„Zabrałam teścia na ferie, bo dzieci go uwielbiają. Po tym, co powiedział, musiałam z mężem poważnie porozmawiać”
„Poczułam lekkie ukłucie niepokoju. Mój mąż unikał mojego wzroku. Wiedziałam, że nie jest to rozmowa, która dobrze się dla nas skończy”.

- Redakcja
Od zawsze uważałam, że prawdziwe ferie z dziećmi nie istnieją bez zamieszania, krzyków i przynajmniej jednego spalonego obiadu. W tym roku postanowiłam jednak dołożyć do naszego rodzinnego chaosu jeszcze jeden składnik – mojego teścia. To nie była decyzja, którą podjęłam pod wpływem chwili. Dzieci go uwielbiały, więc, jak to zwykle bywa, zostałam przegłosowana i musiałam się pogodzić z wizją wspólnego wyjazdu. Trudno, niech będzie. W końcu ferie to czas rodzinnych kompromisów, nieprawdaż?
Teść przez całe życie twierdził, że „dzieci trzeba zabierać w góry, niech zahartują się w śniegu, a nie tylko przed ekranem komputera”. No cóż, nie sposób się z nim nie zgodzić… chociaż muszę przyznać, że w praktyce różne rodzinne idee mają tendencję do spektakularnych katastrof. I tak oto zapakowaliśmy się wszyscy do samochodu: ja, mój mąż, dwójka dzieci i, oczywiście, on – człowiek z zestawem własnych poglądów na wychowanie, dom i świat.
Wydawało mi się, że jestem przygotowana na wszystko: śnieżyce, korki, kłótnie o tablet i nawet na niekończące się opowieści teścia o tym, jak to „za jego czasów to były zimy”. Nie sądziłam jednak, że te ferie okażą się czymś zupełnie innym, niż sobie wyobrażałam. I że pewna rozmowa zmusi mnie do konfrontacji z mężem – takiej, na którą nigdy nie czekałam i do której, prawdę mówiąc, wolałabym nie dopuścić.
Byłam poirytowana
Pierwsze oznaki katastrofy pojawiły się już pierwszego dnia. Jeszcze nie zdążyłam rozpakować walizek w pensjonacie, a już słyszałam, jak teść komentuje pod nosem ilość toreb, które wnosimy.
– No, no, chyba tu zostajecie na miesiąc, co? – rzucił z tym swoim specyficznym uśmieszkiem, kiedy próbowałam zapanować nad torbą z zabawkami, która z uporem maniaka zahaczała o framugę.
– Tato, lepiej trzy razy sprawdzić, czy się wszystko spakowało, niż potem biegać i kupować nową piżamę – mruknęłam, już lekko zirytowana.
Mój mąż popatrzył na mnie z rozbawieniem. Dzieci za to oczywiście były zachwycone.
– Dziadku, idziemy na sanki? Teraz? Proszę! – wołała Zosia, skacząc wokół niego, jakby ostatni raz widziała śnieg trzy lata temu.
– Dajcie dziadkowi odpocząć, dopiero co tu przyjechaliśmy – próbowałam tonować nastroje, ale w praktyce byłam kompletnie ignorowana.
– A kto powiedział, że nie idziemy? Zakładamy kombinezony i jazda na górkę, bo potem śnieg stopnieje, a wy będziecie siedzieć i patrzeć, jak mama pakuje torby na powrót – rzucił, zerkając na mnie znacząco.
– Świetnie – jęknęłam pod nosem, zbierając porozrzucane rękawiczki. – Oczywiście, matka zostaje, żeby „ogarniać”, a cała reszta baluje. Normalka.
– Oj, nie przesadzaj, przyjechaliśmy tu odpocząć! – rzucił mąż, wyciągając spod łóżka kask narciarski. – Ty też sobie potem pójdziesz na kawę, przecież wszystko pod kontrolą.
Wtedy teść popatrzył na mnie pobłażliwie.
– Spokojnie, dziewczyno. Jeszcze się zdążysz napracować, życie długie.
Nie odpowiedziałam.
Już miałam dość
Wieczorem, kiedy dzieci w końcu zasnęły, usiadłam w kuchni z kubkiem herbaty. Mój mąż i teść rozsiedli się przy stole.
– No i jak wam się podoba ten pensjonacik? – zagadnął teść, rozglądając się po kuchni jak inspektor od spraw czystości. – Trochę tu ciasno, ale przynajmniej nie wieje po nogach.
– Lepiej niż się spodziewałem, a śniadanie będzie w formie szwedzkiego stołu, nie? – odezwał się mój mąż, nalewając sobie wody do szklanki.
– Szwedzki stół… Kiedyś to na śniadanie był chleb ze smalcem i cebulą, a nie te wasze jogurty i płatki z mlekiem – rzucił teść.
Westchnęłam, odkładając łyżeczkę.
– Tato, dzieci nie tkną smalcu, chyba że go polejesz czekoladą – stwierdziłam z przekąsem.
– Oj, jak się nie ma, co się lubi… Kiedyś nie było wyboru i człowiek jadł, co było. Teraz to same fanaberie – stwierdził teść, popijając herbatę.
– Dobrze, dobrze, tato, nie zaczynaj od wychowawczej tyrady – mąż próbował się uśmiechnąć pojednawczo, ale wiedziałam, że za chwilę poleje się więcej „mądrości życiowych”.
– Tylko mówię, jak jest. Dzieci są teraz rozpuszczone jak dziadowski bicz, a potem się dziwicie, że każdy by tylko siedział z nosem w telefonie. Wy to im wszystko pod nos podajecie. Za moich czasów…
– …wiemy, wiem, „za twoich czasów” wszystko było lepsze – przerwałam mu, już bez siły na kolejną powtórkę. – Może chociaż te ferie obejdą się bez wykładów o wychowaniu?
Teść spojrzał na mnie spod oka, uśmiechając się lekko.
– Zobaczymy, moja droga. Zobaczymy.
Przewróciłam oczami
Następnego dnia pogoda postanowiła popsuć nam humory – śnieg zmienił się w marznący deszcz. Dzieci już po godzinie zaczęły się nudzić i kłócić o najdrobniejsze głupoty. Teść, z miną generała prowadzącego manewry, zaproponował grę w karty.
– Chodźcie tu, młode wilki, dziadek was nauczy, jak się wygrywa – zawołał, rozkładając talię na stole. – Tylko bez płaczu, jak przegracie.
– Ja nie chcę z dziadkiem, on zawsze oszukuje! – zaprotestował Staś, zerkając na mnie.
– Dziadek nie oszukuje, tylko gra mądrze – poprawił go mąż, siadając obok. – Może wytłumaczysz dzieciom, jak blefować?
Teść roześmiał się głośno.
– To się nazywa strategia! Człowiek musi kombinować, jak chce w życiu wygrać. Przynajmniej tyle wam pokażę, skoro nikt inny nie uczy.
Przewróciłam oczami. Słuchałam jednym uchem tej ich „edukacji życiowej”, próbując nie komentować, kiedy usłyszałam, jak teść podnosi głos.
– Pamiętajcie, nikomu nie ufajcie na słowo. Nawet jak ktoś mówi, że was kocha albo że wszystko załatwi – trzeba mieć oczy dookoła głowy!
Zosia spojrzała na niego z lekką niepewnością.
– Dziadku, ale przecież rodzicom można ufać, prawda?
Na moment zapadła cisza. Teść spojrzał na mnie, potem na męża i z lekkim uśmiechem wzruszył ramionami.
– Rodzicom… – przeciągał, jakby ważył każde słowo. – Rodzice to też ludzie. Każdy może się pomylić albo coś ukrywać.
– Dziadku, a ty kiedyś coś ukrywałeś przed tatą? – Staś nie odpuszczał.
Teść spojrzał na męża i parsknął pod nosem.
– O tym kiedy indziej, młody. To długie historie… Może kiedyś wam opowiem.
Poczułam lekkie ukłucie niepokoju. Mój mąż unikał mojego wzroku. Wiedziałam, że nie jest to rozmowa, która dobrze się dla nas skończy.
Serce podeszło mi do gardła
Po tej rozmowie atmosfera zrobiła się gęsta. Dzieci wróciły do rysowania. Teść usiadł ciężko na krześle i westchnął teatralnie, jakby właśnie uratował świat przed wielkim zagrożeniem.
– No, trochę prawdy dzieciom nie zaszkodzi – rzucił w końcu. – Lepiej, żeby wiedziały, że życie to nie bajka.
– Tato, może bez takich tekstów przy nich – odezwał się wreszcie mój mąż, ale jego głos był cichy, jakby sam nie był do końca przekonany.
Teść uniósł brwi.
– Oj, od razu dramatyzujesz. Ja tylko mówię, że dzieci nie są głupie. Widzą więcej, niż wam się wydaje.
– Właśnie dlatego nie trzeba im wszystkiego dokładać do głowy – syknęłam. – Zwłaszcza cudzych rozczarowań.
Zosia podniosła głowę znad kartki.
– Mamo, dziadek mówił, że tata też coś przed nami ukrywa. To prawda?
Poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła. Spojrzałam na męża. Stał oparty o ścianę, z rękami w kieszeniach, jakby nagle bardzo zainteresowały go kafelki.
– No? – zapytałam chłodno. – Może teraz ty coś powiesz?
– Nie przy dzieciach – mruknął.
Teść prychnął.
– Widzisz? Nawet teraz.
– Dosyć – powiedziałam ostrzej, niż planowałam. – Dzieci, do pokoju dziadka, dobrze? Mama musi chwilę porozmawiać z tatą i dziadkiem.
– Ale ja chcę wiedzieć… – zaczęła Zosia.
– Później – ucięłam.
Kiedy drzwi się zamknęły, spojrzałam najpierw na teścia.
– Gratuluję. Właśnie zrobiłeś ferment.
– Tylko powiedziałem prawdę – odparł spokojnie.
Odwróciłam się do męża.
– A ty? Zamierzasz dalej udawać, że nic się nie stało?
Milczał. I to milczenie powiedziało mi więcej, niż chciałam usłyszeć.
Rozczarowałam się
W zrobiło się duszno. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Teść patrzył gdzieś w okno, udając niewiniątko. W końcu nie wytrzymałam.
– No to co? Może ktoś wreszcie powie, o co tu chodzi? – rzuciłam, nie kryjąc złości.
Mój mąż westchnął ciężko, jakby miał zamiar właśnie przyznać się do zbrodni stulecia.
– W porządku… Może powinienem powiedzieć ci wcześniej. Tato, mógłbyś chociaż raz ugryźć się w język? – rzucił z wyrzutem w stronę teścia.
– Gdyby nie ja, jeszcze przez kolejne dziesięć lat byś milczał – skwitował teść z rozbrajającą szczerością.
– Przestańcie się przerzucać odpowiedzialnością – przerwałam im, wbijając spojrzenie w męża. – Co takiego „ukrywałeś”?
Spojrzał mi w oczy i po raz pierwszy od lat zobaczyłam, że naprawdę nie wie, co powiedzieć.
– Nie chodzi o żadne dramaty… – zaczął niepewnie. – Po prostu... od dawna czuję się przytłoczony tym, że wszystko spada na mnie. Dzieci, dom, praca, twoja mama… A ja nigdy nie miałem odwagi powiedzieć ci o tym. Często udaję, że wszystko jest dobrze, a potem wieczorami mam ochotę wsiąść w samochód i pojechać gdzieś daleko, choćby na kilka godzin.
Spojrzałam na niego długo. Nie tego się spodziewałam, nie o to miałam pretensje. Poczułam się jednocześnie wściekła i… dziwnie rozczarowana.
– Czyli to wszystko? Żadna zdrada, żadne długi, tylko „mam dość”?
Teść wzruszył ramionami.
– Widzisz, ludzie nie są tacy, jakimi się wydają. Czasem najtrudniej powiedzieć, co się naprawdę czuje.
Mój mąż spuścił głowę.
– Przepraszam, głupio wyszło.
Westchnęłam.
– Może następnym razem, zanim zaczniesz udawać, że nic się nie dzieje, po prostu powiedz. Nawet jeśli nie będzie mi się to podobało.
Wtedy Zosia wychyliła się z pokoju.
– Mamo, możesz tu przyjść.
– Idę – rzuciłam, czując ulgę, że na chwilę mogę zająć się czymś naprawdę prostym.
Poczułam ulgę
Wieczorem, gdy dzieci już spały, a teść zniknął gdzieś w swoim pokoju, zostałam z mężem sama. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie. Przez chwilę żadne z nas się nie odzywało, słuchałam tylko delikatnego tykania zegara na ścianie i szumu wody w kaloryferach.
– Przepraszam – powiedział nagle cicho mąż. – Wiem, że to nie tak miało wyglądać. Te ferie, cała ta rozmowa, twoje oczekiwania… Ja po prostu czasem się boję, że nie dam rady. Może dlatego wolę siedzieć cicho i udawać, że wszystko gra.
– To nie jest rozwiązanie – odpowiedziałam spokojnie. – Jeśli mam być twoją żoną, to chcę wiedzieć, kiedy jest ci źle, a nie domyślać się po spojrzeniach i milczeniu. Naprawdę wolałabym usłyszeć, że masz wszystkiego dość, niż później zastanawiać się, czy coś ukrywasz.
Skinął głową, patrząc w blat.
– Wiem. I postaram się, żeby więcej się to nie powtórzyło. Zresztą… tata miał rację z jednym. Czasem najtrudniej przyznać się do własnych słabości.
Prychnęłam, kręcąc głową.
– Twój ojciec z pewnością ma swoje metody wychowawcze, ale wiesz co? Czasem, zamiast filozofować, lepiej zrobić herbatę i po prostu posiedzieć razem.
Wtedy z sąsiedniego pokoju rozległ się głos teścia:
– Ej, młodzi! Pamiętajcie, żeby ja tu jestem i wszystko słyszę! Żadnego całowania!
Spojrzeliśmy na siebie i wybuchnęliśmy śmiechem. Czasem najtrudniejsze rozmowy prowadzą do zaskakującej ulgi – i może do odrobiny zrozumienia, na które nie liczyliśmy.
Kamila, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Były mąż pojechał z naszym synem na ferie do Szczyrku. Żałuję, że się zgodziłam, bo było o włos od tragedii”
- „Po 20 latach małżeństwa uciekliśmy z miasta na wieś. Mąż, zamiast pielić rabatki, zadbał o ogródek sąsiadki”
- „Córka po feriach w Austrii nie chciała wracać do szkoły. Dopiero po tygodniu teść przyznał, co się wydarzyło”