Reklama

To miał być tydzień, który będziemy wspominać latami przy wspólnych kolacjach. Wyobrażałam sobie śnieżne szczyty, pęd powietrza na stoku i wieczorne rozmowy przy kominku, które zbliżają ludzi jak nic innego. Rzeczywistość jednak brutalnie zweryfikowała moje marzenia, zamieniając beztroski urlop w wojnę podjazdową. Nigdy bym nie przypuszczała, że dziesięcioletnia przyjaźń może zawisnąć na włosku z powodu kawałka ciasta z serem i sosem pomidorowym. Czasami dopiero z dala od domu, w czterech ścianach wynajętej chaty, widzimy prawdziwe twarze ludzi, których, jak nam się wydawało, kochamy.

Myślałam, że znam ich lepiej niż własną kieszeń

Wszystko zaczęło się od niewinnej propozycji na naszej grupowej konwersacji. Kiedy rzuciłam hasło o wspólnym wyjeździe w góry, entuzjazm był wręcz namacalny. Emocje buzowały, a kolejne propozycje terminów pojawiały się szybciej, niż zdążyłam sprawdzić kalendarz. Byliśmy zgraną paczką – ja, mój mąż Piotr, nasza przyjaciółka ze studiów Kinga, jej nowy partner Darek oraz Wojtek, wieczny singiel i dusza towarzystwa. Znaliśmy się od lat, przeżyliśmy razem setki domówek, kilka wesel i niezliczone wyjścia na miasto. Wydawało mi się, że wspólny tydzień w górach będzie tylko naturalnym przedłużeniem tej sielanki.

Jako naczelna organizatorka w tej grupie, wzięłam na siebie ciężar logistyki. Zawsze lubiłam mieć wszystko pod kontrolą. Znalazłam przepiękny, drewniany dom z widokiem na panoramę Tatr, zarezerwowałam go z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem i przygotowałam wstępny plan działania. W moich oczach ten wyjazd miał być aktywny. Kocham narty. Dla mnie zima bez szusowania to zima stracona. Piotr podzielał moją pasję, choć z nieco mniejszym fanatyzmem. Kinga i Wojtek zapewniali, że też chętnie pojeżdżą, a Darek, choć początkujący, obiecywał, że zapisze się do szkółki.

Pakując walizki, czułam ekscytację wymieszaną z dumą. Udało mi się zgrać urlopy pięciu dorosłych osób, co samo w sobie było wyczynem. Wyobrażałam sobie te poranki: szybka kawa, wjazd pierwszą kolejką na szczyt, szaleństwo na stoku, a potem powrót do domu, gdzie zmęczeni, ale szczęśliwi, będziemy gotować wspólne posiłki. Nie wzięłam jednak pod uwagę jednego, kluczowego czynnika – ludzkiej natury i tego, jak bardzo różnimy się w definicji słowa wypoczynek. Już sama podróż powinna dać mi do myślenia. Darek marudził na brak miejsca na nogi, Wojtek narzekał na dobór muzyki w aucie, a Kinga co chwilę prosiła o postój. Zlekceważyłam to, zrzucając winę na zmęczenie po pracy. To był błąd.

Pierwszy poranek zwiastował katastrofę

Dojechaliśmy na miejsce późnym wieczorem. Dom był wspaniały, dokładnie taki jak na zdjęciach. Drewniane bale, wielki kamienny kominek i taras, z którego roztaczał się widok na oświetlone stoki w oddali. Rozpakowaliśmy się w euforycznych nastrojach. Ustaliliśmy, że wstajemy o siódmej rano, żeby być na stoku zaraz po otwarciu wyciągów. Wszyscy przytaknęli, choć w oczach Wojtka widziałam pewne wahanie.

Mój budzik zadzwonił punktualnie. Za oknem wstawał piękny, mroźny dzień. Słońce odbijało się od śniegu, tworząc bajkową scenerię. Zrobiłam szybkie śniadanie dla wszystkich – jajecznicę na maśle i świeże bułki, które Piotr przywiózł z pobliskiej piekarni. Była ósma, a w domu panowała cisza. Tylko my dwoje byliśmy ubrani w stroje narciarskie.

Delikatnie zapukałam do drzwi sypialni Kingi i Darka. Usłyszałam tylko niezrozumiałe mruknięcie.

– Hej, wstajecie? Szkoda dnia! – zawołałam przez drzwi.

– Daj nam jeszcze godzinę, Aneta. Jesteśmy wykończeni podróżą – odpowiedziała Kinga, głosem, w którym nie było za grosz entuzjazmu.

Zacisnęłam zęby. Godzina. To oznaczało, że na stoku będziemy najwcześniej o dziesiątej, kiedy będą już kolejki i tłok. Poszłam do pokoju Wojtka. Tam sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Otworzył drzwi w samej bieliźnie, przecierając zaspane oczy.

– O co chodzi? Pali się? – zapytał, ziewając ostentacyjnie.

– Mieliśmy iść na narty – przypomniałam, starając się nie brzmieć jak surowa nauczycielka.

– A, narty... Słuchaj, ja dzisiaj pasuję. Głowa mnie boli, chyba zmiana ciśnienia. Wy idźcie, ja dołączę jutro.

Poczułam ukłucie irytacji. Wiedziałam, że „zmiana ciśnienia” to tylko wymówka dla lenistwa. Ostatecznie wyszliśmy z Piotrem sami. Kiedy wróciliśmy po czterech godzinach intensywnej jazdy, reszta ekipy dopiero jadła śniadanie w piżamach. W salonie panował bałagan, naczynia piętrzyły się w zlewie, a telewizor grał głośno jakiś program rozrywkowy. Moja wizja aktywnego wypoczynku zaczęła się rozpadać.

Ich bierność zaczynała mnie dusić

Kolejne dni tylko pogłębiały przepaść między nami. My z Piotrem żyliśmy w rytmie słońca i wyciągów. Wstawaliśmy rano, by chłonąć energię gór, by zmęczyć się fizycznie i oczyścić głowy. Reszta grupy przyjęła zupełnie inną strategię. Ich dzień zaczynał się koło południa. Snuli się po domu, a ich największą aktywnością było wyjście do najbliższej karczmy, gdzie spędzali godziny na siedzeniu, jedzeniu tłustych potraw i sączeniu rozgrzewających napojów.

Kiedy wracaliśmy ze stoku, pełni wrażeń i chcący się nimi podzielić, trafialiśmy na mur obojętności.

– Znowu jeździliście? Nie nudzi wam się to? – zapytał trzeciego dnia Darek, leżąc na kanapie z telefonem w ręku. – Przecież to w kółko to samo. Góra, dół, góra, dół.

– To nie jest to samo – próbowałam tłumaczyć. – Warunki się zmieniają, trasy są różne, widoki... To daje wolność.

– Wolność to ja mam teraz, jak nic nie muszę – skwitował, śmiejąc się pod noskiem.

Kinga, która kiedyś była wulkanem energii, teraz zdawała się przejmować styl bycia swojego partnera. Zamiast nart, wolała spacer po Krupówkach i oglądanie witryn sklepowych. Wojtek z kolei zamienił się w domowego marudę. Wszystko mu nie pasowało: a to woda pod prysznicem za zimna, a to materac za twardy, a to internet za wolny.

Czułam się oszukana. Zorganizowałam ten wyjazd dla nas wszystkich, poświęciłam swój czas, znalazłam idealne miejsce, a teraz czułam się wyrolowana. Zamiast integracji, mieliśmy dwa osobne obozy. „Aktywni” kontra „Kanapowcy”. Atmosfera gęstniała z każdym dniem. Nawet Piotr, który zazwyczaj jest oazą spokoju, zaczął tracić cierpliwość.

– Nie po to brałem urlop i płaciłem za skipass, żeby słuchać ich narzekania – szepnął mi wieczorem w łóżku. – Następnym razem jedziemy sami.

Finanse stały się kością niezgody

Sytuacja zaogniła się, gdy doszło do rozliczeń za wspólne zakupy. Ustaliliśmy na początku, że robimy zrzutkę na jedzenie do domu – śniadania i kolacje. Obiady każdy miał jeść we własnym zakresie. Jednak moi przyjaciele, spędzając całe dnie w domu lub w pobliżu, wyjadali zapasy w zastraszającym tempie. Kiedy my wracaliśmy głodni ze stoku, lodówka często świeciła pustkami. Znikały wędliny, sery, owoce, a nawet moje batony energetyczne, które kupiłam specjalnie na narty.

– Słuchajcie, musimy znowu pojechać do sklepu – powiedziałam w czwartek rano, patrząc na puste opakowanie po żółtym serze.

– Znowu? Przecież robiliśmy zakupy dwa dni temu – oburzył się Wojtek.

Tak, ale wszystko zniknęło. My z Piotrem jemy w domu tylko śniadania i kolacje, a wy podjadacie cały dzień – zauważyłam, starając się zachować spokój.

– Wypominasz nam jedzenie? Serio? – Kinga spojrzała na mnie z wyrzutem. – Przecież to groszowe sprawy.

Dla mnie nie chodziło o grosze, ale o zasady. Czułam się wykorzystywana. Dodatkowo zaczęły się pretensje o paliwo. Darek stwierdził, że skoro my jeździmy autem pod stok (co było koniecznością, bo dom był oddalony o 3 kilometry od wyciągu), to powinniśmy płacić więcej za benzynę, mimo że przyjechaliśmy jednym samochodem i koszty miały być dzielone po równo.

– Ale my nie korzystamy z auta na miejscu – argumentował. – Siedzimy tutaj albo chodzimy pieszo. Dlaczego mamy dokładać się do waszych dojazdów na narty?

To było małostkowe. Wyliczał kilometry, jakbyśmy byli obcymi ludźmi, a nie przyjaciółmi. Moja irytacja osiągnęła poziom krytyczny. Zamiast cieszyć się urlopem, zaczęłam odliczać dni do powrotu. Ale najgorsze miało dopiero nadejść.

To nie był tylko zwykły kawałek pizzy

Piątek przyniósł załamanie pogody. Gęsta mgła i zacinający śnieg z deszczem sprawiły, że wyjście na stok było niemożliwe nawet dla takich zapaleńców jak ja. Utknęliśmy wszyscy w domu. Mała przestrzeń, pięć sfrustrowanych osób i nagromadzone przez kilka dni napięcie – to była mieszanka wybuchowa.

Przez pół dnia panowała grobowa cisza, przerywana jedynie dźwiękami z telefonów. Nikt nie chciał gotować. Lodówka była pusta, bo nikt nie pojechał na zakupy po mojej ostatniej uwadze. W końcu zapadła decyzja: zamawiamy pizzę. Zamówienie było skomplikowane. Wojtek nie lubił pieczarek, Kinga chciała bezglutenową (choć wczoraj jadła zwykłe bułki), Darek marudził na ceny w dostawie. W końcu, po burzliwych negocjacjach, zamówiliśmy trzy duże pizze.

Czekaliśmy ponad godzinę. Głód sprawiał, że wszyscy byli jeszcze bardziej drażliwi. Kiedy dostawca wreszcie przywiózł kartony, rzuciliśmy się na jedzenie. Rozmowa się nie kleiła, słychać było tylko mlaskanie i ciche komentarze. Pizze znikały w mgnieniu oka. Został ostatni kawałek. Pepperoni z podwójnym serem. Moja ulubiona. Sięgnęłam ręką w stronę pudełka. W tym samym momencie w jego stronę wystrzeliła ręka Wojtka. Zderzyliśmy się dłońmi.

– Zostaw, ja to biorę – mruknął, nie patrząc mi w oczy.

– Przepraszam? – zaśmiałam się nerwowo. – Zjadłeś już cztery kawałki. Ja zjadłam dwa.

– No i co z tego? Jestem facetem, mam większe zapotrzebowanie – odpowiedział buńczucznie.

– Wojtek, nie bądź śmieszny. Cały dzień leżałeś na kanapie. Ja chociaż posprzątałam salon po waszym wczorajszym wieczorze – wypaliłam, czując, jak puszczają mi hamulce.

– O, teraz będziesz mi wypominać sprzątanie? – wtrącił się Darek, stając w obronie kumpla. – Zachowujesz się, jakbyś była naszą matką. „Posprzątajcie, wstańcie rano, jedźcie na narty”. Daj nam żyć, kobieto!

– Daj żyć? – wstałam od stołu, a krzesło z hukiem przewróciło się na podłogę. – Staram się, żebyśmy nie żyli w chlewie! Zorganizowałam ten wyjazd, załatwiłam wszystko, a wy traktujecie mnie jak obsługę hotelową! Mam dość waszego lenistwa, marudzenia i wiecznego skąpstwa!

Wybuchła potężna awantura. Kinga zaczęła krzyczeć, że psuję atmosferę. Piotr próbował mnie uspokoić, ale ja byłam już w amoku. Wyrzuciłam z siebie wszystko: żal o zmarnowany urlop, o brak zaangażowania, o to, że czuję się samotna w grupie przyjaciół.

– A ten kawałek pizzy to symbol waszego egoizmu! – krzyknęłam, wskazując na nieszczęsny trójkąt ciasta. – Zawsze myślicie tylko o sobie. Nawet teraz, widząc, że zjadłam mniej, musisz wepchać to w siebie, Wojtek. Bo co? Bo ci się należy?

Wojtek spojrzał na mnie z pogardą, chwycił kawałek pizzy i ostentacyjnie wsadził go sobie do ust, przeżuwając z otwartymi ustami.

– Smacznego – wycedził.

W tym momencie coś we mnie pękło ostatecznie. Nie chodziło o pizzę. Chodziło o całkowity brak szacunku. Wzięłam swoją kurtkę i wyszłam na taras, w zimną, wietrzną noc, byle tylko nie oddychać tym samym powietrzem co oni.

Decyzja zapadła w kompletnej ciszy

Piotr wyszedł do mnie po chwili. Nie musieliśmy nic mówić. Objęłam go, drżąc z zimna i z emocji.

– Wracamy – powiedział cicho. – Nie ma sensu tego ciągnąć.

– Ale mamy opłacony dom do niedzieli – zauważyłam słabo.

– Trudno. Stracimy pieniądze, ale zachowamy resztki zdrowia. Nie chcę tu być ani minuty dłużej.

Wróciliśmy do środka. W salonie panowała gęsta cisza. Nikt na nas nie patrzył.

– Pakujemy się. Wyjeżdżamy rano – oświadczył Piotr stanowczym głosem.

Zaskoczenie na ich twarzach było bezcenne. Chyba myśleli, że po prostu rozejdzie się to po kościach, jak wcześniej.

– Ale jak to? Przecież mamy jeszcze dwa dni – bąknęła Kinga.

– My wyjeżdżamy. Wy możecie zostać, jeśli chcecie, ale musicie sami zorganizować sobie powrót, bo my zabieramy samochód – odparłam chłodno.

To był szach-mat. Żadne z nich nie miało auta, a połączenia autobusowe z tej głuszy były fatalne. Wiedzieli, że bez nas są uziemieni.

– To nie fair... – zaczął Darek.

– Fair? – przerwałam mu. – Fair to by było, gdybyście chociaż raz zapytali, czy w czymś pomóc. Albo gdybyście dotrzymywali ustaleń. Decyzja jest ostateczna. Wyruszamy o ósmej. Kto nie będzie gotowy, zostaje.

Resztę wieczoru spędziliśmy w swoich pokojach. Słychać było tylko trzaskanie drzwiami i szelest pakowanych ubrań. Nikt nie przyszedł przeprosić, nikt nie próbował mediować. Duma była ważniejsza niż przyjaźń.

Powrót był lekcją, której nie zapomnę

Droga powrotna była koszmarem. Pięć godzin w zamkniętej puszce samochodu. Nikt nie odezwał się ani słowem. Radio grało cicho, a ja patrzyłam w mijane krajobrazy, czując ogromny ciężar. Patrzyłam na Kingę w lusterku wstecznym – spała albo udawała, że śpi. Wojtek gapił się w telefon. Darek patrzył w okno. Byliśmy tak blisko fizycznie, a tak niewyobrażalnie daleko mentalnie.

Kiedy podjechaliśmy pod ich blok, wysiedli bez słowa „dziękuję”. Wyjęli swoje bagaże z bagażnika, rzucili krótkie „cześć” w przestrzeń i poszli w swoją stronę. Nie odwrócili się. Zostałam w samochodzie z Piotrem. Dopiero gdy zniknęli za drzwiami klatki schodowej, poczułam, jak napływają mi łzy do oczu.

– To chyba koniec naszej paczki, co? – zapytałam.

– Może to i lepiej, Aneta – mąż położył rękę na moim kolanie. – Lepiej teraz niż później. Przynajmniej wiemy, na czym stoimy.

Od tamtego wyjazdu minęły trzy miesiące. Nie spotkaliśmy się ani razu. Grupa na komunikatorze milczy. Czasami widzę ich zdjęcia w mediach społecznościowych – imprezują, bawią się, jakby nic się nie stało. Ale beze mnie. Strata boli, ale dała mi ważną lekcję. Przyjaźń to nie tylko wspólne imprezy i śmieszne memy. To umiejętność kompromisu, szacunek do czyichś potrzeb i zwykła, ludzka przyzwoitość, której zabrakło tam, w górach.

Wiem jedno – następne ferie spędzę tylko z mężem. Może będzie mniej głośno, może mniej „wesoło”, ale przynajmniej nikt nie będzie mi wyrywał jedzenia z ręki i nikt nie sprawi, że poczuję się winna za to, że chcę czerpać z życia pełnymi garściami. Czasami trzeba kogoś stracić, żeby odzyskać spokój.

Aneta, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama