Reklama

Zawsze byłam tą „ogarniętą”. Tą, która robi tabelki w Excelu przed każdą większą decyzją – od zakupu blendera po wycieczkę nad morze. Ale ostatnio miałam dość. Pomyślałam: „Dobra, Marta, raz nie planujesz co do grosza. Daj sobie na luz”. I wtedy właśnie Tomek, mój mąż, rzucił:

– Może pojedziemy w góry? Z dziećmi. Na ferie. Co ty na to?

Kacper aż podskoczył z radości. Lidka, choć nic nie rozumiała, też zaczęła klaskać. A ja… się zgodziłam. Chciałam być taką mamą, która łapie chwile. Chciałam, żeby dzieci pamiętały coś więcej niż tylko poranne „szybko, spóźnimy się do przedszkola”. Chciałam chyba być lepsza, niż naprawdę byłam.

Tomek jest zupełnie inny. On potrafi wydać stówę na balony, bo „dzieciom się podoba”. Albo zabrać nas w sobotę na pizzę, mimo że lodówka pełna. Kochany. I totalnie bezmyślny, jeśli o finanse chodzi. A ja? Ja czuję się często jak samotna księgowa w tej rodzinie. Kacper chce wszystko, Lidka wszystko psuje, a Tomek – on udaje, że wszystko gra. Do czasu. No i pojechaliśmy. Z nadziejami większymi niż nasze konto oszczędnościowe.

Z zewnątrz wyglądało jak z bajki

Drewniany pensjonat otulony śniegiem, świerki jak z reklamy czekolady, tabliczka "Witamy serdecznie" przy drzwiach. Lidka aż zapiszczała, a Tomek mrugnął do mnie jakby mówił: „Widzisz? Warto było.” Ale jak tylko weszliśmy do środka, czar prysł.

W korytarzu pachniało wilgocią, a z sufitu przy recepcji zwisała lampa na kablu owiniętym taśmą izolacyjną. Pani Hania, właścicielka, uśmiechała się tylko ustami – oczami mierzyła nas od stóp do głów, jakbyśmy przynieśli błoto na butach.

– Pokój 7. Schodami w górę. Tylko proszę dzieci pilnować, bo schody strome, a ściany cienkie – rzuciła.

Nasz pokój był... funkcjonalny. Grzyb na ścianie za łóżkiem przypominał mapę Włoch. Serio. Pokazałam to Tomkowi.

– Widzisz? Tam Sycylia! – rzuciłam z ironią.

– Oj, przestań, przecież tu się tylko śpi – odpowiedział. – Zobacz, dzieciaki zadowolone.

Nie były. Lidka już marudziła, że chce do domu, bo łóżko skrzypi. Kacper spytał, gdzie jest telewizor. A ja spytałam Tomka:

– Gdzie są rzeczy z listy, którą ci dałam?

Spojrzał na mnie jak uczeń, który zapomniał pracy domowej.

No… wziąłem co najważniejsze. Kurtki, buty…

– A termometr? Syrop na kaszel? Przewijak?

– Kochanie… jedziemy odpocząć, nie róbmy z tego ekspedycji na K2…

Wtedy pękłam.

– Za te pieniądze mogliśmy pojechać do Grecji! Albo zrobić drugie wesele!

– No ale nie zrobiliśmy – syknął – tylko przyjechaliśmy tu. Z dziećmi. Na ferie. I teraz mamy tydzień. Więc może choć raz – przestań liczyć wszystko w złotówkach.

Nie odpowiedziałam. Spojrzałam na Lidkę wtuloną w misia i Kacpra rzucającego skarpetką w sufit. Westchnęłam. Wesele przynajmniej trwało tylko jeden dzień.

Dzieci się cieszą

Drugiego dnia plan był prosty: spacer, sanki, może góralska kwaśnica. Ale zanim zeszliśmy na śniadanie, Lidka wylała sok na jedyną bluzkę z długim rękawem, a Kacper ogłosił, że go boli noga i on nigdzie nie idzie.

To może dziś coś spokojniejszego – zaproponował Tomek, przeglądając ulotki w holu. – Tu jest aquapark, tu kulig, tu papugarnia.

– Papugarnia? – spojrzałam na niego. – Przecież Kacper boi się ptaków od przedszkola.

– No dobra, to aquapark. Dzieci będą miały frajdę.

I mieli. Kacper piszczał jak na rollercoasterze, Lidka chlapała wodą w brodziku. A ja siedziałam na ławce, z mokrą bluzką. Tomek zapomniał ręczników. I kapci. I w sumie połowy torby.

– Ale patrz, jak się cieszą – powiedział z dumą, kupując dzieciom kolejne lody.

Po południu było lodowisko (70 zł za godzinę), potem pamiątki („Mamo, ja chcę kubek z kozicą!”), potem pizza („Ale tylko z podwójnym serem”). Wieczorem spisałam wydatki w notatniku. Już wtedy przekroczyliśmy budżet. I to znacznie.

Zamiast odpoczywać, mam ochotę wrócić do pracy – rzuciłam, wcierając krem w twarz. – Wtedy przynajmniej wiem, na co idą pieniądze.

– Daj spokój – odpowiedział Tomek, przeglądając zdjęcia w telefonie. – Dzieci się cieszą.

Cieszyły się, ale miałam wrażenie, że płacę za tę radość wszystkim, co mamy.

Może nie umiemy być szczęśliwi

– Marta? Ty?! – usłyszałam za sobą znajomy głos, kiedy szukałam chusteczek w górskim sklepiku.

Odwróciłam się i zamarłam. Kuba. I obok niego Zosia. Mój były chłopak z liceum i jego żona, kiedyś moja najlepsza koleżanka z klasy. Nie widzieliśmy się od lat, ale wyglądało, jakby wyszli prosto z jakiegoś „idealnego” poradnika: on zarośnięty w modny sposób, ona w polarze, schludna i promienna, z dwójką dzieci, które właśnie grzecznie jadły kanapki. Z plecaka. Pod sklepem. Bez marudzenia. Bez krzyków.

– Wow, jakie spotkanie! – uśmiechałam się, ale czułam, że wyglądam jak zombie po trzech nieprzespanych nocach.

– Jesteśmy tu co roku – mówiła Zosia. – Lubimy ten klimat. Sami robimy śniadania, dzieci przyzwyczajone, więc bez niespodzianek.

Patrzyłam na ich termos z herbatą, własne kanapki i spokojne dzieci i poczułam, jak narasta we mnie coś paskudnego. Zazdrość? Złość? Wstyd?

Wróciłam do pensjonatu z Lidką na rękach – znów się rozkleiła, bo zgubiła rękawiczkę. Kacper wrzeszczał, że boli go głowa. Tomek spóźnił się, bo „gadał z jakimś gościem o oponach”. Weszłam do holu, zatrzymałam się, próbując złapać oddech. I wtedy usłyszałam.

– Jakby nie mogli jechać pod namiot, a nie marudzić tu za te grosze – mówiła pani Hania do telefonu, odwrócona tyłem. – Wszystko im nie pasuje.

Poczułam, że coś mi się zaciska w gardle. Odwróciłam się na pięcie i weszłam do pokoju, trzaskając drzwiami.

Pakuj się. Wracamy wcześniej – powiedziałam Tomkowi.

– Co?! – uniósł brwi. – Marta, daj spokój. Przestań panikować.

– Może w ogóle nigdzie nie jeździjmy?! – wybuchnęłam. – Może to nie dla nas! Może jesteśmy tacy właśnie – z plecakiem, z grzybem na ścianie i z dziećmi, które płaczą od rana!

Milczał. A ja pierwszy raz naprawdę pomyślałam: może to nie dzieci mnie męczą. Może to całe „idealne” życie to ściema. Może my po prostu… nie umiemy być szczęśliwi.

Może to ja za dużo chcę?

Wieczorem siedziałam w łazience z telefonem w ręku. Woda z kranu kapała nierówno, a ja pisałam do siostry.

– Jeśli ktoś jeszcze raz powie mi, że wakacje z dziećmi to najlepszy czas, to go wyśmieję.

– Oj, aż tak źle? – odpisała.

– Gorzej. Mieszkamy w pokoju z grzybem. Dzieci płaczą. Mąż wydaje pieniądze, jakbyśmy wygrali w totka.

– Chociaż jest pogoda. Przynajmniej wrócisz zregenerowana.

– Jaka? Jestem wykończona. A wiesz, ile już wydaliśmy?

Zamknęłam oczy. Chwilę później siedziałam na łóżku z zeszytem na kolanach. Spisałam wszystkie wydatki – od pizzy po bilety na aquapark. Na końcu napisałam sumę. Spojrzałam na nią i zamarłam. Wyższa niż nasze wesele. Przez tydzień w górach wydaliśmy więcej, niż na jeden z najpiękniejszych dni mojego życia.

Zamknęłam zeszyt i poczułam, że łzy same lecą. Usiadłam na krześle przy oknie. Śnieg cicho padał. Pensjonat szeptał skrzypieniem drewna. A we mnie… coś pękło. Ubrałam się w pośpiechu, narzuciłam kurtkę, wyszłam. Przeszłam przez pustą uliczkę. Miałam ochotę biec i krzyczeć. A potem zaszyć się gdzieś, gdzie nie ma dzieci, rachunków i obowiązków.

– A może to ja jestem problemem? – przemknęło mi przez głowę. – Może za dużo chcę. Za bardzo kontroluję. Może naprawdę tylko ja nie potrafię być szczęśliwa?

Stojąc wśród zasp, z nosem czerwonym od zimna, miałam ochotę zniknąć, ale wróciłam. Bo ktoś musiał dać dzieciom kolację.

Jutro też będzie dzień

Dzieci zasnęły szybciej niż zwykle. Kacper bez gadania, Lidka tylko zapytała, czy jutro pójdziemy „tam, gdzie była ta zjeżdżalnia”. Skinęłam głową, choć w środku wszystko mi się buntowało. Wyszłam przed pensjonat. Tomek już tam był, siedział na ławce, z dłońmi wsuniętymi w kieszenie kurtki. Obok parował niedopity kubek herbaty.

– Myślałem, że już śpisz – powiedział cicho.

Usiadłam obok. Przez chwilę milczeliśmy. Nie było w tym ciszy napięcia, raczej zmęczenie.

– Nie ogarniam jak ty – zaczął w końcu. – Serio. Ty widzisz wszystko: pieniądze, konsekwencje, jutro. Ja… ja widzę, że Kacper się śmieje. Że Lidka klaszcze w basenie. I cieszy mnie to.

– A ja nie chcę, żeby pamiętali matkę, która tylko liczy i płacze – odpowiedziałam szybciej, niż zdążyłam pomyśleć. – Boję się. Boję się, że się nie damy rady. Że coś przeoczę. Że pewnego dnia obudzimy się z ręką w nocniku.

Tomek spuścił wzrok.

Może oboje mamy rację. I oboje przesadzamy – powiedział. – Ja uciekam w „tu i teraz”. Ty w kontrolę i zamartwianie się. A dzieci są gdzieś pomiędzy.

Spojrzałam na niego. Na zmarszczkę między brwiami, której wcześniej nie było. Przysunął się bliżej. Przez chwilę oparłam głowę na jego ramieniu. Było dobrze, choć nie idealnie. Nie rozwiązaliśmy niczego. Nie ustaliliśmy budżetu życia. Nie obiecaliśmy sobie cudów. Tylko siedzieliśmy tak, wiedząc, że jutro znów będzie trudne.

Marta, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama