„Z każdym rokiem odliczam dni, kiedy położę się w trumnie. A jednak na starość zapaliła się we mnie iskierka uczucia”
„Trochę śmieszne, kiedy człowiek czeka na lekarza jak na randkę, ale to był jedyny powód, żeby się uczesać, ubrać ładniej, wyjść z domu i przejść przez hol przychodni jak ktoś, kto jeszcze dokądś zmierza”.

Coraz częściej odnosiłam wrażenie, że życie już się dla mnie zatrzymało. Mąż nie żył od dawna, córka miała swoją rodzinę i swoje sprawy, wnuki dorastały, nie potrzebując już tej samej babci co kiedyś. Przez większość dni przemykałam przez własne mieszkanie niemal bezszelestnie, jakby go nie zamieszkiwał żaden człowiek, tylko cień.
Nic mi się nie chciało
Rano budziłam się przed budzikiem, choć nie musiałam już nigdzie się spieszyć. Robiłam sobie kawę, włączałam radio, które grało nie tyle dla mnie, co dla zabicia ciszy. Potem brałam leki na serce, na ciśnienie i na wszelki wypadek. Tak wyglądały moje poranki. Córka dzwoniła codziennie, o tej samej porze, między jednym pacjentem a drugim. Pracowała w przychodni, była pielęgniarką, zabieganą, zmęczoną, ale zawsze troskliwą.
– Mamusiu, jak się czujesz? Wszystko w porządku? – pytała szybko.
– W porządku – odpowiadałam równie szybko.
Nie mówiłam, że brakuje mi bliskości, że tęsknię za spojrzeniem, które nie będzie opieką, tylko zainteresowaniem.
Wtorki były moim dniem wyjścia. Miałam wtedy wizytę u kardiologa. Trochę śmieszne, kiedy człowiek czeka na lekarza jak na randkę, ale to był jedyny powód, żeby się uczesać, ubrać ładniej, wyjść z domu i przejść przez hol przychodni jak ktoś, kto jeszcze dokądś zmierza. Tego dnia w rejestracji panował harmider. Ludzie narzekali na opóźnienia. Stanęłam grzecznie w kolejce.
– Dzień dobry, na którą pani ma? – spytała recepcjonistka, nie odrywając wzroku od monitora.
– Dziewiąta czterdzieści pięć, kardiologia.
– Proszę dowód. Będą wołać.
Byłam sama
Usiadłam przy oknie. Znałam już ten kąt, jego zimno od szyby, szorstkość podłokietnika. Obok mnie było puste miejsce, do chwili, gdy ktoś usiadł – mężczyzna w zielonej kurtce. Miał siwe włosy i spokojne spojrzenie. Przez chwilę milczeliśmy, ale poczułam, że mnie obserwuje.
– Ładnie dziś śnieg skrzypi pod butami, nie? – odezwał się w końcu. – Taki mróz jak dawniej, jeszcze z czasów, kiedy człowiek marzł, ale się śmiał.
– Albo stał na przystanku i nie czuł palców – odpowiedziałam.
– Ale stał z kimś – dodał. – A teraz człowiek sam, to i zmarznąć łatwiej.
Uśmiechnęłam się. To był pierwszy raz, kiedy usiedliśmy obok siebie. Miał na imię Stefan. Kiedy znów przyszłam na wizytę, spojrzałam mimowolnie na to samo krzesło, gdzie siedział wtedy. Było puste, ale tylko przez chwilę. Wszedł chwilę po mnie, w tej samej zielonej kurtce i z uśmiechem, który jakby mówił: „Wiedziałem, że cię tu spotkam”.
– No i znowu się widzimy – powiedział, siadając obok.
– Widocznie oboje jesteśmy uparci i ciągle jeszcze chcemy żyć – odpowiedziałam.
Przyszedł znowu
Roześmiał się. Nie był to śmiech, który się słyszy w telewizji, ani taki, który słychać w autobusie. To był śmiech skierowany tylko do mnie, jakby tylko mnie rozumiał i tylko mnie słuchał. Zaczęliśmy rozmawiać, najpierw o pogodzie, potem o lekarzach, wreszcie o tym, co robił przed emeryturą.
– Byłem kierowcą autobusu – powiedział z dumą. – Woziłem ludzi przez trzydzieści sześć lat. Nawet jak śnieg sięgał szyby, autobus musiał jechać.
– To pewnie zna pan pół miasta.
– Więcej niż pół – mrugnął. – I połowę już zapomniałem, ale niektórych pasażerów pamiętam do dziś.
Rozmowa z nim płynęła lekko. Opowiedział mi o synu, który mieszka za granicą i dzwoni rzadko, o żonie, która zmarła pięć lat temu, tak po cichu, jak żyła, i o tym, że nie lubi niedziel, bo wtedy wszystko wydaje się jeszcze bardziej puste.
Otworzyłam się
Ja też opowiedziałam mu o sobie, o córce, o wnukach, o mężu, który zmarł nagle, zostawiając mi nie tylko żal, ale i jakieś ciche zobowiązanie, żeby dalej być silną. Stefan słuchał uważnie, nie przerywał, nie pocieszał na siłę. To było dobre. Kiedy tak siedzieliśmy, nasze dłonie przypadkiem się zetknęły. Zadrżałam i cofnęłam dłoń jak poparzona.
– Oj, przepraszam – mruknęłam, zawstydzona.
– Nie szkodzi – powiedział cicho. – To było… miłe.
W powietrzu zawisła ta dziwna, delikatna cisza, której nie chce się psuć słowami. W końcu pielęgniarka wywołała jego nazwisko. Stefan wstał, odwrócił się do mnie i powiedział:
– Mam nadzieję, że za dwa tygodnie znowu się tu zobaczymy. Lubię to nasze miejsce.
Dopiero kiedy zniknął za drzwiami gabinetu, poczułam, że się uśmiecham i że znowu mam na co czekać. Zaczęłam inaczej przygotowywać się do wtorków. Bluzkę prasowałam dzień wcześniej, a z szuflady buteleczkę perfum, których nie używałam od lat. Kilka kropel za uszami i na nadgarstkach. To nie była próżność, to było oczekiwanie i nadzieja.
Zauroczył mnie
Stefan też się zmieniał. Zauważyłam, że nosił inną koszulę co tydzień, jakby wybierał ją z myślą o mnie. I coraz częściej przynosił coś drobnego – raz cukierki, raz kawę w papierowych kubkach. Kiedyś przyniósł krzyżówki.
– Pomyślałem, że może lubisz rozwiązywać – powiedział.
– Lubię. Ale chyba najbardziej lubię, jak ktoś o mnie pamięta – odpowiedziałam.
Siedzieliśmy w poczekalni jak zawsze – jedno obok drugiego. Ludzie wokół przychodzili i odchodzili, zmieniały się nazwiska na liście, ale my trwaliśmy jak mała wysepka spokoju pośród całego tego ruchu.
– Czasem mi się śni – powiedział pewnego razu, patrząc na drzwi gabinetu – że znów jestem zakochany. Taki głupi sen. Mam wtedy czterdzieści lat i ta kobieta… no, jest.
– I co wtedy robisz? – zapytałam niepewna, dlaczego moje serce zaczęło bić szybciej.
– Budzę się. I przez chwilę leżę z zamkniętymi oczami, żeby nie uciekło.
Milczeliśmy przez chwilę. Wtedy powiedziałam coś, co zaskoczyło nawet mnie samą.
– A ja... czasem boję się, że już nic mnie nie czeka. Że wszystko, co było piękne, już się wydarzyło. Że już tylko czekam na... nie wiem na co.
Zbliżyliśmy się
Wyciągnął dłoń i ujął moją. Trzymaliśmy się tak przez moment – zwyczajnie, bez pośpiechu, bez lęku. Poczekalnia opustoszała. Pielęgniarka wyszła i zniknęła gdzieś na zapleczu. Świat ucichł.
– Anno… – powiedział nagle – może to głupie. Ale chciałbym…
Nie skończył. Pochylił się i lekko musnął moje usta swoimi. Krótko, delikatnie, nieśmiało, jakby się bał, że zaraz zniknę. Nie odsunęłam się. Nie powiedzieliśmy już tego dnia nic więcej. Pewnego popołudnia zaprosiłam go do siebie. Zrobiłam herbatę, upiekłam ciasto. Siedzieliśmy przy stole, a ja czułam się jak za dawnych lat – jak kobieta, a nie tylko czyjaś mama, czyjaś babcia, czyjaś pacjentka.
– Gdyby moja Magda się dowiedziała… chyba umarłaby ze wstydu.
Uśmiechnął się smutno.
– A ja myślę, że masz prawo do szczęścia. Nawet po siedemdziesiątce. Może właśnie wtedy najbardziej.
– A jeśli wszyscy się odwrócą? – zapytałam. – Jeśli moja córka uzna mnie za starą wariatkę? Jeśli sąsiedzi zaczną mówić za plecami?
– Nie potrzebuję wszystkich – powiedział spokojnie. – Potrzebuję ciebie.
Patrzyłam w jego twarz i szukałam w niej czegoś, co mogłoby mnie przekonać. Nie miał złotych słów, nie obiecywał cudów, ale był, patrzył na mnie tak, jak nie patrzył na mnie nikt od lat. I to wystarczało.
Anna, 71 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wujek Edek na Wigilii zrobił nam wstrząsający żart. Podzielił nas mocniej, niż widok kukurydzy w sałatce jarzynowej”
- „Mąż w Sylwestra wyszedł do sklepu i wrócił po 3 godzinach. Nie uwierzę, że tyle czasu wybierał majonez w spożywczym”
- „W tym roku spędziłam pierwsze święta bez męża. Nic tak nie boli na starość jak widok pustego miejsca przy stole”