Reklama

Nienawidziłam presji i pytań rodziny, kiedy w końcu kogoś sobie znajdę. Zgodziłam się na tę randkę w ciemno tylko dlatego, że moja przyjaciółka zagroziła, że sama założy mi konto i umówi mnie z pierwszym lepszym desperatem.

Miałam dość facetów

Moja relacja z aplikacjami randkowymi przypominała chodzenie boso po szkle. Bolesne, niepotrzebne i zawsze kończące się bliznami. Po moim ostatnim związku z Kamilem, narcyzem, który zdradzał mnie z moją instruktorką jogi, obiecałam sobie rok celibatu. Emocjonalnego i fizycznego.

Skupiłam się na pracy. Byłam asystentką w dziale marketingu dużej, międzynarodowej korporacji w Warszawie. W rzeczywistości to pole minowe, gdzie jeden błąd może kosztować karierę. A moim osobistym katem był Jarek. Dyrektor działu. Zimny, wyrachowany, prześwietlał człowieka na wylot i sprawiał, że zapominało się własnego nazwiska. W biurze nazywaliśmy go „Iceman”. Nigdy się nie uśmiechał. Nigdy nie chwalił. Tylko wymagał. Tego ranka wezwał mnie do gabinetu o 8:15.

– Pani Moniko – powiedział. – Ten raport dotyczący kampanii wiosennej to jakiś żart?

– Słucham? – wydukałam, czując, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł.

– Literówki na stronie trzeciej i piątej. Błędne formatowanie w tabeli siódmej. Czy ja zatrudniam profesjonalistów, czy stażystów z łapanki? Jeśli do południa nie będzie to poprawione, proszę zastanowić się nad swoją przyszłością w tej firmie.

Wyszłam z jego gabinetu, trzęsąc się ze wściekłości. Nienawidziłam jego perfekcjonizmu, jego arogancji.

Byłam wściekła

I właśnie w takim nastroju – wściekła, zmęczona i zdołowana – dałam się namówić Ance.

– Monia, przestań – trajkotała mi nad uchem, gdy jadłyśmy lunch. – Masz match z tym facetem od tygodnia. Piszecie sobie świetnie. On nie widzi twojego zdjęcia, ty jego, liczy się wnętrze! To jest romantyczne!

– To jest przerażające.

– Inteligentny, zabawny. Umówiłam was na 20. Idziesz i koniec. Nie możesz spędzać każdego wieczoru z kotem i Netflixem.

Wieczór był deszczowy. Kelner zaprowadził mnie do stolika w rogu. Usiadłam, nerwowo sprawdzając telefon. Aplikacja pokazywała, że „mój towarzysz jest na miejscu. Mieliśmy się rozpoznać po haśle. Miałam zapytać: „Czy ten stolik jest zarezerwowany dla miłośnika Bauhaus?”, a on miał odpowiedzieć: „Tylko jeśli ty wolisz Art Deco”. Boże, jakie to było pretensjonalne. Czekałam pięć minut. Dziesięć. Moja złość zaczęła narastać. Wystawił mnie?

– Przepraszam za spóźnienie, korki na Marszałkowskiej są dzisiaj zabójcze – powiedział głęboki, męski głos.

Znałam ten głos

Serce uderzyło mi tak mocno, że myślałam, iż rozsadzi mi klatkę piersiową. Podniosłam wzrok. Marek stał nade mną. Ale to nie był „Iceman” z biura. Nie miał krawata. Koszulę miał rozpiętą na dwa guziki, odsłaniając kawałek skóry i – o mój Boże – łańcuszek. Miał na sobie skórzaną kurtkę narzuconą na marynarkę. Włosy, zwykle ulizane do tyłu, teraz były lekko w nieładzie. Zamarł, gdy mnie zobaczył. Jego oczy rozszerzyły się w autentycznym szoku.

– Monika?

– Pan… Pan dyrektor? – wykrztusiłam. Chciałam zapaść się pod ziemię. Chciałam wyparować.

– Ty jesteś… „MonaLisa”?

– A pan jest „Architektem”? Przecież pan jest po ekonomii! – wypaliłam oskarżycielsko, zapominając o hierarchii.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy. To była najdłuższa minuta w moim życiu. W mojej głowie przelatywały scenariusze: uciec? Rozpłakać się? Złożyć wypowiedzenie tu i teraz? Marek powoli odsunął krzesło i usiadł. Nie spuszczał ze mnie wzroku, ale tym razem nie było w nim krytyki. Była ciekawość.

Zaczęliśmy rozmawiać

– Z wykształcenia jestem ekonomistą – powiedział powoli, jakby ważył każde słowo. – Ale moją pasją od zawsze była architektura. Tylko ojciec uważał, że to nie jest zawód dla mężczyzny.

– Aha – mruknęłam, chwytając kieliszek wina jak koło ratunkowe. – To… ja może już pójdę. To jest nieodpowiednie. HR by nas zjadł.

Marek westchnął i przetarł dłonią twarz. Ten gest był tak ludzki, tak zmęczony, że aż mnie to ukłuło.

– Usiądź – powiedział, ale nie jak szef. Jak mężczyzna proszący kobietę. – Proszę. Przez ostatni tydzień byłaś jedyną osobą, z którą mogłem szczerze porozmawiać. Nie wiedziałem, że to ty. Ty nie wiedziałaś, że to ja. Czy to coś zmienia w tym, o czym pisaliśmy?

Zmieniało wszystko. I nic. Pisaliśmy o samotności. O presji. O tym, jak nienawidzimy korporacyjnego wyścigu szczurów. Zwierzyłam mu się, że mój szef to idiota (o ironio!). On pisał, że jego pracownicy go nienawidzą i boją się go, a on nie wie, jak to zmienić, bo musi trzymać twardą rękę, żeby firma nie zatonęła.

– Napisałam panu, że mój szef to… – zaczęłam, czerwieniąc się po uszy.

– …tyran bez serca, który pewnie sypia w trumnie. Pamiętam – kącik jego ust drgnął. To był prawie uśmiech. – Miałaś rację. Dzisiaj rano przesadziłem. Raport był dobry. Miałem po prostu zły dzień, zarząd naciskał na wyniki kwartalne. Przepraszam.

Dosłownie zamarłam

Marek, „Iceman”, przepraszał? Mnie? Swoją podwładną? Kelner podszedł do stolika, wyczuwając napięcie, ale Marek gestem dłoni zamówił butelkę.

– Zostań – powiedział cicho, patrząc mi prosto w oczy. – Nie jako pracownik. Po prostu jako Monika. Oboje jesteśmy tu z tego samego powodu. Jesteśmy samotni.

Zostałam. Do dziś nie wiem, czy to była odwaga, czy głupota. Alkohol rozwiązał nam języki. Okazało się, że Marek prywatnie jest zupełnie innym człowiekiem. Opowiadał mi o swoich podróżach do Włoch, o tym, że kocha stare samochody, i o tym, jak bardzo czuje się wyobcowany we własnym życiu. Z każdą kolejną lampką wina granica między „szefem” a „facetem z aplikacji” zacierała się.

– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytał w pewnym momencie, nachylając się nad stolikiem. – Że w biurze muszę grać tę rolę. Gdybym pokazał słabość, zjedliby mnie. Ale kiedy widzę cię na korytarzu…

Urwał.

– Co, kiedy mnie widzisz? – zapytałam szeptem.

– Kiedy cię widzę, myślę, że jesteś jedyną osobą, która ma w sobie życie w tym szklanym grobowcu – powiedział, a jego palce musnęły moją dłoń.

To było niebezpieczne

W regulaminie firmy był wyraźny punkt o zakazie relacji romantycznych między przełożonym a podwładnym. Groziło to zwolnieniem dyscyplinarnym. Ale w tamtym momencie, w półmroku klubu, regulamin wydawał się abstrakcją.

– Nie powinieneś tego mówić – szepnęłam, nie cofając ręki.

– Wiem – odpowiedział, splatając swoje palce z moimi. – Ale dzisiaj nie jestem dyrektorem. Jestem Markiem. A ty jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką widziałem w tej aplikacji. I w biurze też.

Poczułam gorąco na policzkach. Komplementy od faceta, który rano krytykował moją czcionkę w Excelu, smakowały dziwnie. Wyszliśmy z restauracji po północy. Deszcz przestał padać, ale chodniki lśniły od wilgoci. Marek zaproponował, że mnie odwiezie. Zamówił taksówkę. Siedzieliśmy na tylnej kanapie. Było ciemno. Czułam zapach jego wody kolońskiej. To był zapach władzy, ale teraz kojarzył mi się z czymś innym. Z bliskością.

Samochód skręcił gwałtownie, a ja bezwładnie osunęłam się na niego. Marek objął mnie ramieniem, żeby mnie przytrzymać. I nie puścił. Podniosłam głowę. Jego twarz była centymetry od mojej. Może to wino, może stres, a może fakt, że byłam samotna od roku. Położyłam dłoń na jego policzku. Był szorstki. Pocałował mnie.

To był moment

Kierowca chrząknął znacząco, gdy dojechaliśmy pod mój blok. Oderwaliśmy się od siebie. Moja sukienka była pognieciona. Marek wyglądał na oszołomionego.

– Ja… – zaczęłam, nie wiedząc, co powiedzieć. – Do widzenia, panie dyrektorze.

Uśmiechnął się krzywo, a w jego oczach tańczyły ogniki.

– Dobranoc, Moniko. I przestań mówić do mnie per pan.

Wyskoczyłam z samochodu i pobiegłam do klatki schodowej, nie oglądając się za siebie. Wpadłam do mieszkania, oparłam się plecami o drzwi i zsunęłam na podłogę. Co ja narobiłam? Jutro muszę iść do pracy. Następny dzień był koszmarem. Obudziłam się z bólem głowy i gigantycznym kacem moralnym. Anka dzwoniła do mnie piętnaście razy.

– I co?! I co?! Jaki on jest?! – krzyczała do słuchawki, gdy w końcu odebrałam w drodze do biura.

– Jest… skomplikowany – ucięłam.

Nie mogłam jej powiedzieć. Anka była plotkarą. Gdyby się dowiedziała, do południa wiedziałoby całe piętro. A wtedy wyleciałabym ja, nie on. Weszłam do biura na miękkich nogach. Każde spojrzenie współpracowników wydawało mi się oskarżeniem. Usiadłam przy biurku, próbując skupić się na mailach. Moje dłonie drżały.

Zakochałam się

O 10 mieliśmy spotkanie całego zespołu. Marek wszedł do sali konferencyjnej punktualnie co do sekundy. Znowu miał zimny wyraz twarzy. „Iceman” powrócił. Serce podeszło mi do gardła. Czy on będzie udawał, że nic się nie stało? Czy mnie zwolni, żeby zatrzeć ślady?

– Dzień dobry. Przejdźmy do wyników sprzedaży – zaczął oschle.

Przez całe spotkanie unikał mojego wzroku. Ignorował mnie. Kiedy zgłosiłam uwagę do projektu, zbył mnie krótkim: „Zanotowane, idźmy dalej”. Poczułam ukłucie w sercu. A więc tak to wygląda? Byłam tylko pomyłką? Chwilą słabości? Poczułam się wykorzystana i głupia. Oczywiście. On jest dyrektorem, ja asystentką. Co ja sobie wyobrażałam? Po spotkaniu, gdy wszyscy wychodzili, rzucił krótko:

– Pani Moniko, proszę zostać. Musimy omówić harmonogram wyjazdów.

Wszyscy wyszli. Drzwi się zamknęły. Zostaliśmy sami w przeszklonej sali, widoczni dla wszystkich, ale niesłyszalni. Marek stał przy tablicy, odwrócony tyłem.

– Jesteś wstrętny – szepnęłam, czując łzy pod powiekami. – Ignorujesz mnie, jakbym była powietrzem.

Nikt nie wiedział

Odwrócił się gwałtownie. Jego maska opadła w ułamku sekundy. Podszedł do mnie, ale zatrzymał się metr ode mnie, pamiętając o szklanych ścianach.

– Ignoruję cię, bo gdybym na ciebie spojrzał tak, jak chcę na ciebie patrzeć, wszyscy by się domyślili w pięć sekund – powiedział cicho, intensywnie. – Myślisz, że to dla mnie łatwe? Całe rano myślę tylko o wczoraj.

Zaparło mi dech.

– Co teraz? – zapytałam.

– Teraz będziemy grać. W pracy jestem twoim szefem. Poza pracą… – zawiesił głos. – Poza pracą dokończymy to, co zaczęliśmy w taksówce. O 19 pod twoim blokiem. Bądź gotowa.

Przez kolejne trzy miesiące żyliśmy w dwóch światach. W dzień: „Tak, panie dyrektorze”, „Oczywiście, panie dyrektorze”, chłodne maile i dystans. W nocy wspólne gotowanie, maratony filmowe i rozmowy do rana. Zakochałam się w Marku, który przynosił mi termofor, gdy miałam okres. W Marku, który bał się pająków. W Marku, który był czuły, opiekuńczy i niesamowicie inteligentny. Ale kłamstwa mają krótkie nogi.

Wszystko się wydało

Tydzień później mieliśmy firmową imprezę integracyjną. Starałam się trzymać z daleka od Marka, ale jego wzrok parzył mnie z drugiego końca sali. Kamil, mój eks, jakoś wkręcił się na imprezę jako osoba towarzysząca koleżanki z HR-u. Dopadł mnie przy barze.

– No proszę, cicha myszka Monika pnie się po szczeblach kariery przez łóżko szefa? – syknął mi do ucha.

– Odwal się – warknęłam.

– Widziałem was. Ten twój „architekt” to twój szef. Myślisz, że on cię kocha?

– Zamknij się! – krzyknęłam, przyciągając uwagę kilku osób.

Wtedy znikąd pojawił się Marek. Nie był już dyrektorem. Był wściekły. Odepchnął Kamila tak mocno, że ten poleciał na stolik z przekąskami. Huk tłuczonego szkła uciszył całą salę. Muzyka przestała grać. Marek stał nad Kamilem, dysząc ciężko, z zaciśniętymi pięściami.

– Jeśli jeszcze raz się do niej zbliżysz, pożałujesz – wywarczał.

Cisza była absolutna. Wszyscy patrzyli na nas. Na dyrektora, który właśnie pobił gościa w obronie asystentki. To nie była obrona pracownika. To była obrona kobiety. Anka stała z otwartymi ustami. Dyrektor generalny, który akurat był na sali, zmarszczył brwi. To był koniec. Wiedziałam to. Mój sekret wyszedł na jaw w najbardziej spektakularny sposób z możliwych.

Byłam przerażona

Uciekłam. Wbiegłam do windy, łkając. Marek wpadł za mną tuż przed zamknięciem drzwi.

Zablokował windę między piętrami.

– Monika, spokojnie…

– Spokojnie?! – krzyczałam. – Wszyscy wiedzą! Stracę pracę! Ty wyjedziesz do Londynu, a ja zostanę tutaj! Nienawidzę cię!

Złapał moje nadgarstki. Przyciągnął mnie do siebie i przytulił tak mocno, że nie mogłam oddychać.

– Nie wyjadę do Londynu – powiedział cicho w moje włosy. – Odrzuciłem propozycję rano.

– Co?

– Nie wyjadę. Nie zostawię cię.

– Ale… praca… skandal…

– Olać to – powiedział Marek, patrząc mi w oczy. – Mam dość udawania. Mam dość bycia „Icemanem”. Mam dość życia bez ciebie przy świetle dziennym. Złożę rezygnację. Mam oszczędności, założę własną firmę. Ale nie zrobię tego bez ciebie.

Tamta noc w windzie zmieniła wszystko. Ostatecznie nie zwolnili mnie – Marek wziął całą winę na siebie i odszedł za porozumieniem stron. Ja zostałam jeszcze przez trzy miesiące, znosząc plotki i spojrzenia, tylko po to, by odłożyć pieniądze i dołączyć do niego.

To nie było łatwe

Początki własnej firmy były trudne, bywało, że kłóciliśmy się o pieniądze i o to, kto ma rację w projekcie. Były momenty, kiedy tęskniłam za stabilną pensją w korpo. Ale potem patrzyłam na niego. Na człowieka, który zaryzykował dla mnie karierę życia. Na człowieka, który kiedyś był moim koszmarem, a teraz jest moim najlepszym przyjacielem.

– Monia? – Marek podnosi wzrok znad deski kreślarskiej. – Zrobiłabyś mi kawę? Tylko nie taką lurę jak rano.

Uśmiecham się.

– Sam sobie zrób, szefie. Ja tu jestem dyrektorką kreatywną, a nie asystentką.

Zaśmiał się głębokim śmiechem, który usłyszałam po raz pierwszy w tamtej knajpie. Wstał, podszedł do mnie i pocałował mnie w czoło.

– Masz rację. Przepraszam, pani dyrektor. Już robię.

Czasami myślę, że gdyby Anka nie zmusiła mnie do zainstalowania tej głupiej aplikacji, do dziś siedziałabym w tamtym szklanym biurowcu, nienawidząc swojego życia.

Monika, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama