Reklama

Zawsze wydawało mi się, że jestem złą panią domu, tą, która nigdy nie dorówna idealnemu wzorcowi, jaki stworzyła teściowa. Jej wizyty były dla mnie ciągłym egzaminem, który oblewałam już w przedpokoju, gdy jej wzrok padał na krzywo ustawione buty. Kiedy więc teściowa ogłosiła, że w moim domu panuje niedopuszczalny chaos i muszę wreszcie „ogarnąć tę stajnię Augiasza”, zacisnęłam zęby i zabrałam się do roboty. Chciałam jej udowodnić, że potrafię zapanować nad rzeczywistością. Nie wiedziałam jednak, że otwierając stare kartony na strychu, otwieram puszkę Pandory, a to, co znajdę, raz na zawsze zmieni układ sił w naszej rodzinie.

Postawiłam się jej

Wszystko zaczęło się w zimowe popołudnie, kiedy teściowa wpadła do nas z niezapowiedzianą wizytą. Oficjalnie przyjechała zobaczyć wnuka, ale wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że to tylko pretekst. Prawdziwym celem była inspekcja. Teściowa weszła do salonu jak generał na pole bitwy, a jej nienagannie ułożona fryzura i idealnie wyprasowana garsonka kontrastowały z moim rozciągniętym dresem i plamą po jogurcie na rękawie.

– Kochanie – zaczęła słodko, przesuwając palcem po blacie komody. Uniosła dłoń do światła, analizując niewidoczne dla mnie drobiny kurzu. – Czy ty naprawdę nie widzisz, w jakich warunkach żyjecie? To niezdrowe dla dziecka. Ten chaos... to wpływa na psychikę.

Poczułam, jak krew uderza mi do twarzy. Fakt, na stole leżały kolorowanki, a na fotelu sterta prania czekająca na złożenie, ale nazywanie tego chaosem wydawało mi się grubą przesadą. Mój mąż, jak zwykle w takich sytuacjach, nabrał wody w usta. Siedział na kanapie, udając, że bardzo interesuje go artykuł w telefonie. Zawsze tak robił. Kochał matkę i bał się jej krytyki, więc wolał, żebym to ja brała na siebie ciężar jej niezadowolenia.

– Mamo, po prostu nie zdążyłam dzisiaj posprzątać – próbowałam się bronić, choć wiedziałam, że to bezcelowe. – Wróciłam późno z pracy, Jaś miał gorszy dzień...

– Wymówki, Anitko – przerwała mi, uśmiechając się z tą swoją charakterystyczną wyższością. – Organizacja to podstawa. U mnie w domu, nawet przy trójce dzieci i pracy na cały etat, podłogi lśniły. Chaos w domu to chaos w głowie. Musisz wziąć się za siebie. Może powinnaś wreszcie zrobić generalne porządki? Wyrzucić to, co zbędne?

Spojrzała wymownie na regał z książkami i pamiątkami z wakacji, które nazywała „kurzołapami”. Wtedy coś we mnie pękło.

– Masz rację, mamo – powiedziałam, patrząc jej prosto w oczy. – Zrobię porządki. Generalne. Zacznę od strychu i pokoju gościnnego, w którym trzymamy te wszystkie pudła po przeprowadzce. Uporządkuję każdy centymetr tego domu.

Teściowa uniosła brew, zaskoczona moją postawą, ale szybko odzyskała rezon.

– Doskonale. W takim razie przyjadę w przyszły weekend, żeby sprawdzić postępy. Może nawet ci pomogę, chociaż obawiam się, że przy twoim tempie...

Gdy wyszła, opadłam na krzesło, czując, jak drżą mi ręce. Paweł odłożył telefon i spojrzał na mnie z troską.

– Nie musiałaś się tak denerwować, ona po prostu tak ma – mruknął.

– Nie, Paweł. Tym razem jej pokażę. Będzie tu tak czysto, że będzie można jeść z podłogi. A ten strych, o który ciągle nam suszy głowę, będzie wyglądał jak z katalogu.

Nie wiedziałam wtedy, że decyzja o posprzątaniu strychu doprowadzi mnie do odkrycia, które wstrząśnie naszymi relacjami.

Czułam satysfakcję

Przez cały tydzień harowałam jak wół. Po pracy, zamiast odpoczywać, biegałam ze ścierką, mopem i workami na śmieci. Jaś pomagał mi na swój dziecięcy sposób, co zazwyczaj oznaczało jeszcze więcej sprzątania, ale byłam zdeterminowana. W sobotę rano, dzień przed zapowiedzianą wizytą teściowej, weszłam na strych. To pomieszczenie służyło nam za graciarnię. Były tam rzeczy, które przywieźliśmy z poprzedniego mieszkania, stare ubrania Jasia, narty, których nie używaliśmy od lat, oraz – co najważniejsze – kilkanaście kartonów, które teściowa przywiozła do nas „na przechowanie”. Pamiętam ten dzień. Zadzwoniła roztrzęsiona, mówiąc, że ma remont w piwnicy i musi „na chwilę” przetrzymać u nas kilka pudeł z dokumentami i pamiątkami rodzinnymi. „Na chwilę” zmieniło się w dwa lata, a za każdym razem, gdy o nich wspominaliśmy, zmieniała temat. Teraz postanowiłam, że te pudła muszą zniknąć. Ułożę je w jednym kącie, opiszę i przy najbliższej okazji zawieziemy je z powrotem do jej idealnego mieszkania w centrum miasta.

Zaczęłam od segregacji naszych rzeczy. Worki z ubraniami do oddania rosły w szybkim tempie. Czułam satysfakcję. Kurz wirował w promieniach słońca wpadających przez małe okienko, a ja czułam, jak z każdym wyrzuconym przedmiotem odzyskuję kontrolę nad własnym domem. Około południa dotarłam do ściany zastawionej pudłami teściowej. Były solidnie zaklejone taśmą, opisane jedynie enigmatycznymi hasłami: „Salon”, „Dokumenty 2018”, „Różne”. Chciałam je tylko przesunąć, żeby umyć podłogę pod nimi. Chwyciłam ciężki karton opisany jako „Szkło/Porcelana”. Był zaskakująco ciężki. Kiedy go podniosłam, dno, nadwyrężone wilgocią lub starością, po prostu puściło. Z hukiem na podłogę wypadła zawartość. Tylko że nie była to porcelana. Zamarłam. Na zakurzonych deskach strychu leżały setki kopert. Niektóre były otwarte, inne wciąż zaklejone. Pomiędzy nimi walały się jakieś notesy, wydruki z banków i zdjęcia.

– Co u licha? – szepnęłam do siebie.

Kucnęłam, żeby pozbierać bałagan, zanim Paweł zobaczy, że grzebałam w rzeczach jego matki. Sięgnęłam po pierwszą z brzegu kopertę. Była szara, z czerwonym stemplem. Serce zabiło mi mocniej. Spojrzałam na nadawcę. Firma windykacyjna. Adresat: Teresa K. Data: sprzed trzech lat. Sięgnęłam po kolejną. Wezwanie z banku. Kolejna – pismo od spółdzielni mieszkaniowej o zaległościach w czynszu. Moje ręce zaczęły drżeć. To nie były „pamiątki rodzinne”. To było archiwum finansowej katastrofy.

Zakręciło mi się w głowie

Powinnam była w tym momencie przestać. Powinnam była wrzucić to wszystko z powrotem do pudła, zakleić taśmą i udawać, że nic nie widziałam. Jednak ciekawość była silniejsza. Teściowa, ta sama kobieta, która wytykała mi kupienie tańszego płynu do płukania i pouczała o oszczędzaniu, tonęła w długach? Zaczęłam przeglądać zawartość pudła dokładniej. I to, co znalazłam na dnie, wstrząsnęło mną najbardziej. Była to duża, żółta koperta. W środku znajdowało się pismo, z którego wynikało, że mieszkanie teściowej – ten jej idealny azyl, do którego rzadko nas zapraszała, woląc przyjeżdżać do nas – było zagrożone licytacją komorniczą. Usiadłam na podłodze, czując, jak kręci mi się w głowie. Życie teściowej to była jedna wielka iluzja. Te idealne ubrania, w których do nas przychodziła, były maską. Jej krytyka mojego „chaosu” była niczym innym jak projekcją jej własnego dramatu, nad którym kompletnie nie panowała.

Wszystko w porządku? – usłyszałam głos Pawła dobiegający z dołu.

– Tak! – odkrzyknęłam, ale mój głos zabrzmiał piskliwie. – Zaraz schodzę!

Szybko zaczęłam pakować wszystko z powrotem do kartonu. Musiałam to przemyśleć. Nie mogłam tak po prostu zbiec na dół i wykrzyczeć: „Twoja matka nas okłamuje!”. Paweł by mi nie uwierzył. Uwielbiał ją. Dla niego była wzorem cnót.

Nie miałam złych intencji

Następnego dnia, w niedzielę, teściowa przyjechała punktualnie o piętnastej. Dom lśnił. Podłogi były umyte, okna przetarte, na stole stało świeże ciasto. Nawet Jaś był uczesany i w czystej koszulce. Teściowa weszła, rozejrzała się i – ku mojemu zaskoczeniu – nie wyglądała na zadowoloną. Przeciwnie, wydawała się spięta. Jej wzrok biegał po kątach, jakby szukała dziury w całym.

– No, no... – mruknęła, siadając w fotelu. – Widzę, że wzięłaś sobie moje słowa do serca. Chociaż tutaj, na ramie obrazu, wciąż widzę pyłek.

Zwykle w takiej sytuacji poczułabym złość. Jednak tym razem czułam tylko smutek. Wiedziałam już, co kryje się za tą potrzebą kontroli.

– Mamo... – zaczęłam spokojnie, siadając naprzeciwko niej. Paweł był w kuchni, robił kawę. – Posprzątałam też strych.

Zobaczyłam, jak jej ciało sztywnieje. Filiżanka, którą trzymała w dłoni, lekko zadrżała.

– Strych? – powtórzyła, siląc się na obojętność. – To dobrze. Wietrzenie starych kątów jest zdrowe.

– Tak. Poprzesuwałam też twoje pudła. Te, które przywiozłaś dwa lata temu.

W pokoju zapadła cisza. Słychać było tylko brzęk łyżeczki w kuchni. Teściowa zbladła.

– Jedno z pudeł pękło – kontynuowałam cicho, patrząc jej w oczy. Nie było w moim spojrzeniu triumfu, tylko pytanie. – Wypadły z niego papiery.

Teściowa odstawiła filiżankę na stolik. Zrobiła to powoli, z nienaturalną precyzją, jakby bała się, że gwałtowny ruch zburzy cały jej świat.

Nie powinnaś grzebać w moich rzeczach – syknęła, ale w jej głosie nie było już tej mocy co zwykle. Był strach.

– Nie grzebałam. Chciałam posprzątać. Tak jak prosiłaś. Żeby nie było chaosu.

Paweł wszedł do pokoju z tacą. Od razu wyczuł gęstą atmosferę.

– Co się dzieje? – zapytał, patrząc to na mnie, to na matkę.

Teściowa wstała gwałtownie.

– Muszę już iść. Źle się czuję – rzuciła, chwytając torebkę.

Mamo, dopiero przyszłaś! – zaprotestował Paweł.

– Usiądź – powiedziałam stanowczo, ale łagodnie. – Wiem, że potrzebujesz pomocy.

Paweł spojrzał na mnie jak na wariatkę.

– O czym ty mówisz?

Teściowa stała przez chwilę nieruchomo, odwrócona do nas plecami. Jej ramiona zaczęły drżeć. Ta żelazna dama, która nigdy nie pozwalała sobie na chwilę słabości, nagle skurczyła się w sobie. Kiedy się odwróciła, po jej policzkach płynęły czarne strugi tuszu do rzęs.

– Nie radzę sobie – wyszeptała. – Od śmierci ojca... nie radzę sobie z niczym.

Zrozumiałam swój błąd

Przez kolejne dwie godziny wysłuchaliśmy historii, która mroziła krew w żyłach. Teresa opowiedziała nam, jak po śmierci męża, który trzymał pieczę nad finansami i domem, zaczęła kupować rzeczy, by zapełnić pustkę. Kupowała bez opamiętania – ubrania, sprzęty, bibeloty. Potem wstydziła się tego i chowała zakupy. Pudła u nas na strychu to była tylko wierzchołek góry lodowej. To były rzeczy, których nie mieściła już w mieszkaniu, a których nie potrafiła wyrzucić. Popadła w poważne długi. Paweł był zdruzgotany. Siedział z głową w dłoniach, nie mogąc uwierzyć, że nie zauważył, co dzieje się z jego matką.

Dlaczego nic nie powiedziałaś? – pytał w kółko.

– Bo jestem twoją matką. Ni chciałam cię martwić – szlochała teściowa.

To był moment, w którym zrozumiałam swój błąd. Przez lata walczyłam z nią, traktowałam jak wroga, rywalizowałam o miano lepszej gospodyni. A ona była samotną kobietą, która stworzyła wokół siebie mur z perfekcji, żeby nikt nie zobaczył, jak bardzo tonie. Tamtego dnia nie było już mowy o sprawdzaniu kurzu na moich półkach. Ustaliliśmy plan działania. Paweł wziął na siebie kwestie prawne i rozmowy z wierzycielami – okazało się, że sytuacja jest trudna, ale nie beznadziejna. Można było sprzedać mieszkanie, spłacić długi i kupić coś mniejszego.

Ostatnio, gdy byłam u niej w nowym, małym, ale czystym mieszkaniu, zauważyłam na jej stole kubek z niedopitą herbatą i gazetę rzuconą niedbale na fotel.

Masz tu lekki bałagan, mamo – zażartowałam ostrożnie.

Teściowa uśmiechnęła się. Był to uśmiech zmęczony, ale szczery.

– Wiem, Anitko, ale świat się od tego nie zawalił, prawda?

Zrozumiałam wtedy, że prawdziwy porządek nie polega na idealnie ułożonych ubraniach czy lśniących oknach. Prawdziwy porządek to brak tajemnic, które gniją w zamkniętych pudłach na strychu. Mój dom nadal bywa chaotyczny, zabawki Jasia wciąż leżą na dywanie, a naczynia czasem czekają do rana. Jednak teraz, kiedy patrzę na ten „bałagan”, widzę w nim życie, a nie powód do wstydu. I wiem, że moja teściowa wreszcie też to widzi.

Anita, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama