Reklama

Zawsze mówił, że nie potrafi planować, że najlepsze rzeczy wychodzą mu przypadkiem. Przez długi czas chciałam w to wierzyć, bo ta wersja Pawła była wygodna i ciepła. Kiedy więc wspomniał o walentynkowym wyjeździe do spa, poczułam wybuch radości, ale gdzieś pod nią czaił się cień, którego nie umiałam jeszcze nazwać.

Uwierzyłam w ten „spontan”

Paweł powiedział o wyjeździe między jednym a drugim łykiem porannej kawy, jakby informował mnie o zmianie planów na obiad. Stał oparty o blat kuchenny, w koszuli jeszcze nie do końca zapiętej, z tym swoim lekkim uśmiechem, który zwykle rozbrajał moje wątpliwości.

– W piątek po pracy jedziemy do spa – rzucił. – Tak po prostu. Walentynki, wiesz. Pomyślałem, że będzie fajnie.

Zamarłam z kubkiem przy ustach.

– Do spa? – powtórzyłam, bardziej żeby zyskać czas niż z braku zrozumienia.

– No. Nad jeziorem. Cisza, spokój. Taki spontaniczny wypad. – Wzruszył ramionami. – Wiesz, że lubię cię zaskakiwać.

„Lubię”, nie „kocham”. Ten szczegół przemknął mi przez głowę, ale nie pozwoliłam mu zostać. Przecież nie wszystko musi być analizowane. Uśmiechnęłam się, nawet szczerze.

– To miłe – odpowiedziałam.

Podszedł, pocałował mnie w czoło, jak zawsze trochę za szybko, jakby się spieszył nawet z czułością. Poczułam zapach jego perfum, znajomy i bezpieczny. Przez chwilę naprawdę uwierzyłam, że robi to dla mnie. Przez resztę dnia chodziłam z lekko uniesionym sercem. Opowiadałam koleżance w pracy o wyjeździe, słuchając własnego głosu, który brzmiał bardziej entuzjastycznie, niż się czułam. Coś jednak uwierało. Paweł nie zapytał, czy mam wolny piątek. Nie zapytał, co lubię w takich miejscach. Po prostu ogłosił plan. Wieczorem, gdy pakowałam kosmetyczkę, zerknęłam na niego.

– Długo to planowałeś? – zapytałam niby od niechcenia.

– Och, wiesz… – przeciągnął. – W ostatniej chwili. Jak zawsze.

Uśmiechnął się, a ja skinęłam głową. Spontaniczność. Jego ulubione słowo, które coraz częściej brzmiało jak wymówka. Przypomniałam sobie inne „nagłe” decyzje: zmiany planów, niedopowiedziane wieczory, rozmowy urwane w pół zdania. Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam obok niego, słuchając jego równego oddechu, i zastanawiałam się, czy ten wyjazd jest zaproszeniem do bliskości, czy tylko kolejnym ruchem, który ma przykryć coś, czego jeszcze nie widziałam wyraźnie.

Nie byłam tu pierwsza

Dojechaliśmy późnym popołudniem. Spa wyłoniło się zza zakrętu jak pocztówka: jasny budynek, oszklone tarasy, jezioro gładkie jak tafla lustra. Wysiadłam z auta z uczuciem, że powinnam być zachwycona. I byłam. Przez chwilę. Paweł wyjął bagaże z bagażnika sprawnie, bez zawahania. Ruszył w stronę wejścia pewnym krokiem, nawet się nie obejrzał, czy idę za nim. Złapałam swoją torbę i podążyłam, próbując zignorować drobne ukłucie irytacji.

– Ładnie tu – powiedziałam, bardziej do siebie.

– Mhm – mruknął. – Najlepsze są pokoje od strony wody.

Zatrzymałam się na sekundę.

– Skąd wiesz? – zapytałam.

Odwrócił się i uśmiechnął, ale w tym uśmiechu było coś mechanicznego.

– Wiesz, czytałem opinie – odparł zbyt szybko. – Ludzie piszą.

W lobby panował przyjemny półmrok. Zapach świeżości i ciszy. Paweł odruchowo skręcił w stronę wind, jakby robił to setny raz, po czym dopiero cofnął się w kierunku recepcji.

– Meldunek najpierw – rzucił z lekkim śmiechem.

Patrzyłam na niego uważniej niż zwykle. Na to, jak skinął głową ochroniarzowi. Na to, że nie rozejrzał się ciekawie, nie chłonął miejsca. Jakby wszystko było już znane. W pokoju od razu odsunął zasłony.

– Wieczorem zrobi się tu pięknie – powiedział.

Znów to poczucie, że coś zostało wypowiedziane o jeden raz za dużo. Usiadłam na łóżku, gładząc dłonią narzutę.

– Często bywasz w takich miejscach? – zapytałam.

– Nie częściej niż inni – odpowiedział, nie patrząc na mnie. – Przestań analizować.

To zdanie zabolało mnie bardziej, niż powinno. Analizowanie było moją reakcją obronną, sposobem na porządkowanie świata, który coraz częściej wymykał mi się z rąk. Paweł zawsze unikał jasnych deklaracji. Gdy pytałam, gdzie jesteśmy jako para, mówił, że „jest dobrze, po co to psuć słowami”. Teraz stał przy oknie, oparty o szybę, spokojny i zadowolony. A ja czułam, jak we mnie coś się napina. Jakby intuicja, długo uciszana, zaczynała domagać się głosu. Wieczorem poszliśmy na kolację. Paweł rozmawiał swobodnie z kelnerem, żartował, trafnie przewidywał, co pojawi się na talerzu. Patrzyłam na niego i po raz pierwszy pomyślałam, że nie jestem tu pierwsza.

Upokorzenie szybsze niż gniew

Rano zeszliśmy do recepcji, żeby zapytać o godziny zabiegów. Paweł został kilka kroków za mną, udając zainteresowanie stojakiem z ulotkami. Podeszłam do lady sama, jeszcze nieświadoma, że za chwilę coś we mnie pęknie. Recepcjonistka miała jasne włosy związane niedbale z tyłu głowy i uważne oczy. Uśmiechnęła się do mnie w sposób spokojny, profesjonalny, ale nieobojętny.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – zapytała.

– Chciałam zapytać o dostępne zabiegi dla dwojga – odpowiedziałam.

Zaczęła coś sprawdzać w komputerze, po czym zerknęła na mnie ponownie.

– Państwo są u nas na walentynkowy pakiet? – upewniła się.

– Tak – skinęłam głową.

Zawahała się. To było ledwie zauważalne, ułamek sekundy, ale wystarczający. Jej palce zatrzymały się nad klawiaturą.

– Już… sprawdzam szczegóły – powiedziała wolniej. – Proszę chwilę poczekać.

W tym momencie Paweł podszedł bliżej.

– Wszystko w porządku? – zapytał swobodnie.

Recepcjonistka uniosła wzrok. Spojrzała najpierw na niego, potem na mnie. W jej oczach pojawiło się coś, co natychmiast mnie zaniepokoiło. Rozpoznanie.

– Tak… oczywiście – odpowiedziała, ale jej głos stracił lekkość. – Już widzę rezerwację.

Znów ta pauza.

– Byli państwo u nas niedawno – dodała, jakby mimochodem. – Tydzień temu, prawda?

Powietrze zgęstniało. Serce uderzyło mi tak mocno, że na moment przestałam słyszeć własne myśli.

– My? – zapytałam cicho.

Paweł zaśmiał się krótko.

– Chyba mnie pani z kimś myli – rzucił.

Recepcjonistka nie uśmiechnęła się.

– Przepraszam – powiedziała spokojnie, patrząc już tylko na mnie. – Rzeczywiście… rezerwacja była na to samo nazwisko. Pokój z widokiem na jezioro. Tylko… z inną osobą.

Nie było w tym oskarżenia. Ani sensacji. Tylko fakt, rzucony między nas jak coś ciężkiego i nieodwracalnego. Poczułam, jak twarz robi mi się gorąca. Jakby wszyscy w lobby nagle wiedzieli to, czego ja właśnie się dowiedziałam. Upokorzenie przyszło szybciej niż gniew. Stałam nieruchomo, próbując zrozumieć, dlaczego świat nie zatrzymał się w miejscu.

– Och… – wydusiłam.

Paweł milczał. A jego cisza była głośniejsza niż jakiekolwiek tłumaczenie.

Poczułam tylko cichy smutek

Nie pamiętam, jak wróciłam do pokoju. Pamiętam tylko miękkość wykładziny pod stopami i dźwięk zamykanych drzwi, który zabrzmiał jak ostateczna kropka. Paweł coś mówił, szedł obok mnie, ale jego słowa rozmywały się w szumie, który narastał mi w głowie. Usiadłam na brzegu łóżka i wpatrywałam się w jezioro za oknem. Wczoraj wydawało się spokojne, dziś było obce i zimne.

– Natalia, to jakieś nieporozumienie – zaczął w końcu. – Nie przesadzaj, ona coś pomyliła.

Nie odpowiedziałam. Analizowałam każde zdanie z ostatnich miesięcy, każdy wieczór, gdy wracał później, każdą rozmowę urwaną w pół.

– Dlaczego nic nie mówisz? – zapytał z nutą irytacji.

– Bo jeśli się odezwę, to usłyszysz rzeczy, których nie cofnę – powiedziałam spokojnie, sama zdziwiona własnym tonem.

Zapadła cisza. Ciężka, lepka. Zaczęłam rozumieć, że nie chodzi o ten jeden tydzień, o to jedno miejsce. Chodziło o schemat. O to, że zawsze byłam „pomiędzy”. Wystarczająca, ale nie jedyna. Bezpieczna, ale wymienna. Wstałam i podeszłam do lustra w łazience. Spojrzałam na swoją twarz. Zmęczoną, jakby starszą o kilka lat. Przypomniałam sobie momenty, gdy tłumaczyłam jego brak decyzji zmęczeniem, jego dystans potrzebą przestrzeni.

– Byłam dla ciebie wyborem? – zapytałam nagle, nie odwracając się.

Nie odpowiedział od razu.

– Po co teraz takie pytania? – mruknął w końcu.

Uśmiechnęłam się krzywo. To była odpowiedź. Poczułam smutek, ale był inny niż wcześniej. Cichy, klarowny. Bez nadziei na zmianę. Jakby coś we mnie wreszcie przestało walczyć. Usiadłam na łóżku i położyłam dłonie na kolanach. Wiedziałam już, że cokolwiek powie, nie cofnie obrazu, który się we mnie ułożył. I że najtrudniejsze nie będzie odejście, tylko przyznanie przed sobą, jak długo nie chciałam widzieć prawdy.

Wyszłam z hotelu sama

Nie spakowałam się od razu. To byłby zbyt gwałtowny ruch, zbyt teatralny jak na to, co czułam. Zostałam w pokoju, jakby nic się nie stało, jakbyśmy wciąż byli parą na wyjeździe, który miał coś naprawić. Paweł też został. Krążył po pokoju, wychodził na balkon, wracał, sprawdzał telefon. Nie pytał już o nic. Wieczorem usiedliśmy naprzeciwko siebie przy małym stoliku. Między nami stały filiżanki z herbatą, których żadne z nas nie tknęło. Spojrzał na mnie uważnie, jakby szukał we mnie dawnej wersji mnie — tej, która jeszcze dopytywała, tłumaczyła, próbowała.

– Nie chcesz wiedzieć, co mam do powiedzenia? – zapytał w końcu.

Pokręciłam głową.

– Nie – odpowiedziałam. – Bo cokolwiek powiesz, będzie żałosną próbą zmuszenia mnie, żebym została. A ja już jestem gdzie indziej.

To była prawda. W środku coś się odłączyło, cicho i bez bólu. Jakby ktoś delikatnie wyjął ze mnie oczekiwanie. Noc spędziliśmy w ciszy. Rano wstałam pierwsza. Spakowałam swoje rzeczy powoli, dokładnie. Gdy zamykałam walizkę, Paweł stał w drzwiach i patrzył, ale nie zatrzymał mnie. Może wiedział, że tym razem nie wrócę. Wyszłam z hotelu sama. Jezioro było takie samo jak dzień wcześniej, spokojne, obojętne. Zrozumiałam wtedy, że ten wyjazd nie był prezentem ani przypadkiem. Był powtórką. A ja przestałam chcieć grać w cudzą historię. Walentynki minęły. Została cisza i coś nowego pod nią — świadomość, że nie muszę być czyimś wyborem, jeśli sama siebie wybiorę.

Natalia, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama