Reklama

Noc była cicha, aż nienaturalnie. Siedziałam na kanapie z laptopem na kolanach i poczuciem, że jeśli teraz czegoś nie zrobię, utknę w miejscu na kolejne miesiące. Kliknięcie w opcję „1 osoba” przyniosło ulgę, której się po sobie nie spodziewałam. Jakby ta decyzja mówiła: wreszcie mogę przestać się tłumaczyć. A jednocześnie gdzieś głęboko pojawił się lęk, że ta cisza wyjazdu obnaży coś, przed czym uciekałam od lat.

Niezależność niczym tarcza

Rezerwacja ferii wydarzyła się w środku nocy, kiedy miasto za oknem było czarne i nieruchome, a ja miałam wrażenie, że cały świat na chwilę przestał czegoś ode mnie chcieć. Laptop stał na stole, herbata dawno wystygła, a ja wpatrywałam się w formularz, jakby od tej jednej decyzji zależało coś więcej niż kilka dni wolnego. Kiedy zaznaczyłam opcję „1 osoba”, poczułam w klatce piersiowej coś na kształt ulgi. Krótkiej, ale intensywnej.

– No wreszcie – mruknęłam sama do siebie, choć w mieszkaniu nie było nikogo, kto mógłby to usłyszeć.

Przez chwilę byłam z siebie dumna. Z tego, że nie kalkuluję, nie czekam, aż ktoś się zdecyduje, nie dostosowuję planów do cudzych grafików i humorów. A zaraz potem przyszło ukłucie, którego nie zapraszałam. Myśl, że znowu jadę sama. Że znów nie było nikogo, komu chciałabym zaproponować wspólny wyjazd. Telefon zawibrował niemal natychmiast, jakby Lena wyczuła moment mojej słabości.

– Ty naprawdę chcesz jechać sama? – zapytała bez wstępów, kiedy odebrałam. – Przecież ferie to czas dla rodzin z dziećmi.

– Właśnie dlatego – odpowiedziałam zbyt szybko. – Też chcę odpocząć.

– Iga, odpoczynek to jedno, ale izolacja to drugie. Przecież mogłaś pojechać z kimś.

– Z kim? – zapytałam ciszej, niż planowałam.

Zapadła krótka cisza, ta niewygodna, w której obie wiedziałyśmy, że odpowiedź jest oczywista. Lena miała swoje „my”, wspólne plany, kompromisy i drobne kłótnie o to, gdzie pojechać i co zjeść na kolację. Ja miałam przestrzeń, wolność i coraz częściej poczucie, że ta niezależność jest tarczą, a nie wyborem.

– Martwię się o ciebie – powiedziała w końcu. – Bo mam wrażenie, że chowasz się za tą samodzielnością.

Rozłączyłam się chwilę później, udając, że bateria mi padła. Siedziałam jeszcze długo w ciszy, patrząc na potwierdzenie rezerwacji. Zastanawiałam się, czy naprawdę chcę być sama, czy tylko nauczyłam się wybierać samotność, zanim ktoś zrobi to za mnie. Kliknęłam „zapisz” i zamknęłam laptopa, jakby to mogło zamknąć też wszystkie wątpliwości. Nie wiedziałam jeszcze, że ta decyzja, tak rozsądna i logiczna, będzie początkiem rozmowy ze sobą, której od dawna unikałam.

Samotność wśród obcych

Do pensjonatu dotarłam późnym popołudniem. Śnieg skrzypiał pod butami, a z okien sączyło się ciepłe światło, które obiecywało spokój i chwilowe zapomnienie. Kiedy otworzyłam drzwi, uderzył mnie zapach herbaty i wilgotnych kurtek. W środku było głośniej, niż się spodziewałam. W jadalni siedziały rodziny. Dzieci śmiały się zbyt głośno, ktoś komuś nalewał zupę, ktoś poprawiał komuś szalik. Stałam chwilę z walizką w ręku, czując się jak widz, który wszedł na scenę nie w porę.

– Dzień dobry – odezwała się kobieta zza lady. Miała spokojny głos i uważne spojrzenie. – Pani Iga?

Skinęłam głową.

– Jedynka, prawda? – zapytała bez oceniania, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.

– Tak.

– Zapraszam. Jestem Ewa.

Pokój był mały, ale przytulny. Jedno łóżko, okno na zaśnieżone drzewa i cisza, która nagle zrobiła się bardzo głośna. Rozpakowując się, słyszałam zza ściany śmiech pary, która najwyraźniej właśnie planowała wieczorny spacer. Każde takie dźwięki trafiały we mnie ostrzej, niż bym chciała. Wieczorem zeszłam na kolację. Usiadłam sama przy małym stoliku pod ścianą. Przede mną talerz, obok puste krzesło. Patrzyłam, jak ludzie pochylają się ku sobie, jak podają sobie sól, jak porozumiewają się spojrzeniami. Czułam irytację, potem zazdrość, a na końcu zmęczenie tymi emocjami. Ewa podeszła, stawiając przede mną herbatę.

– Czasem najtrudniej jest być samemu wśród ludzi – powiedziała cicho, jakby czytała mi w myślach.

Myślałam, że tu sobie odpocznę – odpowiedziałam po chwili. – A mam wrażenie, że wszystko we mnie jest bardziej wyostrzone.

– Bo samotność potrafi być wyborem – odparła. – Ale bywa też karą, którą sami sobie wymierzamy.

Zostałam z tym zdaniem na długo po tym, jak odeszła. Wróciłam do pokoju wcześniej niż planowałam, położyłam się ubrana na łóżku i wpatrywałam w sufit. Spokój, którego tak bardzo chciałam, nie przyszedł. Zamiast niego pojawił się cichy smutek i pytanie, czy naprawdę jestem tu dlatego, że chcę być sama.

Tomasz był jak lustro

Poznałam go następnego dnia rano, zupełnie bez zapowiedzi. Stałam przy ekspresie do kawy, próbując zdecydować, czy bardziej potrzebuję kofeiny, czy ciszy, kiedy ktoś obok powiedział:

– Zawsze mam wrażenie, że ta maszyna ocenia mnie, zanim naleje kawę.

Uśmiechnęłam się odruchowo i spojrzałam w bok. Tomasz. Zwyczajny facet, w szarej bluzie, z lekkimi cieniami pod oczami, jakby też nie spał najlepiej.

– Mnie już dawno skreśliła – odpowiedziałam. – Robi kawę, ale bez przekonania.

Usiedliśmy przy jednym z większych stołów, choć oboje byliśmy sami. Nie zaproponował, nie zapytałam. Po prostu to się wydarzyło. Rozmawialiśmy o pogodzie, trasach spacerowych, o tym, że zimą wszystko wydaje się bardziej szczere, bo nie da się niczego ukryć. Ani razu nie padło pytanie, z kim przyjechałam. Dopiero później, kiedy wychodziliśmy razem przed pensjonat, powiedział:

– Też jestem sam. Tak… na własne życzenie.

To zdanie wracało do mnie przez resztę dnia. Spacerowaliśmy obok siebie, czasem w ciszy, czasem wymieniając uwagi o drobiazgach. Nie było nachalności, nie było prób zbliżenia. A jednak czułam napięcie. Nie między nami, tylko we mnie. Każdy jego gest analizowałam z przesadną uważnością, jakbym szukała sygnałów zagrożenia. Przypomniał mi się Paweł. Jego zdystansowany uśmiech, zdania urywane w pół, obietnice, które nigdy nie przybierały realnych kształtów. Jak długo tłumaczyłam sobie, że on po prostu „taki jest”. Jak łatwo usprawiedliwiałam brak obecności tym, że przecież ja też potrzebuję przestrzeni. Wieczorem Tomasz zaproponował herbatę w salonie pensjonatu.

– Jeśli masz ochotę – dodał szybko. – Bez zobowiązań.

To „bez zobowiązań” zabrzmiało jak znajoma melodia. Skinęłam głową, choć coś się we mnie cofnęło. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, rozmawiając o rzeczach, które zwykle omija się na początku. O lęku przed przywiązaniem, o zmęczeniu udawaniem, że wszystko jest w porządku. Zrozumiałam wtedy, że Tomasz nie jest zagrożeniem. Jest lustrem. Pokazuje mi, jak bardzo boję się sytuacji, w której ktoś mógłby być dostępny naprawdę. I jak wygodne było dla mnie wybieranie tych, którzy nigdy nie byli. Kiedy wróciłam do pokoju, długo nie mogłam zasnąć. Po raz pierwszy od dawna bałam się nie odrzucenia, ale tego, że ktoś mógłby zostać.

Nagły powrót przeszłości

Wiadomość od Pawła przyszła wieczorem, kiedy byłam już w łóżku. Telefon leżał obok, ekran rozświetlił się nagle, jakby ktoś zapalił światło w pokoju, w którym od dawna panował półmrok. Jego imię wystarczyło, żeby serce przyspieszyło w sposób, którego nie potrafiłam już racjonalnie wytłumaczyć. „Jak tam ferie?” Tylko tyle. Żadnego powodu, żadnego kontekstu. Usiadłam, opierając się plecami o ścianę, i poczułam znajome napięcie w karku. Przez chwilę patrzyłam na wiadomość, jakby była zagadką. Przecież nie mieliśmy kontaktu od miesięcy. Przecież to ja zdecydowałam, że przestanę czekać.

Odpisałam po dłuższej chwili: „Spokojnie. Jest zimno i cicho.” „Zawsze lubiłaś ciszę” – odpowiedział niemal od razu. To zdanie było jak klucz do drzwi, które obiecałam sobie zamknąć. Bo to nie była prawda. Lubiłam ciszę tylko wtedy, gdy ktoś był obok. Z Pawłem cisza zawsze oznaczała dystans. Dni bez wiadomości, rozmowy urywane w pół zdania, poczucie, że jestem dodatkiem do jego życia, a nie jego częścią. Telefon zadzwonił. Zawahałam się, ale odebrałam.

– Nie przeszkadzam? – zapytał tym samym spokojnym tonem, który kiedyś brałam za opanowanie.

– Trochę – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Zaśmiał się krótko, jakby to było coś uroczego.

Zawsze byłaś szczera.

Rozmawialiśmy kilka minut. O niczym ważnym. A jednak po zakończeniu połączenia ręce mi drżały. Złość mieszała się z ulgą, wstyd z tęsknotą. Zrozumiałam, że reaguję dokładnie tak samo jak kiedyś. Jakby czas się cofnął, a ja znów stała w miejscu, czekając, aż ktoś zdecyduje, ile mogę dostać. Następnego dnia spotkałam Ewę w korytarzu. Spojrzała na mnie uważnie.

– Czasem przeszłość wraca, kiedy jesteśmy wystarczająco cicho, by ją usłyszeć – powiedziała.

Tego popołudnia wyszłam sama na spacer. Śnieg skrzypiał pod stopami, a ja wreszcie dopuściłam do siebie myśl, że ten wyjazd nie był ucieczką od ludzi. Był ucieczką od decyzji, których bałam się podjąć. Od postawienia granicy. Od przyznania, że samotność bywała dla mnie wygodnym schronieniem przed ryzykiem bliskości.

Bardzo bałam się bliskości

Ostatni dzień ferii był zaskakująco jasny. Słońce odbijało się od śniegu tak mocno, że musiałam mrużyć oczy. Pakowałam się powoli, jakby ten rytm miał mi pomóc poukładać myśli. Tomasz zapukał do drzwi przed moim wyjazdem, niepewnie, bez tej swobody, którą mieliśmy jeszcze dzień wcześniej.

– Chciałem się pożegnać – powiedział. – I powiedzieć, że dobrze było… po prostu z kimś pobyć.

Skinęłam głową. Nie zaproponowałam wymiany numerów, on też nie naciskał. W tej powściągliwości było więcej szacunku niż w wielu deklaracjach, które słyszałam w życiu. Kiedy wyszedł, poczułam ukłucie straty, ale inne niż zwykle. Bez paniki. Bez potrzeby natychmiastowego zapełniania pustki. W drodze na dworzec dostałam jeszcze jedną wiadomość od Pawła. Nie otworzyłam jej od razu. Wiedziałam, że cokolwiek tam jest, nie zmieni tego, co zrozumiałam. Że przez lata wybierałam ludzi niedostępnych, bo przy nich mogłam pozostać w połowie drogi. Ani całkiem sama, ani naprawdę z kimś. Bezpieczna, ale też nieobecna.

Usiadłam w pociągu przy oknie. Otworzyłam wiadomość dopiero wtedy, gdy krajobraz zaczął się oddalać. Była krótka i zachowawcza. Jak on. Nie odpisałam. Nie z gniewu, raczej z nowej świadomości, że odpowiedź byłaby kolejnym krokiem wstecz. Wracałam sama, ale ta samotność nie była już ucieczką ani deklaracją niezależności na pokaz. Była przestrzenią, w której po raz pierwszy nie musiałam niczego udowadniać. Nie miałam gotowych planów ani odwagi, która nagle rozwiązałaby wszystko. Miałam za to niewygodną prawdę o sobie i zgodę na to, że zmiana zaczyna się od przyznania, jak bardzo bałam się bliskości. Wiedziałam jedno, że nie chcę już budować swojej tożsamości na byciu „tą rozsądną, która radzi sobie sama”. Chcę nauczyć się ryzykować. Nawet jeśli oznacza to błąd, rozczarowanie albo ból. Bo udawana samotność bolała mnie znacznie dłużej.

Iga, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama