„Uciekłam od męża i zabrałam dzieci na ferie w góry. Jego ciągłem pretensje i fochy nie są mi do szczęścia potrzebne”
„Marcin kontroluje wszystko. Budżet, zakupy, to, gdzie spędzamy święta. Ale nigdy nie kontroluje siebie. Jego słowa są nieprzyjemne, jego obojętność jest koszmarna. A ja? Zaczęłam się w tym wszystkim gubić. I któregoś dnia, patrząc na ferie zimowe dzieci, pomyślałam, że lepiej nam będzie bez niego”.

- Redakcja
Nie pamiętam, kiedy dokładnie przestałam być sobą. Może wtedy, gdy Marcin po raz setny rzucił: „Nie przesadzaj, przecież nic wielkiego się nie stało”. Albo kiedy dzieci zapytały, czy tata znów nie jedzie z nami, bo „musi pracować”. Od dekady jestem żoną mężczyzny, który wszystko wie lepiej. I który od dawna nie pyta, czego pragnę. Codzienność? Praca, dzieci, zakupy, obiad, pranie, lekcje. A potem cisza w kuchni, gdy wszyscy śpią. I ja – z kubkiem herbaty, wpatrująca się w ścianę i pytająca samą siebie: co poszło nie tak? Marcin kontroluje wszystko – budżet, zakupy, nawet to, gdzie spędzamy święta. Ale nigdy nie kontroluje siebie. Jego słowa ranią, jego obojętność boli. A ja? Zaczęłam się w tym wszystkim gubić. I któregoś dnia, patrząc na ferie zimowe dzieci, pomyślałam: „A może… pojadę z nimi sama?”
Nie chciałam być zależna
– Marcin, a może byśmy pojechali razem z dziećmi na ferie? – zapytałam pewnego wieczoru, odkładając na bok telefon z wyszukanymi noclegami w górach.
Nie oderwał wzroku od telewizora.
– A kto niby będzie pracował? – rzucił beznamiętnie. – Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy, ile mam teraz na głowie.
– Ale to tylko tydzień. Dzieci bardzo by chciały… ja też.
– Karolina, weź nie zaczynaj. Po co ci to? I tak byś sobie nie poradziła. Sama z dzieciakami? W góry? Ty nie umiesz nawet dobrze auta zatankować – zaśmiał się.
Zamknęłam laptopa. Serce waliło mi jak oszalałe, a w gardle stanął mi głuchy bunt.
– Może czas się nauczyć – powiedziałam cicho, ale dobitnie.
Marcin spojrzał na mnie z politowaniem.
– Tobie się coś poprzestawiało. Bez sensu. Marnowanie pieniędzy. I moich nerwów.
– Nie zmarnuję niczego. Chcę po prostu… spróbować.
– A potem mam odbierać was z lawety spod Zakopanego? – prychnął.
Nie odpowiedziałam. Weszłam do sypialni i zamknęłam drzwi. Po raz pierwszy od dawna czułam, że nie chcę się cofnąć. Może się boję, ale bardziej przeraża mnie myśl, że już zawsze będę od niego zależna. Że dzieci będą pamiętać tylko jego wymówki i moje zmęczone milczenie. Tej nocy przeglądałam oferty do późna. Wypełniałam formularz rezerwacyjny trzęsącymi się palcami. „Albo teraz, albo nigdy” – powtarzałam sobie w myślach.
Nikt mnie nie oceniał
Zaczęło się od tego, że Antek nie mógł znaleźć rękawicy, a Zosia uparła się, że bez swojej różowej poduszki nie pojedzie. GPS zgłupiał zaraz za wylotem z miasta, a ja przez dziesięć minut krążyłam po tej samej okolicy, udając, że wiem, co robię. Marcin by powiedział, że to było do przewidzenia. Ale dojechaliśmy. W śniegu po kolana, z walizkami większymi od dzieci, wlazłam na trzecie piętro, bo w pensjonacie nie było windy. Spociłam się, przeklinałam pod nosem i w duchu obiecywałam sobie, że już nigdy więcej. Ale kiedy wieczorem siedzieliśmy razem na łóżku, popijając gorącą czekoladę, a Zosia szepnęła:
– Mamo, podoba mi się, że jesteśmy tylko my – poczułam coś, czego nie czułam od dawna. Dumę.
– Nie wiedziałem, że umiesz tak dobrze prowadzić – dorzucił Antek, opierając się o moje ramię.
Uśmiechnęłam się.
– Ja też tego nie wiedziałam.
Byłam zmęczona, zmarznięta, spięta do granic. Ale byłam też… spokojna. Przez cały dzień ani razu nie usłyszałam: „Po co to kupiłaś?”, „Za drogo”, „Źle zrobiłaś, jak zwykle”. Siedzieliśmy razem i nikt mnie nie oceniał. Dzieci były radosne, a ja zaczynałam powoli wierzyć, że naprawdę mogę coś zrobić sama. Że nie muszę prosić o zgodę na każdy krok. Że może… dam sobie radę.
Spotkałam miłego Wojtka
Na stoku dzieci szybko znalazły sobie towarzystwo. Zosia śmiała się z chłopcem w czerwonym kombinezonie, a Antek dołączył do grupy starszaków, z którymi zjeżdżał na sankach. Usiadłam na ławce przy kawiarni i pierwszy raz od dawna pozwoliłam sobie... nic nie robić.
– Ma pani dwójkę? – zapytał mężczyzna siadający obok. Miał łagodne spojrzenie i uśmiech, który nie wymagał wysiłku.
– Tak. Antek i Zosia. Mam na imię Karolina. A pan?
– Jestem Wojtek. Ten w czerwonym to mój Michał. Sam z nim przyjechałem, bo mama… cóż, mama się wycofała z naszego życia.
Zamilkłam na chwilę. Nie chciałam współczuć. Chciałam zrozumieć.
– To pewnie niełatwe…
– Nie, ale też uczysz się wtedy o sobie wielu rzeczy.
Złapałam się na tym, że słucham go uważnie. Nie przerywał, nie opowiadał historii, żeby mnie przyćmić. Po prostu był. I słuchał mnie, gdy mówiłam.
– Widzę, że świetnie sobie radzisz – powiedział, kiedy wspomniałam o naszej podróży.
– W sumie… chyba pierwszy raz tak się czuję – przyznałam. – Bez męża, bez planu, bez lęku.
Wojtek uśmiechnął się.
– To dobrze. Czasem trzeba się wyrwać, żeby zobaczyć, ile naprawdę jesteśmy warci.
Kiedy wróciliśmy do pokoju, dzieci szybko padły. A ja leżałam, patrząc w sufit, z dziwnym uczuciem w piersi. To nie było zakochanie, to nie była ekscytacja. To była... tęsknota. Za czułością, za spokojem. Za byciem widzianą.
Nie zapytał jak się czuję
Marcin zadzwonił pierwszego wieczoru, dokładnie o 21:05, jakby to była rutynowa kontrola.
– No, mam nadzieję, że wszystko pod kontrolą – zaczął, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
– Tak, wszystko w porządku. Dzieci szczęśliwe, ja też. Zajechaliśmy bez problemów.
– Mhm. Nie za zimno tam? Bo mówili w pogodzie, że ma być śnieżyca.
– Nie, mamy ciepło. Wzięłam wszystko, co trzeba.
Zawiesił głos. Potem rzucił:
– No, oby dzieci wróciły całe. Nie chciałbym później jeździć po szpitalach.
Zacisnęłam zęby. Ta jego pasywna troska, zakamuflowany zarzut. Jakby nie mógł powiedzieć wprost, że nie wierzy, że sobie poradzę.
– Dzięki za zaufanie – odpowiedziałam chłodno.
– Nie przesadzaj. Po prostu się martwię.
Kolejne dni, kolejne telefony. Zawsze wieczorem. Zawsze ten sam ton: pozornie zatroskany, a w rzeczywistości kontrolujący. „Zosia jadła coś normalnego?”, „Antek nie zmarzł na stoku?”, „Nie zgubiłaś portfela?”... Nie pytał, jak się czuję. Nie zapytał ani razu, czy coś mnie ucieszyło. Jakby mnie tam nie było – tylko dzieci. I jego ego. Któregoś wieczoru odłożyłam telefon, zanim zadzwonił. A potem, leżąc w ciszy, powiedziałam sobie szeptem:
– Nie pozwolę mu tego zepsuć. Nie tym razem.
To, co odzyskałam – oddech, spokój, pewność – było zbyt cenne.
Coś się we mnie skończyło
Siedzieliśmy przy drewnianym stole w pensjonacie. Dzieci pałaszowały naleśniki z bitą śmietaną, a Wojtek opowiadał, jak Michał uczył się jeżdzić na nartach. Śmialiśmy się. Autentycznie. Lekko, prawdziwie. Patrzyłam na Antka i Zosię – zarumienionych, szczęśliwych. A potem na siebie – nieuczesaną, bez makijażu, ale... spokojną. Obecną.
– Zastanawiam się, co czujesz, kiedy myślisz o powrocie – rzucił nagle Wojtek, gdy dzieci wybiegły na chwilę do pokoju zabaw.
Nie odpowiedziałam od razu. Przełknęłam ślinę.W gardle miałam coś ciężkiego.
– Czuję, że nie chcę wracać tam jako ta sama osoba – powiedziałam cicho. – Że coś się we mnie skończyło.
Wojtek patrzył na mnie spokojnie.
– Wiesz, nie musisz wracać do tego, co cię niszczy.
– Nie wiem, czy dam radę wszystko zostawić…
– Ale czy chcesz wrócić do tego, co marnuje ci życie?
Spojrzałam mu w oczy. Nie było w nich presji, ani rad. Tylko obecność. Ciepło. Szacunek. Tej nocy, kiedy dzieci zasnęły, usiadłam na balkonie w puchowej kurtce. Z moich ust unosiła się para. W głowie brzmiało mi tylko jedno zdanie: „Już nie jestem tą samą kobietą”. Coś pękło. Coś się urodziło.
Karolina, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Romans podczas ferii miał być jednorazową przygodą. Po czasie wyszło, że kochanka miała swój mały sekrecik”
- „Nie stać mnie na ferie w górach dla dzieci, więc wzięłam pożyczkę. Ich radość jest dla mnie cenniejsza niż złoto”
- „Były mąż pojechał z naszym synem na ferie do Szczyrku. Żałuję, że się zgodziłam, bo było o włos od tragedii”