Reklama

Nie mieliśmy dużo. I wcale nie potrzebowaliśmy. Nasz pokój z kuchnią na Grochowie miał odpadający tynk w łazience i nieszczelne okna, ale pachniało w nim ciepłą kawą i świeżym chlebem. Tomek uwielbiał wstawać pierwszy. Słyszałam, jak krząta się w kuchni – przesuwa kubki, wstawia czajnik, odsłania firankę. A potem mówił: „– Julia, wstawaj, bo kawa stygnie”. I to było lepsze niż jakikolwiek budzik.

Reklama

Wieczorami leżeliśmy na wersalce, owinięci jednym kocem. Oglądaliśmy filmy z laptopa, jedliśmy kanapki na kolację i marzyliśmy – nie o pieniądzach, tylko o tym, żeby kiedyś mieć więcej czasu dla siebie. Tomek mówił, że chce tylko, żebym była szczęśliwa. A ja byłam. Bardziej niż kiedykolwiek.

Dzieliliśmy się wszystkim – śniadaniem, rachunkami, książkami. I tym śmiesznym kremem na zimę, który kupowaliśmy na spółkę. Czasem się kłóciliśmy o głupoty – kto nie wyrzucił śmieci albo czyja kolej na zakupy – ale to wszystko znikało, gdy tylko przytulił mnie wieczorem i powiedział: „ Kocham cię, nawet jak jestem zły”.

A potem… wygraliśmy. Dwa miliony w totolotka. Nie zapomnę tego dnia nigdy. Byłam w sklepie, zadzwonił do mnie i nawijał jak oszalały. Wpadłam do mieszkania, a on siedział na podłodze, z otwartą kopertą i rękami trzęsącymi się jak u staruszka.

– Julia… Mamy to! Wygraliśmy!

Płakaliśmy wtedy oboje. Śmialiśmy się. Myślałam, że to będzie początek nowego, lepszego życia. Że od teraz już zawsze będzie tylko pięknie. Tylko że nie przewidziałam jednego. Że każde z nas będzie chciało czegoś zupełnie innego.

Mieliśmy różne marzenia

– Dwa miliony... – powtórzyłam chyba dziesiąty raz, patrząc na konto w aplikacji. – Tomek, wiesz, co to znaczy?

– Że nie musimy się już nigdy martwić o rachunki – odpowiedział, siadając obok i pociągając łyk herbaty. Zawsze był spokojniejszy ode mnie.

– Nie, że możemy wszystko! – niemal wykrzyczałam. – Tajlandia, Patagonia, Nowy Jork. Kurs ceramiki w Portugalii! W końcu...

– Julia, poczekaj – przerwał mi łagodnie, ale stanowczo. – Ja... myślałem o czymś innym.

– O czym?

– A jeśli kupilibyśmy działkę pod lasem? Taką, wiesz, z sadem. Postawilibyśmy tam domek, drewniany, prosty. Miałbym swoje narzędzia, własną pracownię. Ty miałabyś spokój, ciszę, mogłabyś pisać...

– I co, będziesz podlewał drzewa całe życie? – zapytałam z przekąsem.

– A ty co? Będziesz wiecznie uciekać? – odpowiedział bez emocji, ale z chłodnym dystansem.

Zamilkliśmy. Poczułam, jak coś we mnie pęka – jakby ktoś delikatnie przebił balon, z któego zaczęło ulatywać powietrze. Takie ciche rozczarowanie.

– Przecież zawsze mówiliśmy, że chcemy podróżować – powiedziałam ciszej. – Że życie jest jedno, trzeba zobaczyć świat.

– A ja chcę mieć wreszcie coś swojego. Miejsce, gdzie nie muszę uciekać – odparł. – Może ty nadal chcesz za czymś gonić, czegoś szukać, ale ja... ja chcę zapuścić korzenie.

Patrzyłam na niego i nagle uświadomiłam sobie, że on naprawdę mówi serio. To nie był chwilowy kaprys. On naprawdę tego chciał. A ja chciałam czegoś zupełnie innego. Pierwszy raz poczułam, że mamy inne marzenia, inne cele w życiu. Że może pierwszy raz od lat – nie idziemy w tę samą stronę.

To był początek końca

Zaczęło się niewinnie. Tomek przesiadywał godzinami przy komputerze, przeglądając fora budowlane, filmiki o metodach szalowania fundamentów, porównania pieców kaflowych. Gadał o ziemi gliniastej, o odwodnieniach, o koszcie metrów kwadratowych. Jakby to był jego nowy świat, w którym nie było miejsca dla mnie.

A ja? Ja siedziałam sama. Gapiłam się w okno i myślałam o Rio de Janeiro, o nocach w Buenos Aires, o smakach, których nie znałam, o językach, których chciałam się nauczyć.

– Czemu nie możemy razem gdzieś wyjechać, zanim zapuścimy korzenie? – zapytałam któregoś wieczoru. Przyszedł do kuchni po wodę, ja udawałam, że przypadkiem siedzę przy stole z mapą Ameryki Południowej.

– Bo ja nie chcę nigdzie wyjeżdżać. Nie potrzebuję życia na walizkach. Chcę wreszcie mieć miejsce, które będzie nasze – powiedział i westchnął. Jakby to był koniec rozmowy.

A ja nie chcę gnić w jednym miejscu – odpowiedziałam szybko. Za szybko. Za ostro.

Podniósł na mnie wzrok. Nie ze złością. Z czymś gorszym – z rezygnacją.

– Myślałem, że chcesz być szczęśliwa – powiedział cicho.

– Myślałam, że chcesz być szczęśliwy ze mną – odcięłam się. I sama poczułam, jak to uderzyło. We mnie też.

Później już nie rozmawialiśmy o podróżach. Ani o działce. Ja rezerwowałam kurs gotowania w Bolonii, ale nigdy nie zapłaciłam zaliczki. On umawiał się z geodetą i nie powiedział mi nawet, że był na kolejnej działce.

Spotykaliśmy się tylko w kuchni. Przypadkiem. I każde z nas uśmiechało się, jakby wszystko było w porządku. Ale nie było.

Nie zostało już nic do powiedzenia

Wracałam z pracy. Padał deszcz, taki wiosenny, uporczywy. Taki, który dostaje się pod kurtkę i za kołnierz, bez względu na parasol. Miałam ochotę tylko na herbatę i ciepłe skarpetki. Otworzyłam drzwi do mieszkania. Cisza. Czułam ją w kościach. Z kuchni dochodził tylko cichy szum lodówki.

Na stole leżała kartka. Krótkie pismo Tomka, trochę nierówne. „Pojechałem na działkę. Zostanę tam kilka dni. Muszę wszystko przemyśleć”. Nie zadzwoniłam od razu. Siedziałam na kanapie z kolanami pod brodą. Czekałam. Może sam zadzwoni. Może przyjedzie.

Ale mijały godziny. Potem dwa dni. Trzeciego wieczoru nie wytrzymałam. Wybrałam jego numer. Odebrał po trzech sygnałach.

– Cześć – powiedziałam.

– Cześć.

Cisza. Długa.

– Nie wiem już, czy my w ogóle chcemy jeszcze tego samego – powiedziałam w końcu. Powoli. Nie chciałam płakać, ale czułam ścisk w gardle.

– Też nie wiem – odpowiedział po chwili. I ta cisza między naszymi zdaniami była głośniejsza niż jakiekolwiek krzyki.

– Może... może to nie wina pieniędzy – zaczęłam. – Może to my się po prostu pogubiliśmy. I każde poszło w swoją stronę.

– A może to właśnie wina pieniędzy. Zmieniły wszystko – dodał chłodno.

Chciałam krzyknąć, że to nie pieniądze, tylko on. Że to on przestał mnie słuchać. Że zamknął się w świecie planów budowlanych i przepisów prawa wodnego, a ja zostałam gdzieś na peronie z plecakiem pełnym niespełnionych marzeń.

Ale nic nie powiedziałam. Tylko oddychaliśmy wspólnie przez słuchawkę. Jak dwoje ludzi, którzy jeszcze chwilę temu dzielili życie. A teraz zostało im tylko milczenie.

Miłość nie wystarczy

Droga na działkę była długa i wyboista. Nie tylko ta asfaltowa, ale ta wewnętrzna – z głowy do serca. Przez większość trasy chciałam zawrócić. Miałam wrażenie, że robię z siebie idiotkę. Że jadę tam jak dziewczyna, która nie przyjęła do wiadomości, że już jest po wszystkim. Ale chciałam go zobaczyć. Nie po to, żeby wracać. Po to, żeby się upewnić, że... no właśnie, co? Że to naprawdę koniec?

Domek był ładny. Zbyt ładny. Jak z katalogu: okna w drewnianych ramach, świeżo pomalowana altanka, hamak rozwieszony między drzewami. Pachniało lasem i świeżym chlebem. Takim, jaki kiedyś piekliśmy razem.

Tomek otworzył mi drzwi. Nie był zaskoczony. Jakby się spodziewał.

– Wejdziesz?

Weszłam. Usiadłam na krześle, które znałam z jego opowieści: „tu będzie kuchnia letnia, tu ława, a tu – twoje ulubione miejsce na książki”. Tylko że nie było żadnych książek.

– Pamiętasz, jak spaliśmy na podłodze, bo nie mieliśmy łóżka? – zaczęłam. Głos mi zadrżał.

– Pamiętam – powiedział cicho. – Wtedy byliśmy razem. Teraz... jesteśmy obok siebie.

Milczeliśmy. On w końcu usiadł naprzeciwko. Zauważyłam, że ręce mu drżą. Chciałam je złapać, ale nie zrobiłam tego.

Nie umiem już wrócić do tamtego życia – powiedział. – Za bardzo się zmieniłem.

– A ja nie potrafię być szczęśliwa bez ruchu, bez zmiany, bez szaleństwa – przyznałam.

Spojrzał na mnie. Tak bardzo znajomo, że aż serce mi stanęło.

– Nadal cię kocham – wyszeptał.

– Ja ciebie też. Ale to nie wystarczy, prawda?

Skinął głową.

Nie przytuliliśmy się. Nie płakaliśmy. Tylko siedzieliśmy naprzeciw siebie – dwoje ludzi, którzy się nie zdradzili, nie skrzywdzili. Po prostu... przestali być tacy, jak kiedyś.

To już nie wróci

Lotnisko w Berlinie było ogromne. Nikt się tu nie oglądał za nikim, nikt nikogo nie żegnał dramatycznie. I ja też nie. Po prostu przesunęłam walizkę do kontroli i nie oglądałam się za siebie.

Pierwszy lot – Lizbona. Potem miała być Andaluzja, później może Kolumbia, może Peru. Nie planowałam już za bardzo. Nie miałam planów. Tylko bilety w jedną stronę.

W plecaku miałam zdjęcie. Nasze, sprzed kilku lat, nad morzem. Śmialiśmy się wtedy w promieniach słońca, jedliśmy frytki na kocu. Tomek miał piasek we włosach, a ja okulary przeciwsłoneczne, które potem zgubiłam. Zdjęcie zgięło się w połowie. Pękło w miejscu, gdzie stykają się nasze głowy.

Z Tomkiem pisaliśmy do siebie raz na jakiś czas. Bez złości. Bez żalu. Czasem wysyłał zdjęcia jabłoni, którą sam zasadził. Czasem ja – plażę w Algarve, filiżankę kawy w Porto. Kiedyś napisał: „Zrobiłem kompot z antonówek. Nie masz pojęcia, jak pachnie”.

Odpisałam tylko: „Kupiłam sukienkę w kolorze wody. Wyglądam w niej jak syrena”.

Nie byliśmy już parą. Ale byliśmy historią. Naszą. Jedyną.

Bywały wieczory, że śmiałam się z ludźmi przy winie na tarasie, tańczyłam z nieznajomym pod hiszpańskim niebem, płakałam w hostelu w Medellin, jadłam najlepsze krewetki w życiu i zasypiałam w hamaku. Byłam wolna. I czasem – bardzo samotna.

Ale nie tęskniłam za powrotem. Tęskniłam za tym, co było przed pieniędzmi. Za wersalką na Grochowie. Za herbatą w kubku z wyszczerbieniem. Za Tomkiem z tamtych lat. Ale wiedziałam, że to już nie wróci.

To była nasza historia

Wracam do mieszkania w Warszawie po kilku miesiącach tułaczki. Walizka jest lżejsza niż kiedyś, choć przecież przywiozłam z sobą cały świat. Ciepło Hiszpanii, piach z portugalskich plaż, kilka listów od przypadkowo spotkanych ludzi i słoik konfitur z Sycylii. I coś jeszcze – coś, czego nie potrafię nazwać. Spokój? Może.

Wchodzę do pustego mieszkania. Pachnie kurzem i czymś jeszcze – chyba samotnością. Zdejmuję buty, siadam na łóżku. To łóżko kupiliśmy razem, kilka dni po wygranej. Niby wygodne. Ale nigdy nie pachniało tak, jak tamta wersalka z Grochowa.

Wzięłam do ręki telefon. Przewinęłam rozmowę z Tomkiem. Ostatnia wiadomość od niego sprzed dwóch tygodni: „Zrobiłem pierwszy cydr. Kwaśny jak diabli, ale może tobie by smakował”. Odpowiedziałam serduszkiem. Nic więcej. Nie płaczę. Już nie. Nie ma łez. Nie ma też złości. Jest tylko ta cisza – taka, co otula, ale nie boli.

Siedzę w ciemności. Za oknem miga światło latarni. W końcu otwieram laptopa i piszę. Pierwsze zdanie, bez poprawiania, bez cofania.

„Wygraliśmy wszystko. Ale przegraliśmy siebie”.

I wiem, że nie zamieniłabym tej historii na żadną inną. Bo była prawdziwa. I była nasza.

Reklama

Julia 37 lat

Reklama
Reklama
Reklama