„Z zimowego wyjazdu do SPA w górach przywiozłam pamiątkę na całe życie. Mąż uwierzył, że to jego sprawka”
„Miałam wszystko: męża, córkę, dom i stabilną pracę. A jednak czułam się niewidzialna. Cisza w małżeństwie bolała bardziej niż kłótnie. Tydzień w SPA miał być tylko resetem, niewinną ucieczką od codzienności. Nie wiedziałam, że jeden wyjazd, jedno spojrzenie i jedna decyzja zmienią całe moje życie – na zawsze”.

- Redakcja
W teorii miałam wszystko: męża, kilkuletnią córkę, dach nad głową i stabilną pracę. Waldek był odpowiedzialny, spokojny, dobry ojciec. Dla wielu pewnie idealny materiał na męża. Tyle że mnie od dawna nie przytulał bez powodu, nie patrzył z uwagą, nie słuchał, kiedy mówiłam. Spaliśmy w jednym łóżku, ale czuliśmy się jak współlokatorzy. Bliskość? Ostatni raz... nie pamiętam. I nie, nie chodziło o zdrady czy dramaty. To było gorsze. Była cisza. Obok niego czułam się niewidzialna.
Paulina, moja przyjaciółka od lat, widziała to, zanim sama się do tego przyznałam.
– Julita, ty się powoli wypalasz. Potrzebujesz resetu. Masz w sobie jeszcze ogień, tylko ktoś go przygasił – powiedziała mi pewnego wieczoru przez telefon.
Wiedziałam, że ma rację. Kiedy zaproponowała tydzień w SPA w górach, miałam wątpliwości. Córka, dom, Waldek... Ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej czułam, że muszę. Dla siebie.
– Tylko nie mów Waldkowi, że to babski wyjazd. Powiem, że szkolenie służbowe – rzuciłam.
Nie miałam pojęcia, że właśnie zaczynam coś, czego nie da się już cofnąć.
Będzie bosko...
Już pierwszego dnia wiedziałam, że dobrze zrobiłam. Ośrodek spa był położony na uboczu, wśród drzew i ciszy. Pachniało tam lawendą, sosną i jakimś luksusem, na który sama bym się nie zdobyła. W pokoju czekały na nas szlafroki, prosecco i kartka z planem masaży. Paulina aż klasnęła w dłonie.
– Mówiłam, że będzie bosko. Żadnego „mamo”, żadnego „kochanie, a gdzie moje skarpetki?”. Tylko my i zero zobowiązań – rzuciła, wskakując w klapki.
Pojechałyśmy na weekend, ale już w pierwszy wieczór miałam wrażenie, że wyjechałam z życia na całe lata. Przestałam patrzeć na zegarek. Przestałam myśleć o Waldku. Nie tęskniłam. To było najdziwniejsze.
Drugiego dnia poznałyśmy Maksa. Pojawił się przy basenie, gdy z Pauliną sączyłyśmy drinki. Był jednym z animatorów – tych, którzy organizują wieczorne rozrywki, poranne stretchingi, ogniska. Młodszy ode mnie o jakieś pięć lat, pewny siebie, wyluzowany, nie za przystojny, ale magnetyczny.
– Panie na jutrzejsze kino plenerowe już zapisane? – zapytał, podchodząc z uśmiechem.
– A warto? – zażartowałam.
– Tylko jeśli lubi pani ryzyko i dreszcze. I nie mam na myśli pogody.
Zachichotałam. Paulina spojrzała na mnie ostrzegawczo.
– Julita… Uważaj – mruknęła, gdy Maks odszedł.
– Na co?
– Na siebie.
Zbyłam ją. To tylko rozmowa. Tylko żart. Ale gdzieś w środku coś się poruszyło. Dawno nie czułam się zauważona. A on patrzył na mnie tak, jakby widział więcej niż szlafrok i mokre włosy.
Wystarczyło, jak na mnie patrzył
Wszystko potoczyło się szybciej, niż przypuszczałam. Początkowo rozmowy z Maksem były tylko przelotnymi żartami – przy basenie, przy barze, podczas wspólnej sesji jogi. Był czarujący, ale nie nachalny. Miał ten luz, który działał na kobiety jak magnes. Nie musiał mówić wiele. Wystarczyło, jak na mnie patrzył.
– Masz świadomość, że ten chłopak flirtuje z tobą bez skrupułów? – zapytała Paulina, kiedy wieczorem wróciłyśmy do pokoju.
– Przesadzasz – wzruszyłam ramionami, ale uśmiechnęłam się do siebie w lustrze.
– Julita, on nie zaprasza wszystkich na spacer nad jezioro po kolacji.
– To tylko spacer.
– Z mężczyzną, który wygląda, jakby miał trzydziestkę na karku i zero zobowiązań? To nie spacer. To zwiastun katastrofy.
Paulina miała rację. I właśnie dlatego się zgodziłam.
Szliśmy wzdłuż jeziora, a w powietrzu czuć było zapach mokrych liści i czegoś jeszcze – napięcia. Maks mówił o sobie niewiele. Zamiast tego zadawał pytania. Czasem banalne, czasem zaskakująco trafne. Czułam się przy nim... kobieco. Po prostu.
– A co byś zrobiła, gdybyś mogła przez jeden dzień być kimkolwiek? – zapytał nagle.
– Kimś, kto nie musi nic udawać – odpowiedziałam bez namysłu. Spojrzał na mnie uważnie.
Nie pamiętam, kto pierwszy się zbliżył. Może on. Może ja. Ale pocałunek był nieunikniony. Ciepły, powolny, jakbyśmy oboje czekali na to całe życie.
Potem wszystko potoczyło się naturalnie. Dotyk, zapach jego skóry, szeptane słowa w pokoju, którego drzwi zatrzasnęły się za nami z miękkim kliknięciem. Było cicho. Nikt nie krzyczał, że to błąd. Nawet moje sumienie.
Ucieszył się
Powrót do domu był jak zderzenie ze ścianą. Waldek przywitał mnie jak zawsze – przytulił chłodno, spytał, jak było, po czym wrócił do przeglądania faktur przy kuchennym stole. Zosia rzuciła się na mnie z radością, a ja prawie się rozpłakałam. Tylko nie z tęsknoty. Ze wstydu.
Przez pierwsze dni chodziłam jak w transie. Każdy zapach przypominał mi Maksa. Ręcznik pachniał jak jego szyja. Herbata z imbirem jak nasze noce. Po jakimś czasie zaczęłam wymiotować.
Początkowo myślałam, że to stres. Przemęczenie. Ale kiedy zaczęłam omijać zapach kawy, wiedziałam. Kupiłam test tylko po to, żeby się upewnić. Dwie kreski. Jak dwie grube granice, których nie powinnam była przekraczać.
Stałam w łazience z testem w dłoni i czułam, jak świat wiruje. To nie mogło być dziecko Waldka. W SPA byłam krótko. Waldek mnie nie dotykał od dawna. To był Maks. Z całym swoim uśmiechem, luzem, ciepłymi dłońmi i... nieobecnością.
Chciałam zadzwonić do Pauliny. Powiedzieć jej, że wszystko się wali. Ale od wyjazdu się nie odezwała. A może po prostu wiedziała, że to się tak skończy?
Wieczorem powiedziałam Waldkowi, że jestem w ciąży. Ucieszył się. Serio. Przytulił mnie, pierwszy raz od dawna. Miał łzy w oczach.
– Będziemy mieli drugie dziecko... – wyszeptał.
Uśmiechnęłam się przez zaciśnięte gardło. A potem zamknęłam się w łazience i wymiotowałam znowu.
Tylko Paulina wiedziała
Czas płynął. Brzuch rósł. Waldek coraz częściej dotykał mnie z czułością, której wcześniej brakowało. Dla niego ta ciąża była drugim początkiem. Dla mnie – przypomnieniem każdego kłamstwa, które w sobie nosiłam.
Nie potrafiłam już spojrzeć Paulinie w oczy. Wiedziała. Po powrocie z wyjazdu patrzyła na mnie z tym swoim spokojem, który nie potrzebował słów. Kiedy zadzwoniła po raz pierwszy od tygodni, nie odebrałam. Kiedy zadzwoniła drugi raz – odebrałam.
– Musisz z tym coś zrobić, Julita – powiedziała bez zbędnych wstępów. – Nie da się żyć w kłamstwie.
– Nie mam wyjścia. Mam rodzinę – szepnęłam.
– Więc ją właśnie tracisz. Po kawałku. I siebie przy okazji też.
Nie odpisałam już na wiadomości. Nie chciałam słyszeć rozsądku. Potrzebowałam ciszy. Potrzebowałam przetrwać. Rano praca, wieczorem bajki z Zosią, potem herbata z Waldkiem. Scenariusz idealnej rodziny, w którym tylko ja znałam drugie dno.
Pewnego dnia Waldek przyniósł mi kubek z mlekiem.
– Czuję, że jesteś szczęśliwsza – powiedział. – Od kiedy jesteś w ciąży, jakoś... promieniejesz.
Spojrzałam na niego z udawanym uśmiechem. On widział światło. Ja czułam popiół. Nie wiedziałam już, kim jestem. Kochającą matką? Zdrajczynią? Ofiarą? Kłamczuchą? Każdego wieczoru przytulałam Zosię i szeptałam jej do ucha: "Mama cię kocha". A potem w ciemności ściskałam brzuch i mówiłam to samo temu drugiemu dziecku. Bo nawet jeśli nie wiedziałam, kim jestem – wiedziałam, że muszę chronić przynajmniej ich.
Nie miałam już złudzeń
Poród był szybki, cichy, bez komplikacji. Chłopiec. Zdrowy, różowy, śpiący jak anioł. Waldek płakał, trzymając mnie za rękę. Później trzymał go na rękach i mówił, że wygląda jak Zosia, tylko że z jego nosem.
Ja nie widziałam nosa Waldka. Widziałam Maksa. Kiedy po raz pierwszy zostałam z synkiem sama, spojrzałam mu w oczy i... serce mi się zatrzymało. Ten sam kolor. Ten sam układ powiek. Nie miałam już złudzeń. Mój syn – dziecko wakacyjnego romansu – spał spokojnie w szpitalnym łóżeczku. Obok mnie. W naszym życiu. W naszej rodzinie.
Waldek nie podejrzewał nic. Był zakochany. Dumny. I coraz bardziej obecny. Zosia tuliła się do mnie, a potem do braciszka, opowiadając mu bajki, które znała na pamięć. Wszyscy byli szczęśliwi. Tylko ja nie.
Zaczęłam się oddalać. Unikałam spojrzeń, dotyku. Nie mogłam spać. Śnił mi się Maks – raz trzymający synka na rękach, raz odwracający się i znikający we mgle. Nie miałam jak się z nim skontaktować. Nie wiedział, nie wiedział i nie miał się jak dowiedzieć.
Paulina zadzwoniła po kilku miesiącach. Powiedziała tylko jedno zdanie:
– Powiedz mu. Albo zniszczysz siebie i jego.
– Jeszcze nie teraz – wyszeptałam.
– Julita, ty się dusisz.
Zawahałam się.
– Nie wiem, jak mu powiedzieć, że całe jego ojcostwo to iluzja.
Wieczorem Waldek próbował porozmawiać. O nas. O tym, że widzi, że coś się dzieje.
– Chcesz mi coś powiedzieć? – zapytał cicho.
– Nie… – odpowiedziałam. – Wszystko jest w porządku.
Skłamałam. Znowu.
Każdego dnia przypomina mi, co zrobiłam
Minął rok. Nikt nie zna prawdy. Z zewnątrz wyglądamy na szczęśliwą rodzinę – dwójka dzieci, stabilna praca, dom, w którym pachnie obiadem. Waldek całuje mnie, gdy wychodzi do pracy. Zosia rysuje laurki z napisem „kocham cię, mamo”. Syn rośnie – uśmiecha się tak, jak tamten. Każdego dnia przypomina mi, co zrobiłam.
Moje życie jest ciche. Poukładane. I zupełnie nierzeczywiste. Żyję w teatrze, w którym każda rola mnie boli. Udaję żonę. Udaję matkę bez tajemnic. Udaję, że śpię spokojnie. Nie wiem, kim jestem. Czasem patrzę w lustro i nie poznaję kobiety po drugiej stronie. Przecież miało być inaczej. Romans miał być chwilą. Oderwaniem. Ale zostawił ślad, który chodzi teraz po naszym domu i mówi „mama”.
Paulina już się nie odzywa. Może straciła cierpliwość. Może się poddała. Ja nie mam odwagi. Nie wiem, czy Waldek kiedyś się dowie. Może nie. Może dziecko nie zapyta nigdy, dlaczego ma oczy inne niż pozostali. Może uda się żyć w tym teatrze do końca. Może niektórych prawd lepiej nie wypowiadać na głos.
Czasem myślę, że milczenie to forma ochrony. Czasem – że tchórzostwa. Każdego dnia powtarzam sobie jedno zdanie: Zrobiłam to, co musiałam, by uratować to, co jeszcze zostało. Czy mi się udało? Nie wiem.
Julita, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż późno wracał do domu i kłamał mi w oczy, że to przez pracę. Szybko odkryłam, jak wyglądają te jego służbowe kolacje”
- „Pojechałam z koleżanką w Beskidy, choć nie znoszę nart ani śniegu. Tej zimy rozgrzało mnie dobre towarzystwo w saunie”
- „W Tatrach odnalazłam dawną miłość. Nie sądziłam, że spotkanie po latach rozgrzeje mnie bardziej niż herbata z imbirem”