Kiedy masz trzydzieści osiem lat i od kilku dobrych lat jesteś singielką, zaczynasz tracić wiarę w to, że aplikacje randkowe mogą przynieść coś dobrego. Przerobiłam już wszystkie możliwe scenariusze: mężczyzn, którzy zapominali wspomnieć o żonie, wiecznych chłopców szukających zastępczej matki i takich, dla których największym życiowym osiągnięciem był nowy model samochodu. Dlatego gdy na moim ekranie pojawił się Artur, poczułam powiew świeżego powietrza.

WIDEO

player placeholder

Na zdjęciach wyglądał naturalnie. Żadnych póz przed lustrem na siłowni, żadnych luksusowych aut w tle. Zamiast tego uśmiechnięty facet w górach, z psem, w swetrze. Zaczęliśmy pisać i od razu złapaliśmy świetny kontakt. Artur wydawał się inteligentny, elokwentny i miał w sobie pewien rodzaj spokoju, którego bardzo mi brakowało. Po dwóch tygodniach intensywnego wymieniania wiadomości padła propozycja spotkania.

– Co powiesz na coś nietypowego? – zapytał pewnego wieczoru. – Zamiast siedzieć w głośnej kawiarni, chodźmy do lasu. Znam świetne miejsca na grzyby niedaleko miasta. Pospacerujemy, pogadamy w spokoju, a przy okazji może uda nam się coś znaleźć.

Zobacz także

Byłam zachwycona. To brzmiało jak idealny plan. Romantyczny spacer, zapach sosnowych igieł, rześkie powietrze i my dwoje, poznający się z dala od zgiełku miasta. Wyobrażałam sobie, jak będziemy ze śmiechem przedzierać się przez zarośla, wymieniać opowieściami z dzieciństwa i pić gorącą herbatę z termosu, który postanowiłam zabrać. Nie miałam pojęcia, na co tak naprawdę się piszę.

Pierwsze zgrzyty na parkingu

Umówiliśmy się w sobotę rano na niewielkim parkingu na skraju lasu. Przyjechałam kilka minut przed czasem, ubrana w wygodne jeansy, ciepłą bluzę i sportową kurtkę. Na nogach miałam wygodne sneakersy. Czułam się swobodnie, ale też kobieco. Kiedy zjechał na parking swoim idealnie czystym SUV-em, poczułam lekkie ukłucie stresu. Wysiadł z samochodu i zamarłam. Artur wyglądał, jakby wybierał się na profesjonalną ekspedycję survivalową. Miał na sobie specjalistyczne spodnie z mnóstwem kieszeni, kurtkę w barwach maskujących, a w ręku trzymał coś, co przypominało jakiś przyrząd komandosa.

– Cześć – powiedziałam, uśmiechając się szeroko i podchodząc, by się przywitać.

Zamiast odwzajemnić uśmiech, Artur zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Jego spojrzenie zatrzymało się na moich butach, a potem na wiklinowym koszyku, który pożyczyłam od sąsiadki.

– Cześć. W tych butach chcesz wejść do lasu? – zapytał, marszcząc brwi. – Podeszwa jest zbyt płaska, nie ma odpowiedniego bieżnika. A ten koszyk... splot jest za rzadki. Mniejsze grzyby będą ci wypadać, a poza tym łatwo go uszkodzić o gałęzie. Mam w bagażniku zapasowy, profesjonalny pojemnik. Przełóż to.

Zatkało mnie. Przez chwilę myślałam, że żartuje, ale jego twarz była absolutnie poważna. Poczułam, jak mój entuzjazm lekko opada, ale postanowiłam nie psuć atmosfery na samym starcie.

– Dam radę w moich butach, dziękuję – odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem. – A koszyk bardzo lubię, jest pamiątkowy.

Artur westchnął ciężko, jak nauczyciel, którego uczeń właśnie popełnił kardynalny błąd. Zamknął bagażnik i ruszyliśmy w stronę drzew. Próbowałam zagaić rozmowę, zapytać, jak minął mu tydzień, ale on szedł w milczeniu, wpatrując się w ziemię z intensywnością radaru.

Lekcja anatomii grzyba

Po kilkunastu minutach marszu w dość napiętej atmosferze, moje oczy wychwyciły piękny, brązowy kapelusz wystający spod warstwy mchu.

– O, patrz! Mam pierwszego! – krzyknęłam uradowana, podbiegając do znaleziska. To był śliczny podgrzybek.

Wyciągnęłam rękę, żeby go zerwać, ale nagle usłyszałam ostry głos Artura.

– Stój! Czekaj, nie dotykaj go!

Cofnęłam dłoń jak oparzona. Artur podszedł do mnie szybkim krokiem, uklęknął na mchu i wyciągnął swój taktyczny nóż.

– Zobacz, co chciałaś zrobić – zaczął tonem pełnym wyższości. – Chciałaś go po prostu wyrwać, prawda? To najgorsze, co można zrobić grzybni. Grzybnię trzeba szanować. Trzeba delikatnie odgarnąć ściółkę, ocenić kąt nachylenia trzonu i ciąć dokładnie dwa centymetry nad ziemią. Inaktywna grzybnia ulega wtedy mniejszemu szokowi.

Słuchałam tego wykładu z narastającym niedowierzaniem. Facet na pierwszej randce instruował mnie, pod jakim kątem mam ciąć podgrzybka.

– Artur, to tylko zwykły grzyb... – zaczęłam nieśmiało.

– Nie, to nie jest tylko grzyb – przerwał mi ostro, wstając z idealnie ściętym okazem w dłoni. Zanim włożył go do swojego sterylnego pojemnika, zaczął go oglądać ze wszystkich stron. Nagle jego twarz się skrzywiła. – Trzy milimetry uszkodzenia na brzegu kapelusza. Pewnie od ślimaka. I trzon jest lekko asymetryczny. Nie, takich nie zbieramy.

Ku mojemu absolutnemu przerażeniu, Artur odrzucił idealnie zdrowego, pięknego grzyba w krzaki.

– Słucham? Przecież był dobry! – wyrwało mi się.

Zbieram tylko okazy klasy A – odpowiedział z dumą, odwracając się na pięcie i ruszając przed siebie. – Zobaczysz, nauczę cię moich standardów. W życiu nie można zadowalać się półśrodkami. Ani w lesie, ani w relacjach.

Poczułam, jak po plecach spływa mi zimny pot. Zrozumiałam, że to nie jest tylko pedantyzm grzybiarza. To był obraz jego podejścia do wszystkiego.

Koszmar pod linijkę

Kolejne dwie godziny były najdłuższymi godzinami w moim życiu. Artur zamienił nasz spacer w musztrę wojskową. Nie pozwalał mi rozmawiać, bo uważał, że ludzki głos płoszy zwierzynę i dekoncentruje. Kiedy nadepnęłam na suchą gałąź, syczał z niezadowolenia i kazał mi stawiać stopy pod innym kątem. Każdy znaleziony przeze mnie grzyb przechodził rygorystyczną kontrolę jakości. Większość lądowała w krzakach, bo według Artura miały nieodpowiedni kolor blaszek, minimalne skrzywienia lub po prostu nie pasowały do jego wizji idealnego zbioru. Czułam się jak na egzaminie, którego nie da się zdać. Moje ręce drżały z irytacji i bezsilności. W końcu dotarliśmy do niewielkiej polany. Słońce pięknie przebijało przez korony drzew. Postanowiłam spróbować uratować tę sytuację.

– Może zrobimy przerwę? – zapytałam, stawiając koszyk na ziemi. – Mam w termosie świetną herbatę z malinami i upiekłam rano maślane ciasteczka.

Artur spojrzał na mnie z niesmakiem.

– Cukier i puste kalorie? Zawsze na szlaku piję tylko wodę z elektrolitami i jem zbilansowane batony proteinowe. Herbata z malinami to zabójstwo dla glikemii. Poza tym, zrobiliśmy dopiero cztery kilometry. Odpoczynek planowałem na siódmym kilometrze, przy starym dębie.

Słowa uwięzły mi w gardle. Zrobiło mi się po prostu przykro. Starałam się, chciałam, żeby było miło, domowo, a zostałam potraktowana jak nieodpowiedzialne dziecko psujące harmonogram.

– Ja się napiję – powiedziałam cicho, odkręcając termos. Nalałam gorącego napoju do kubeczka, starając się ignorować jego karcący wzrok.

Czara goryczy się przelała

Czarę goryczy przelała sytuacja, która wydarzyła się kilkanaście minut później. Kiedy weszliśmy w gęstszy zagajnik świerkowy, zauważyłam go. Ogromny, przepiękny borowik szlachetny, prawdziwy król lasu. Rósł dumnie pod rozłożystą gałęzią. Tym razem nie zamierzałam czekać na inspekcję. Podeszłam, chwyciłam go delikatnie u nasady i wykręciłam z ziemi, uśmiechając się do siebie. Był idealny. Twardy, zdrowy, pachnący lasem. Nagle Artur po prostu wyciągnął mi grzyba z dłoni.

– Co ty robisz?! – krzyknął, a jego twarz poczerwieniała. – Mówiłem ci, jak się ścina! Wykręcając go, zniszczyłaś całą strukturę mikoryzy w tym miejscu! Jesteś całkowicie nieodpowiedzialna i ignorujesz moje polecenia!

Zapadła cisza. Słyszałam tylko szum wiatru i własny, przyspieszony oddech. Patrzyłam na tego trzydziestokilkuletniego mężczyznę, który stał w lesie i krzyczał na mnie z powodu sposobu, w jaki podniosłam grzyba z ziemi. Zobaczyłam w nim kogoś, kto musi mieć nad wszystkim absolutną kontrolę, kto nie toleruje najmniejszego odstępstwa od swoich wyimaginowanych zasad. Kogoś, kto uważał, że ma prawo mną dyrygować po dwóch godzinach znajomości. Spokojnie sięgnęłam po prawdziwka, wyciągając go z jego zaciśniętej dłoni.

– Zabieram mojego grzyba – powiedziałam cicho, ale bardzo stanowczo. – A ty możesz sobie iść na ten swój siódmy kilometr. Sam.

– Obrażasz się o konstruktywną krytykę? – prychnął Artur. – Typowe. Kobiety nie potrafią przyjąć logicznych argumentów. Z takim podejściem do życia nigdy niczego nie zbudujesz. Ja szukam kogoś na poziomie, kogoś, kto potrafi sprostać wysokim standardom.

Zaśmiałam się gorzko.

– Twoje standardy to koszmar. Powodzenia w szukaniu idealnej partnerki. Tylko pamiętaj, żeby sprawdzić, pod jakim kątem stawia stopy, zanim zaprosisz ją na drugą randkę.

Wolę być sama i popełniać błędy

Odwróciłam się i ruszyłam w stronę parkingu. Szłam szybkim krokiem, czując, jak adrenalina powoli ze mnie schodzi, ustępując miejsca mieszance ulgi i rozczarowania. Las nagle wydał mi się znowu piękny i spokojny. Nikt nie komentował mojego kroku, nikt nie mierzył moich znalezisk linijką. Kiedy dotarłam do samochodu, wsiadłam do środka i zablokowałam drzwi. Wyciągnęłam telefon, weszłam w aplikację randkową i bez wahania usunęłam Artura. Potem zablokowałam jego numer.

Siedziałam w ciszy przez dłuższą chwilę, wpatrując się w kierownicę. Znowu byłam w punkcie wyjścia. Kolejna nieudana randka, kolejne rozczarowanie. Przez chwilę poczułam ten znajomy ciężar samotności, strach, że może powinnam była zacisnąć zęby, że może za dużo wymagam. Ale potem spojrzałam na siedzenie pasażera, gdzie leżał mój piękny, lekko niedoskonały, urwany w niewłaściwy sposób borowik. Uśmiechnęłam się do siebie. Wolę być sama, wolę popełniać błędy i cieszyć się drobnymi rzeczami na swój własny, niedoskonały sposób, niż żyć pod dyktando kogoś, dla kogo całe życie jest tylko tabelką, w której wszystko musi się zgadzać co do milimetra. Odpaliłam silnik, włączyłam ulubioną płytę i ruszyłam do domu. Miałam ochotę na jajecznicę z prawdziwkiem.

Beata, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: