„Zabawiłam się w swatkę i znalazłam przyjaciółce faceta. Za późno zrozumiałam, że podsuwam jej pod nos miłość mego życia”
„Zbieraliśmy książki w milczeniu, a kiedy nasze dłonie spotkały się na okładce albumu o architekturze, spojrzeliśmy na siebie. Miał brązowe oczy, w których czaiła się inteligencja i jakaś dobroć. To słowo rzadko pasuje do pierwszego wrażenia, ale w jego przypadku było idealne. I tak to się zaczęło”.

- Redakcja
Zawsze uważałam się za kobietę rozsądną, poukładaną i, co najważniejsze, lojalną. Moje życie przypominało dobrze zorganizowany kalendarz, w którym każde spotkanie miało swój cel, a każda relacja – swoje miejsce. Jednak w tym precyzyjnym planie był jeden chaos, którego nie potrafiłam, a może nie chciałam kontrolować. Miała na imię Paulina. Była moją najlepszą przyjaciółką od czasów liceum i kompletnym przeciwieństwem mnie samej. Kiedy ona płakała po kolejnym nieudanym związku z „niegrzecznym chłopcem”, ja parzyłam melisę i układałam plan naprawczy. Tym razem plan był prosty: znaleźć jej kogoś normalnego. Kogoś, kto da jej stabilizację. Nie przewidziałam tylko jednego – że ten idealny kandydat okaże się brakującym elementem w mojej własnej układance.
Podjęłam misję ratunkową
Wszystko zaczęło się w duszne, sierpniowe popołudnie. Paulina po raz kolejny przeżywała dramat sercowy. Tym razem obiektem jej westchnień był perkusista amatorskiego zespołu, który zapomniał o jej urodzinach, bo, jak twierdził, szukał weny w górach. Siedziałyśmy w moim salonie, a ona nerwowo skubała róg poduszki.
– Dlaczego ja zawsze trafiam na takich facetów? – pytała retorycznie, patrząc w sufit. – Czy ja mam wypisane na czole „zrań mnie”?
Spojrzałam na nią z czułością, ale i z nutą irytacji. Paulina była piękna, pełna energii, ale miała fatalny radar. Przyciągała kłopoty jak magnes.
– Nie masz nic wypisane – westchnęłam, podając jej herbatę. – Po prostu szukasz emocji tam, gdzie nie ma fundamentów. Potrzebujesz kogoś stabilnego. Kogoś, kto czyta książki, ma stałą pracę i pamięta daty.
– Nuda – skwitowała, pociągając nosem.
– Nie nuda, tylko dojrzałość – poprawiłam ją stanowczo. – Obiecuję ci, że jeśli będę miała okazję, znajdę ci kogoś takiego. Zrobię wstępną selekcję. Nie dopuszczę do ciebie nikogo, kto nie przejdzie moich testów jakości.
Zaśmiała się przez łzy. Traktowała to jako żart. Ja jednak potraktowałam to jako wyzwanie. Czułam się odpowiedzialna za jej szczęście, co, jak się później okazało, było moim największym błędem. Przez kolejne tygodnie chodziłam po świecie z szeroko otwartymi oczami, skanując otoczenie nie dla siebie, ale dla niej. Ja byłam sama od dwóch lat, po spokojnym, ale wypalonym związku, i wmawiałam sobie, że na miłość przyjdzie jeszcze czas. Teraz priorytetem była Paulina.
Obok mnie pojawił się on
Los bywa przewrotny i lubi uderzać w najmniej oczekiwanych momentach. Tego dnia weszłam do dużej księgarni w centrum handlowym tylko po to, by kupić prezent dla szefa. Błądziłam między regałami, szukając nowej biografii znanego polityka, kiedy moja torebka zahaczyła o stos nowości wydawniczych. Książki runęły na podłogę z hukiem, który w ciszy czytelni zabrzmiał jak wystrzał armatni. Zanim zdążyłam ukucnąć, obok mnie pojawił się on. Mężczyzna w granatowym swetrze, o ciepłym, spokojnym spojrzeniu.
– Proszę zostawić, pomogę pani – powiedział głosem tak kojącym, że natychmiast przestałam się denerwować.
Zbieraliśmy książki w milczeniu, a kiedy nasze dłonie spotkały się na okładce reportażu o architekturze, spojrzeliśmy na siebie. Miał brązowe oczy, w których czaiła się inteligencja i jakaś taka… dobroć. To słowo rzadko pasuje do pierwszego wrażenia, ale w jego przypadku było idealne.
– Dziękuję, jestem straszną niezdarą – uśmiechnęłam się przepraszająco.
– To wina księgarzy, budują zbyt wysokie wieże z literatury – odparł z uśmiechem, który sprawił, że poczułam ciepło w sercu. – Swoją drogą, świetny wybór. Ten autor pisze o przestrzeni miejskiej w fascynujący sposób.
I tak to się zaczęło. Zamiast podziękować i odejść, zostaliśmy tam, rozmawiając o książkach, architekturze (okazało się, że jest architektem krajobrazu) i absurdach życia w wielkim mieście. Miał na imię Artur. Był zabawny, ale w taki nienachalny, inteligentny sposób. Słuchał uważnie. Nie przerywał. Patrzył mi w oczy. Po dwudziestu minutach rozmowy, która płynęła tak naturalnie, jakbyśmy znali się od lat, w mojej głowie zapaliła się lampka: „To on. To ten idealny facet dla Pauliny”. Spełniał wszystkie kryteria. Był stabilny, kulturalny, przystojny w klasyczny sposób. Zapytał, czy mam ochotę na kawę.
– Właściwie… – zawahałam się. Moje serce krzyczało „tak”, ale mój mózg, zaprogramowany na misję, włączył hamulec. – Bardzo chętnie, ale spieszę się do pracy. Jednak… moja przyjaciółka uwielbia tego autora. Może wymienimy się numerami? Czasami organizujemy małe spotkania dyskusyjne.
To było kłamstwo szyte grubymi nićmi. Nie organizowałyśmy żadnych spotkań. Ale Artur, być może nieco zaskoczony moją rezerwą, wyciągnął telefon.
– Jasne. Chętnie poznam kogoś, kto docenia dobrą literaturę.
Wymieniliśmy się wizytówkami. Wyszłam z księgarni z sercem bijącym jak młot. Czułam dumę, że znalazłam kandydata idealnego. Gdzieś głęboko, pod warstwą satysfakcji, tliło się jednak małe ukłucie żalu. Zignorowałam je. Przecież on był dla Pauliny.
Kłamstwo w dobrej wierze
Wieczorem zadzwoniłam do Pauliny.
– Mam go – oznajmiłam triumfalnie.
– Kogo? Nowego klienta? – zapytała znudzonym głosem.
– Kandydata na męża. Spotkałam go w księgarni. Architekt, oczytany, szarmancki. Ma na imię Artur.
– Architekt? – Paulina ożywiła się nieco. – Brzmi nieźle. Ale czy nie jest nudziarzem?
– Daj mu szansę. Umówię was. Powiedziałam mu, że masz podobne zainteresowania.
– Ale ja nie wiem nic o architekturze! – zaprotestowała.
– To nie ma znaczenia. Po prostu bądź sobą, tylko tą wersją bardziej… stonowaną. Ubierz tę sukienkę w kwiaty, a nie skórzaną spódnicę.
Zaaranżowanie spotkania zajęło mi kilka dni. Musiałam pisać do Artura, udając, że organizuję „niezobowiązujące wyjście ze znajomymi”, na które ostatecznie „nie dotarłam”, zostawiając ich samych. To była manipulacja, której się wstydziłam, ale cel uświęcał środki. Czekałam na relację Pauliny z obgryzionymi paznokciami. Zadzwoniła dopiero następnego dnia rano.
– I jak? – zapytałam, wstrzymując oddech.
– No… jest miły – powiedziała bez entuzjazmu. – Zabrał mnie do fajnej restauracji. Otwierał drzwi, odsuwał krzesło. Dziwne uczucie.
– Ale podoba ci się?
– Jest przystojny. Ale wiesz, nie ma tych iskier. Nie ma tej chemii, co z Piotrkiem.
Piotrek był tym perkusistą. Przewróciłam oczami.
– Paulina, iskry z Piotrkiem kończyły się płaczem. Artur to materiał na partnera. Daj temu czas.
– No dobra, umówiliśmy się do kina w sobotę. Zobaczymy.
Powinnam się cieszyć. Moja misja zakończyła się sukcesem. Dlaczego więc czułam się tak, jakbym właśnie oddała ulubiony sweter, w którym sama chciałam chodzić?
Zrozumiałam swój błąd
Mijały tygodnie. Paulina i Artur spotykali się regularnie. Z jej relacji wynikało, że Artur jest zaangażowany, stara się, wymyśla ciekawe randki. Ona jednak ciągle narzekała. A to, że mówi za dużo o swojej pracy, a to, że nie lubi klubów, a to, że kupił jej storczyka zamiast róż. Ja stałam się powierniczką ich związku, a właściwie powierniczką jej narzekań. Czasami jednak zdarzało się, że spotykaliśmy się we trójkę. Paulina naciskała na te spotkania, twierdząc, że przy mnie „jest luźniej”. Pamiętam jeden wieczór w październiku. Poszliśmy na wernisaż wystawy fotograficznej. Paulina nudziła się setnie, sprawdzając co chwilę telefon. Artur stał obok mnie, patrząc na czarno-białe zdjęcie przedstawiające opuszczony dworzec.
– Smutne, prawda? – zapytał cicho, nie odrywając wzroku od fotografii. – Tyle podróży, które się tam odbyły, a teraz tylko cisza.
Spojrzałam na niego i poczułam dreszcz. Dokładnie to samo pomyślałam chwilę wcześniej.
– Czasami cisza mówi więcej niż hałas – odpowiedziałam instynktownie.
Artur odwrócił się do mnie gwałtownie, jakby usłyszał coś niezwykle ważnego. Jego oczy błyszczały.
– Dokładnie tak – szepnął. – Wiesz, Paulina uważa, że te zdjęcia są depresyjne. A ja widzę w nich nadzieję. Że natura odzyskuje to, co jej zabraliśmy.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. W tym spojrzeniu było porozumienie, którego Paulina nigdy z nim nie osiągnęła. Czułam, jak powietrze między nami gęstnieje. Było w tym coś magnetycznego, a zarazem zakazanego.
– Chodźcie już! – głos Pauliny rozdarł ten magiczny moment. Stała przy wyjściu, machając ręką. – Umieram z głodu, chodźmy na pizzę.
Artur westchnął niemal niesłyszalnie, uśmiechnął się do mnie smutno i ruszył w jej stronę. A ja zostałam z tyłu, z walącym sercem i potworną świadomością: zakochałam się w facecie, którego sama podsunęłam przyjaciółce. I co gorsza, miałam wrażenie, że on czuje się lepiej w moim towarzystwie niż w jej.
Nie mogłam na nich patrzeć
Sytuacja stawała się nie do zniesienia. Paulina traktowała Artura jak pewnik, jak wygodny mebel, który zawsze czeka w domu. Zaczęła go lekceważyć. Spóźniała się na spotkania, odwoływała randki w ostatniej chwili, bo „wypadło jej coś ciekawszego”. On znosił to z anielską cierpliwością, choć widziałam w jego oczach narastające zmęczenie. Zaczęliśmy do siebie pisać. Niewinnie. O książkach, o filmach, o pogodzie. Czasami wysyłał mi zdjęcie jakiegoś budynku z pytaniem: „Co sądzi o tym moja ekspertka od estetyki?”. Odpisywałam, starając się zachować dystans, ale każde powiadomienie od niego sprawiało, że mój dzień stawał się jaśniejszy. Wiedziałam, że stąpam po kruchym lodzie. To była zdrada emocjonalna, nawet jeśli nic fizycznego się nie wydarzyło. Czułam się winna wobec Pauliny, ale jednocześnie byłam wściekła na nią. Miała skarb, którego nie potrafiła docenić. Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie z płaczem.
– Zerwałam z nim – wyłkała.
Serce podskoczyło mi do gardła. Nadzieja mieszała się z przerażeniem.
– Co się stało? – zapytałam, starając się brzmieć neutralnie.
– On jest za dobry! – krzyknęła do słuchawki. – Rozumiesz? Kupił mi bilety do teatru na naszą miesięcznicę, a ja chciałam iść na imprezę do Kaśki. Powiedziałam mu, że jest nudny i że potrzebuję przestrzeni. A on po prostu powiedział „rozumiem” i wyszedł. Nawet nie walczył! Zacisnęłam zęby. Nie walczył, bo prawdopodobnie wiedział, że to nie ma sensu.
– Paulina… może on po prostu szanuje twoje decyzje? – próbowałam tłumaczyć.
– Nie, on po prostu nie ma ikry! Wracam do poszukiwań. A ty miałaś rację, jest stabilny, ale ja się duszę.
Rozłączyła się. Siedziałam w ciszy, patrząc na telefon. Droga była wolna. Teoretycznie. W praktyce sytuacja była skomplikowana. Czy mogłam teraz wejść w relację z byłym chłopakiem mojej najlepszej przyjaciółki? Kodeks przyjaźni mówił jasno, że nie. Ale serce krzyczało: tak, tak, tak!
Spotkanie rozwiało złudzenia
Minęły dwa tygodnie. Nie odzywałam się do Artura, dając mu czas na ochłonięcie. Paulina już randkowała z jakimś instruktorem fitnessu i wydawała się zupełnie nie przejmować rozstaniem. Pewnego dnia spotkałam Artura w parku. Siedział na ławce, czytając książkę. Tę samą, o której rozmawialiśmy podczas naszego pierwszego spotkania. Zawahałam się, ale nogi same poniosły mnie w jego stronę.
– Cześć – powiedziałam cicho.
Podniósł wzrok. Przez chwilę wyglądał na zaskoczonego, a potem na jego twarzy pojawił się ten sam ciepły uśmiech, który pamiętałam.
– Cześć, Magda.
Usiadłam obok niego, zachowując bezpieczny dystans.
– Przykro mi z powodu ciebie i Pauliny – skłamałam. To znaczy, było mi przykro, że cierpiał, ale nie, że się rozstali.
Artur zamknął książkę i odłożył ją na bok.
– Niepotrzebnie. To była pomyłka od samego początku. Oboje o tym wiemy.
Spojrzał mi głęboko w oczy, a ja poczułam, jak pieką mnie policzki.
– Paulina jest specyficzna, potrzebuje dużo emocji – próbowałam jej bronić, choć słowa więzły mi w gardle.
– Wiem, jaka jest Paulina. Ale wiesz co? Przez cały ten czas, kiedy byłem z nią, miałem wrażenie, że rozmawiam z niewłaściwą osobą.
Zamarłam. Czy on sugerował to, co myślałam?
– Kiedy pisałem do ciebie o książkach, kiedy rozmawialiśmy na tym wernisażu… czułem, że to z tobą powinienem tam być – kontynuował, a jego głos był spokojny, ale stanowczy. – Ale ty mnie jej przedstawiłaś. Ty mnie do niej pchnęłaś. Uznałem, że skoro tak zrobiłaś, to znaczy, że nie jesteś mną zainteresowana. Że jestem dla ciebie tylko „materiałem na chłopaka dla koleżanki”.
Jego słowa uderzyły mnie jak policzek. Miał rację. To ja ustawiłam te granice. To ja weszłam w rolę swatki, ignorując własne uczucia i jego sygnały. Chciałam być dobrą przyjaciółką, a okazałam się tchórzem, który bał się zaryzykować własne szczęście.
– Artur, ja… – zaczęłam, ale nie wiedziałam, co powiedzieć. – Bałam się. Myślałam, że robię dobrze.
– Czasami robiąc dobrze innym, krzywdzimy siebie – powiedział smutno. – Lubię cię, Magda. Bardzo. Ale nie potrafię teraz tak po prostu przeskoczyć z jednej przyjaciółki na drugą. To zbyt skomplikowane. Za dużo w tym wszystkim cienia Pauliny.
Wstał, poprawiając płaszcz.
– Może w innym życiu, w innej księgarni, nie upuściłabyś tych książek, a ja zaprosiłbym cię na kawę od razu, bez pośredników.
Odszedł alejką parkową, a ja zostałam sama, patrząc na jego oddalającą się sylwetkę. Liście spadały z drzew, tworząc kolorowy dywan, ale dla mnie świat nagle stał się szary.
Gorzka lekcja o altruizmie
Od tamtego dnia minęło pół roku. Paulina jest już po kolejnym burzliwym rozstaniu z instruktorem fitnessu i znów przesiaduje u mnie na kanapie, narzekając na facetów. Słucham jej, parzę herbatę, ale coś się zmieniło. Nie szukam już dla niej rozwiązań. Nie naprawiam jej życia. Artura widziałam jeszcze raz, przypadkiem, w towarzystwie innej kobiety. Wyglądali na szczęśliwych. Trzymali się za ręce i śmiali z czegoś, co on jej pokazywał w witrynie sklepowej. Patrzyła na niego z takim uwielbieniem, na jakie zasługiwał, a którego Paulina nigdy mu nie dała. I którego ja nie zdążyłam mu okazać.
Zrozumiałam, że moja potrzeba kontrolowania rzeczywistości i uszczęśliwiania innych na siłę była mechanizmem obronnym przed własną samotnością. Chciałam przeżyć historię miłosną, ale bezpiecznie, z tylnego siedzenia, jako reżyser. Nie przewidziałam, że aktor, którego obsadziłam, był pisany do roli w moim życiu, a nie w życiu mojej przyjaciółki. Teraz, kiedy Paulina pyta: „Masz jakiegoś fajnego kolegę w pracy?”, odpowiadam z uśmiechem: „Niestety, nie”. I to jest pierwsza szczera odpowiedź od dawna. Bo nawet jeśli kogoś znajdę, tym razem najpierw sprawdzę, czy nie pasuje do mnie.
Nauczyłam się, że w miłości nie ma miejsca na pośredników. Że czasami trzeba być egoistą, by nie stracić czegoś najważniejszego. Że oddając komuś diament w nadziei, że go doceni, ryzykujemy, że zostanie on wyrzucony do kosza, podczas gdy my zostaniemy z pustymi rękami i sercem pełnym żalu. To była najdroższa lekcja w moim życiu. I choć Artur jest już tylko wspomnieniem, wiem jedno, że następnym razem, gdy rozsypią mi się książki, nie będę szukać wizytówki dla przyjaciółki. Będę szukać szczęścia dla siebie.
Magda, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa miała się za królową tłustego czwartku. Gdy posmakowała moje pączki lwowskie, musiała oddać fartuch i koronę”
- „Tłusty czwartek jest dla mnie ważniejszy niż walentynki. Tego dnia dostałam pączka z nadzieniem, które odmieniło moje życie”
- „W tłusty czwartek synowa przyniosła wytrawne pączki z twarogiem. Nie mogę patrzeć, jak młodzi niszczą piękną tradycję”