Reklama

Mieszkam w blokowisku i szczerze mówiąc czasem czuję, że jestem niewidzialna. W pracy – jedno wielkie korpo, dziesiątki uśmiechów, ale wszystko sztuczne jak plastikowe kwiatki w moim boksie. W domu odczuwam samotność, która potrafi krzyczeć głośniej niż sąsiedzi zza ściany. Miałam kiedyś chłopaka, Krzyśka, ale po sześciu latach rzucił mnie dla młodszej. Zawsze mnie zastanawiało, jak można rzucić kobietę, z którą ma się wspólnego kota? Ale może o to właśnie chodzi, że „wspólnie” wcale nie oznacza „razem”.

Reklama

Zgodziłam się pojechać z grupą znajomych na grzybobranie. Tak, ja – dziewczyna, która jeszcze miesiąc temu myliła podgrzybki z pieczarkami. Zaproszenie dostałam od Ani z pracy. Trochę z litości, mam wrażenie. Reszta towarzystwa? Pary, narzeczeni, małżeństwa z dziećmi – idealni i szczęśliwi jak z obrazka. A ja? No cóż… Lidia, ta samotna z drugiego piętra.

– Fajnie, że się zdecydowałaś – powiedziała Ania, pakując do kosza termos z kawą. – Będzie miło. Chociaż… tylko nie zabłądź i trzymaj się kogoś, bo my to idziemy jak dziki przez las!

– Postaram się nie zgubić – odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć.

Nie pasowałam do nich. Gdy śmiali się z jakiegoś wspólnego żartu, ja udawałam, że szukam grzybów. Gdy ktoś wspomniał o ślubie czy dzieciach, wolałam milczeć. Miałam wrażenie, że jestem dodatkiem do ich dnia, czymś takim jak plastikowy nóż w piknikowym zestawie. Zbędna, ale czasem tylko się przydaje. I to nie zawsze. Stojąc między drzewami, z koszykiem w ręku, pomyślałam coś głupiego, a może właśnie bardzo prawdziwego, że częściej czuję się zagubiona wśród ludzi niż w lesie. I kto wie, czy to drugie nie jest łatwiejsze do ogarnięcia.

Nie miałam pojęcia, gdzie jestem

Z początku szliśmy zwartą grupą. Las był piękny, a gdzieś nad głową śpiewał ptak, którego nie umiałabym nazwać. Ludzie rozeszli się między drzewami, śmiejąc się i nawołując do siebie, gdy ktoś znalazł „ładnego borowika” albo „kapelusz jak z atlasu”. Ja też zbierałam. Ale bardziej dla alibi niż z entuzjazmem. Skupiałam się na ziemi, bo łatwiej było patrzeć pod nogi niż na zakochane pary wokół.

– Ej, Lidia! – dobiegło mnie zza krzaków. – Tu są same robaczywki, idź bardziej na prawo!

– Jasne – rzuciłam i oddaliłam się kilka kroków.

Właśnie wtedy to się stało. Wciągnęła mnie cisza. Ten rodzaj ciszy, w której słychać swoje myśli głośniej niż dźwięki lasu. Wpatrzona w ściółkę, zapomniałam o kierunku. Nie było ścieżki, żadnych śladów stóp, tylko mech i wilgoć pod podeszwami. Zrobiłam kilka kroków w tył. Potem w bok. I jeszcze raz w tył. I nagle zrozumiałam, że nie mam pojęcia, gdzie jestem.

– Gdzie oni są…? To nie może być aż tak daleko… – wyszeptałam, obracając się wokół siebie.

Puls mi przyspieszył. Cisza zamieniła się w echo. Las szumiał już nieprzyjaźnie. A ja, dorosła kobieta, z koszykiem w ręku i komórką, która akurat straciła zasięg, zaczęłam panikować.

– Okej, spokojnie… – próbowałam sama siebie uspokoić. – Idź w stronę, skąd przyszłaś.

Ale skąd przyszłam? Stałam tam, czując, jak z każdą minutą narasta we mnie niepokój. Nogi miałam jak z waty, a serce biło mi tak głośno, że prawie zagłuszało śpiew ptaków. „Tak samo zgubiłam się w życiu” – pomyślałam. – „Nie wiem, gdzie iść, żeby znaleźć właściwą drogę. Wszyscy wiedzą, gdzie są. A ja... zawsze nie w tym miejscu, nie z tymi ludźmi, nie w tym czasie”. Oparłam się o drzewo i przez chwilę nie robiłam nic, poza słuchaniem oddechu. I wtedy usłyszałam coś jeszcze – kroki. Delikatne, ale wyraźny. Ktoś był w pobliżu.

Byłam spięta i nieufna

– Halo? – zawołałam niepewnie w stronę, skąd dochodził dźwięk.

Z krzaków wychynął mężczyzna. Średniego wzrostu, z trzydniowym zarostem i czapką z daszkiem. W ręku trzymał koszyk pełen prawdziwków, jakby zbierał je zawodowo. Spojrzał na mnie bez większego zdziwienia, jakby spotkanie kogoś w środku lasu było dla niego codziennością.

– Zgubiłaś się? – zapytał spokojnym głosem.

Zacisnęłam ręce na rączce koszyka.

– Trochę… Znaczy… Tak. Zgubiłam się – przyznałam, starając się nie brzmieć jak panikara.

– Nic nowego – uśmiechnął się delikatnie. – Ten las potrafi zmylić nawet tych, co tu przyjeżdżają od lat.

Przez chwilę tylko na siebie patrzyliśmy. Ja – spięta i nieufna. On – spokojny i jakiś taki… niewzruszony. Miał coś w spojrzeniu, co kazało mi nie uciekać.

– Paweł jestem – powiedział, wyciągając rękę. – Zbieram tu co weekend. Taki nawyk.

– Lidia – odpowiedziałam, ściskając jego dłoń.

– Nie wyglądasz na typową grzybiarkę – dodał z lekkim uśmiechem.

A jak wygląda typowa? – parsknęłam śmiechem, czując, że napięcie trochę opada.

– Starsza pani w gumowcach. Ty raczej wyglądasz jakbyś uciekła z zebrania wspólnoty mieszkaniowej – zażartował, ale z jakimś ciepłem.

Zaskoczyło mnie to. Nie znał mnie, a już wyczuł coś prawdziwego. Może i faktycznie wyglądałam jak kobieta z bloku, która nie wiedziała, co robi w lesie.

– A ty? Wyglądasz raczej na kogoś, kto się tu chowa – powiedziałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

Spojrzał na mnie z ukosa.

– Może trochę się chowam – przyznał. – Lubię spokój. I drzewa, które nie pytają, czemu jeszcze nie masz dzieci, ani kiedy się ożenisz.

Uśmiechnęłam się smutno.

– W takim razie jesteśmy parą dziwaków – powiedziałam, zerkając na jego koszyk. – Masz niezłe zbiory.

– Chcesz? – zapytał i podał mi jednego grzybka. – Na szczęście. Za odnalezienie się w środku lasu.

Wzięłam grzybka, a nasze palce musnęły się moment. Było w tym coś dziwnego – jakbyśmy znali się od lat. A przecież dopiero co się spotkaliśmy.

W oczach miał coś więcej

Szliśmy razem przez las, nieśpiesznym krokiem. Paweł znał ten teren jak własną kieszeń – co chwilę zatrzymywał się, by pokazać mi ścieżki, których nigdy bym nie zauważyła. Rozmowa toczyła się swobodnie. Najpierw o grzybach, potem o tym, jak ludzie potrafią być ślepi na innych.

– Mam wrażenie, że wszyscy tylko pytają „co słychać”, a nikt nie słucha odpowiedzi – rzuciłam, patrząc pod nogi.

– Może nie wiedzą, jak reagować naprawdę – odparł. – Łatwiej słuchać o promocjach w markecie niż o samotności.

Spojrzałam na niego z zaskoczeniem. Jego słowa brzmiały znajomo, jakby wyjęte z mojego własnego dziennika.

– Kiedyś myślałam, że samotność to coś, co mija – powiedziałam po chwili. – Ale czasem czuję, że to coś stałego.

– Wiesz… – zaczął, zatrzymując się na chwilę – ja też byłem kiedyś otoczony ludźmi. I nigdy nie czułem się tak samotny jak wtedy. Dopiero kiedy zostałem sam, zrozumiałem, że wolę ciszę niż pusty gwar.

Usiedliśmy na powalonej sośnie. Paweł wyjął z plecaka butelkę wody i poczęstował mnie. Przez chwilę milczeliśmy, słuchając tylko lasu. Czułam się dziwnie spokojna. Jakbym nie musiała już udawać. Jakbym wreszcie mogła być sobą, bez filtrów i makijażu.

– Może czasem trzeba się zgubić, żeby znaleźć coś, czego szukało się od dawna – powiedział nagle.

Zerknęłam na niego. Uśmiechał się, ale w oczach miał coś więcej niż żart – coś miękkiego, delikatnego. Poczułam, jak serce znów przyspiesza. Nie z paniki. Tym razem z czegoś innego. Może z nadziei? W głowie pojawiła mi się myśl, że co jeśli to właśnie tutaj, w lesie, na końcu samotności, zaczyna się coś nowego?

– Paweł… – zaczęłam, ale nie dokończyłam.

Wystarczyło, że patrzyliśmy na siebie w ciszy. I ta cisza była inna niż wszystkie do tej pory – ciepła, zrozumiana, ludzka.

To brzmiało jak żart

Las się rozrzedzał, ścieżka stawała się wyraźniejsza, aż w końcu wyszliśmy na polanę. Z oddali usłyszeliśmy znajome głosy – śmiech Ani, nawoływania, ktoś klął na komary. Paweł zatrzymał się.

– Wygląda na to, że jesteśmy na dobrej drodze – powiedział.

– Wygląda na to, że tak – powtórzyłam, ale wcale nie czułam ulgi. Wolałabym jeszcze trochę pobłądzić. Z nim.

Zza drzew wyłoniła się moja grupa. Zauważyli mnie od razu.

– O rany, Lidia! Gdzieś ty była?! – Ania rzuciła się w moją stronę z ulgą. – Szukaliśmy cię! Myśleliśmy, że cię zjadł dzik albo… że się zgubiłaś i wyłączyła ci się komórka.

– Tak… coś w tym stylu – uśmiechnęłam się i wskazałam na Pawła. – Spotkałam ratownika leśnego. Paweł zna las jak własną kieszeń.

Paweł kiwnął głową.

– Cześć – powiedział po prostu.

Wymienili uściski dłoni, ktoś rzucił żart o tym, że powinien zostać przewodnikiem, ktoś inny już zapraszał na ognisko. A ja patrzyłam na niego jak na kogoś, kto zaraz może zniknąć, bo przecież to był tylko przypadek. Pożegnaliśmy się, gdy miał już iść swoją drogą. Podał mi rękę.

– Uważaj na siebie – powiedział cicho. – I nie znikaj więcej w lesie. Chyba że będziesz chciała.

– Chyba chcę – odpowiedziałam, nawet się nie zastanawiając.

Już miał odejść, kiedy dodał:

– Swoją drogą… Gdzie mieszkasz?

– Na Wierzbickiej. A ty?

Zamarł na sekundę. Zmarszczył brwi.

– W którym bloku?

– 12A. Drugie piętro. A co?

Uśmiechnął się powoli, z niedowierzaniem.

To… chyba jakiś żart. Ja mieszkam w 12B. Trzecie piętro.

Zaniemówiłam.

– Niemożliwe.

– A jednak. Codziennie wychodzę z klatki, a ty... – urwał. – Jak to się stało, że się nigdy nie spotkaliśmy?

Może los czekał, aż się pogubię.

Patrzyliśmy na siebie w ciszy, której nie zakłócał już żaden śpiew ptaków. Tylko jedno pytanie wisiało między nami. Czy to coś znaczy… czy to tylko przypadek?

Nie musiałam udawać

Po powrocie do domu długo nie mogłam się odnaleźć. Plecak z brudnymi ubraniami rzuciłam pod stół, grzyby w koszyku zostawiłam w kuchni. Zaparzyłam herbatę i usiadłam na balkonie. Przede mną – blok 12B. Blok Pawła. Blok, na który nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi. W oknie po lewej, na trzecim piętrze, paliło się światło. Czy to jego mieszkanie? Czy właśnie teraz też siedzi przy herbacie i myśli o tym dniu? Wzięłam telefon do ręki. Przewinęłam kontakty. Nie miałam jego numeru. Nie wymieniliśmy się żadnym „odezwij się”, „napisz”. Żadnej obietnicy. Po prostu – „do widzenia” i uśmiech. A mimo to czułam, jakbyśmy zostawili sobie więcej, niż powiedzieliśmy.

– Może to tylko jeden dzień – szepnęłam do siebie. – A może początek czegoś, czego od dawna szukałam.

Serce waliło mi jak szalone, gdy przez chwilę rozważałam, żeby zejść na dół, przejść przez chodnik i zadzwonić do drzwi 12B. Ale nie zrobiłam tego.

Zamiast tego usiadłam głębiej w fotelu i zaczęłam przypominać sobie nasze rozmowy. Jego słowa o ciszy. O ludziach, którzy nie pytają o dzieci i śluby. O tym, że czasem trzeba się zgubić. Prawda była taka, że przy nim nie musiałam udawać. Nie musiałam być „w porządku”, nie musiałam wstawiać emotek do każdego zdania. Po prostu byłam. I wystarczyło.

Czasem wystarczy wiedzieć

Noc była ciepła. Siedziałam na balkonie już dobre dwie godziny. Herbaty dawno nie było, ale nie chciałam wstawać. Patrzyłam na ciemne okna bloku naprzeciwko i próbowałam znaleźć to jedno – jego. Zgasło? A może nigdy się nie świeciło? Właśnie wtedy coś się poruszyło. Cień mężczyzny przeszedł przez kuchnię. Stanął na chwilę przy oknie. Paweł. Byłam prawie pewna. Poczułam to gdzieś w żołądku. Uczucie, które mówiło: „to on”. Nie pomachałam. Nie krzyknęłam jego imienia. Nie zrobiłam nic.

Zamiast tego zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie przez chwilę poczuć spokój. Ten sam, który był przy nim w lesie. Spokój, który przypomniał mi, że nie wszystko trzeba od razu nazywać. Że czasem wystarczy wiedzieć. Może jutro spotkam go pod klatką. Może minie mnie na schodach. A może nie. Może to była historia na jeden dzień. Może. Ale może – właśnie może – los naprawdę czasem podsuwa nam ludzi, których potrzebujemy. Tylko nie zawsze potrafimy to od razu rozpoznać. Spojrzałam znów na ciemniejące niebo i zapytałam samą siebie:

– Czy to coś znaczy… czy zupełnie nic?

I nie odpowiedziałam. Bo czułam, że odpowiedź miała dopiero nadejść.

Lidia, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama