina siedziała już w kuchni, jadła płatki, ubrana, spakowana. Popatrzyła na mnie jak obca.
– Nie idę dziś do szkoły – powiedziała.
– Chora jesteś?
– Nie. Nie idę, bo rzucam szkołę.
Zamarłam. Stałam z kubkiem w ręce i nie mogłam się ruszyć.
– Co ty mówisz? – zapytałam w końcu, ostro, jakby miało to jej przywrócić rozsądek.
– Rzucam. Nie chcę pisać matury. Nie chcę studiów. Nie chcę takiego życia.
– Paulina, nie mów głupot. To przez stres, wiem. Każdy się boi, ale trzeba przez to przejść. Za kilka miesięcy wszystko się ułoży. Zobaczysz.
– Nie. Właśnie nie ułoży się – odpowiedziała zimno. – Bo nie chcę tego, co wy uważacie za „poukładane życie”.
– Myślałam, że robimy wszystko dla ciebie. Dla twojej przyszłości.
– To właśnie jest problem. Wszystko robicie po swojemu, a potem mówicie, że to dla mnie.
– Przecież chciałaś tej sukienki. Chciałaś iść na bal.
– Tak, chciałam. Ale nie za taką cenę. Nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, że cały czas udajemy. Udajemy, że wszystko gra, że jesteśmy normalną rodziną, że wystarczy ładnie wyglądać i się uśmiechać. A ja się duszę w tym wszystkim.
– Myślałam, że robię to z miłości. Że cię uszczęśliwię.
– A ja nie chcę żyć w długach i udawać, że jestem szczęśliwa. Nie chcę życia jak wasze – praca po 12 godzin, wyprute flaki, byle do wypłaty. Nie chcę budzić się z poczuciem, że jestem nikim i nic nie mogę.
Chciałam coś powiedzieć, cokolwiek. Powiedzieć jej, że przesadza, że nie rozumie. Ale czułam, że każdy mój argument będzie tylko pogarszał sprawę. Ona już podjęła decyzję. Miała to w oczach – pewność. I coś jeszcze. Wyrzut, rozczarowanie. Wstyd?
Poszła do swojego pokoju, zatrzasnęła drzwi. Usiadłam na krześle i długo nie mogłam się ruszyć. W oczach stanęły mi łzy, ale nie płakałam. Tylko patrzyłam w stół, jakby miał mi powiedzieć, gdzie popełniłam błąd.
Chciałam dla niej dobrze
Marek siedział w fotelu, oglądał wiadomości. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, rzucił:
– Paulina nie była nigdy taka jak inne dzieci. Miała swoje zdanie. Może trzeba ją zostawić. Niech robi, co chce.
– Tak po prostu? – zapytałam, siadając naprzeciwko. – Rzuca szkołę, nie chce matury, pracy... a ty mówisz, żeby dać jej spokój?
– A co zrobisz? Zmusisz ją? – wzruszył ramionami. – Mnie ojciec zmuszał i co z tego?
Zamknęłam oczy. Marek zawsze tak miał. Jak nie wiedział, co powiedzieć, zamieniał się w mur. Zamiast rozmawiać, uciekał. Po południu poszłam do Danuty, jak zwykle na sprzątanie. Zaczęłam myć okna, ale ręce mi drżały. Chyba zauważyła, bo zaproponowała herbatę i usiadłyśmy przy stole.
– Coś nie tak, Iwonka? Wyglądasz jak cień.
– Paulina... Ona rzuca szkołę. Mówi, że nie chce tak żyć. Że nie chce naszej przyszłości. Jakbyśmy byli dla niej przestrogą, nie przykładem.
– Dzieci dorastają i myślą, że wszystko wiedzą najlepiej – powiedziała Danuta cicho. – Moja wnuczka też ostatnio ogłosiła, że rzuca studia i jedzie do Indii, „szukać siebie”. Kiedyś się szukało pracy. Teraz siebie.
Uśmiechnęłam się krzywo. Miała rację, ale to nie pomagało. Przypomniałam sobie Paulinę w tej sukience. Wyprostowaną, piękną, otoczoną światłem i fleszami. Wtedy myślałam: „udało się”. Teraz nie byłam już tego taka pewna.
– Myślałam, że ją uszczęśliwię – powiedziałam. – A może tylko zepchnęłam ją głębiej. W coś, czego sama nie rozumiem.
– Może kiedyś zrozumie – westchnęła Danuta. – A może nie. Ale jedno wiem. Ty ją kochasz i to nie był błąd. Nawet jeśli ona tak teraz myśli.
Wróciłam do domu i weszłam do pustego pokoju Pauliny. Zostało łóżko, książki na półce, kilka zdjęć na tablicy. Powiedziała tylko, że przenosi się na jakiś czas do Moniki. Że tam odpocznie, że musi pomyśleć. Nie zabrała sukienki. Wisiała w szafie, jak wyrzut sumienia. Patrzyłam na nią długo, w milczeniu.
Iwona, 48 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Byłem na samym dnie, gdy niespodziewanie przyszło wybawienie. Nie jestem dumny z tego, co zrobiłem, ale nie żałuję”
- „Teść myśli, że jestem potulną synową i będę żyć pod jego dyktando. Grubo się myli, bo ja nie dam sobie w kaszę dmuchać”
- „Myślałam, że z teściową nadajemy na tych samych falach. Wystarczyło 1 zdanie, abym szybko odkryła jej prawdziwą twarz”