Reklama

Szłam przez śnieg na przystanek, mijając zaspy na drodze. Michał oczywiście pojechał do pracy autem. Jak zawsze. Bo „się spieszy”, „ bo ma dalej”, „bo nie będzie taskał laptopa na piechotę”. Tylko że ja też codziennie muszę być w biurze. Najpierw idę 10 minut na przystanek. Potem kolejne 10 czekam na autobus i następne 20 w drodze. I tak dzień w dzień. Auto wzięliśmy na kredyt. Wspólny. Na nas dwoje. Miał być kompromis, wygoda, „coś naszego”. A wyszło jak zawsze – on jeździ, ja płacę. I udaje, że to sprawiedliwe. Przelałam właśnie jego część raty, bo „zapomniał”. Trzeci raz z rzędu. Wieczorem zadzwoniła Anka.

– A czemu ty nie jeździsz autem, skoro za nie płacisz?

Zawahałam się.

– Bo… on twierdzi, że jemu bardziej potrzebne...

– A ty to niby co?

Zaśmiałam się. Ale gorzko. Bo właśnie uświadomiłam sobie, że chyba znowu dałam się w coś wciągnąć. I że coraz częściej czuję się w tym małżeństwie jak sponsor jego wygodnego życia.

Jak ty wszystko liczysz…

Śnieg sypał w najlepsze, kiedy wracałam z pracy. Ten dzień był okropny. Pół dnia w biegu, spóźniony raport, szefowa marudząca, że znów nie dotarł skan umowy, a potem jeszcze kolejka w sklepie. Kiedy weszłam na podwórko, samochód już stał na podjeździe. Czyli Michał wrócił z pracy i nawet w taką pogodę nie przyszło mu do głowy, żeby zadzwonić i zapytać, czy może mnie odebrać. Weszłam do domu z trzaskiem. Michał siedział na kanapie z padem od konsoli w ręku.

– Wygrałem z Szymonem! W końcu! Słuchaj, jaka akcja – ostatnia minuta, ja wjeżdżam z lewej…

– Michał. Serio? – rzuciłam torbę na podłogę. – Pada, zimno, wracam z siatami, a ty siedzisz i sobie grasz w najlepsze?

– No co? Przecież nie wiedziałem, kiedy kończysz…

– O tej samej porze co zawsze!

Milczał. Patrzył w ekran.

– To wspólny kredyt, Michał. A ja go spłacam, żebyś ty mógł sobie słuchać podcastów i pić kawkę w korku!

– Daj spokój, przecież ty masz lepszy dojazd autobusem. I w ogóle, nikt ci nie każe spłacać całej raty...

– Ale przecież nie przelewasz mi swojej części! Trzy miesiące z rzędu. A potem udajesz, że to nic takiego!

Spojrzał na mnie z lekkim politowaniem.

– Jak ty wszystko liczysz…

Zatkało mnie. W tym właśnie był problem. Ja wszystko liczyłam. Czas, pieniądze, wysiłek. Bo ktoś musiał.

Przecież wszystko gra

– I co z tego, że on nie płaci? – spytała moja mama, popijając herbatę w swojej wiecznie pachnącej kuchni. – Facet pracuje, do domu wraca na czas. Dziewczyno, zacznij doceniać, co masz.

Zawsze tak mówiła. Że „trzeba zacisnąć zęby”, że „to kobieta trzyma dom w ryzach”.

– Mamo, ale ja chcę czuć, że jesteśmy drużyną.

Machnęła ręką i zmieniła temat. Jakby to było fanaberia. Wróciłam do domu i postanowiłam porozmawiać z Michałem spokojnie. Usiadłam obok niego na kanapie.

– Michał… Nie czuję, że jesteśmy zespołem. Ja się spinam, ty bierzesz wszystko jako oczywiste. Nie chodzi o auto. Chodzi o to, że ja się czuję sama z tym wszystkim.

Nie oderwał wzroku od ekranu.

– Dobra, nie dramatyzuj. Przecież wszystko gra.

Nie mogłam w to uwierzyć. Przecież mówiłam o nas. O tym, że się rozpadam. A on znów potraktował to machnięciem ręki. Jakbym mówiła o awarii internetu. Siedziałam jeszcze chwilę w ciszy. Wpatrywałam się w jego profil, tak znajomy. I tak obcy. W głowie dudniło tylko jedno: to nie jest partnerstwo. To układ. I ja już się na to nie godzę.

Pierwszy raz od miesięcy poczułam ulgę

W sobotę rano zobaczyłam go na komodzie. Nowiutki męski zegarek, błyszczący i bardzo drogi. Serce mi zamarło.

– Michał?! – zawołałam, głos mi zadrżał. – Możesz przyjść tu na chwilę?

Przyszedł w dresie, z mokrymi włosami po prysznicu. Uśmiechnięty. Jakby życie było jednym wielkim porankiem z kawą.

– Co to jest? – wskazałam na pudełko.

Wzruszył ramionami.

– No...chyba widzisz. Kupiłem sobie zegarek.

– Nowy zegarek?! Czy ty jesteś poważny? Myślisz, że ja będę urabiać sobie łokcie i płacić za ciebie raty na auto jak frajerka, a ty będziesz wydawał pieniądze na swoje zachcianki?!

– Nie rób scen. Zawsze robisz z igły widły.

– Z igły widły?! Michał, to są nasze pieniądze! Nasz kredyt! Nie twój, nie mój. A ty zachowujesz się, jakby ciebie to nie obchodziło.

Zamilkł. I nawet nie wyglądał na skruszonego. Tylko zmęczonego tą rozmową. Weszłam do sypialni. Wzięłam walizkę do ręki i wrzuciłam do niej najpotrzebniejsze rzeczy. Nie miałam planu. Nie wiedziałam, dokąd jadę. Ale wiedziałam jedno – muszę się wyrwać z tej iluzji wspólnego życia.

– Dokąd ty?! – zawołał z przedpokoju.

– Tam, gdzie nikt nie będzie mi mówił, że dramatyzuję, kiedy walczę o szacunek.

Zatrzasnęłam drzwi. I pierwszy raz od miesięcy poczułam ulgę.

Nie wiem, kiedy to się wszystko rozpadło

– I co teraz? – Anka nalała mi herbaty. – Chcesz od niego odejść?

Siedziałam na jej kanapie w dresie, z rozmazanym tuszem.

– Nie wiem. Ja nawet nie wiem, kiedy to się wszystko rozpadło – wyszeptałam.

– A może to nigdy nie było zbudowane na solidnych fundamentach? – spojrzała na mnie ostro. – Może ty się trzymałaś na siłę czegoś, co istniało tylko w twojej głowie?

Milczałam. Właściwie... miała rację.

– Wiesz, co mnie najbardziej boli? – powiedziałam w końcu. – Że on mnie nie zapytał nawet, dlaczego wyszłam. Nie zadzwonił, nie napisał. Jakby uznał, że „przejdzie mi”.

– Bo pewnie tak myśli. Że wrócisz. Przecież zawsze wracałaś. Ogarniasz zakupy, raty, codzienność... a on po prostu sobie w tym wszystkim pływa.

– A ja tonę – dokończyłam.

Anka usiadła obok i objęła mnie ramieniem.

– A może ty się boisz być sama bardziej niż być nieszczęśliwa?

Nie odpowiedziałam od razu. W głowie dudniła mi jej myśl. Może właśnie to mnie trzymało przy nim – nie miłość, nie nadzieja. Tylko strach.

– Bo ja naprawdę wierzyłam, że my to zrobimy razem – szepnęłam. – A on po prostu mnie zostawił z odpowiedzialnością.

Zasypiałam na jej kanapie z tą jedną myślą: ja już nie chcę być jedyną dorosłą osobą w moim własnym małżeństwie.

Poczułam, że mam wybór

Wróciłam w niedzielę wieczorem. Walizka w jednej ręce, klucze w drugiej. W mieszkaniu pachniało pizzą z mikrofalówki. Michał siedział na kanapie. Spojrzał na mnie, jakby nic się nie stało.

– O, jesteś. Nie było cię długo – rzucił beztrosko.

– Michał… serio?

– No co? Myślałem, że potrzebujesz się przewietrzyć.

– Przewietrzyć? Ja się wyprowadziłam.

– Jak chcesz rozwodu, to powiedz.

Zatkało mnie. Zmroziło. Ze zdziwienia, jak łatwo mu to przeszło przez gardło. Jakbyśmy byli w jakiejś symulacji życia, gdzie wystarczy kliknąć „zresetuj relację”.

– Ja chcę tylko, żeby ktoś w końcu zapytał mnie, jak ja się z tym wszystkim czuję – odpowiedziałam cicho.

Nie odpowiedział. Minęłam go i poszłam do przedpokoju. Zabrałam z komody kluczyki. Te od auta. Wyszłam na dwór, siadłam za kierownicą. Kluczyk przekręcił się gładko. Silnik odpalił. Spojrzałam w lusterko. I pierwszy raz od miesięcy poczułam, że mam wybór.

Agnieszka, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama