„Zabrałam teściową na luksusowy urlop na Maltę. Chciałam, żeby poczuła się jak królowa, a ona napluła mi prosto w twarz”
„Matka mojego męża, to kobieta, która do perfekcji opanowała sztukę krytyki w białych rękawiczkach. Potrafi powiedzieć ci, że wyglądasz świeżo z takim uśmiechem, że masz ochotę schować się pod stół. Michał? On zawsze wybiera bezpieczną bierność, a ja próbowałam już wszystkiego, żeby mnie polubiła”.

- Redakcja
Czasem zastanawiam się, gdzie leży granica pomiędzy uprzejmością a naiwnością. Albo raczej – ile razy człowiek może się potknąć o tę samą osobę i dalej udawać, że to przypadek. Pracuję jako menadżerka w dużej korporacji, gdzie każdego dnia rozwiązuję kryzysy, prowadzę zespoły i negocjuję z klientami, którzy potrafią doprowadzić człowieka na skraj wytrzymałości. Tam sobie radzę. Ale kiedy przekraczam próg domu mojej teściowej, czuję się jak mała dziewczynka, która nie spełniła oczekiwań.
Wiesława, matka mojego męża Michała, to kobieta, która do perfekcji opanowała sztukę krytyki w białych rękawiczkach. Potrafi powiedzieć ci, że wyglądasz „świeżo” z takim uśmiechem, że masz ochotę schować się pod stół. Michał? On zawsze wybiera bezpieczne „nie wtrącam się”, a ja przez te lata próbowałam naprawdę wszystkiego, żeby się jej przypodobać. I kiedy już myślałam, że odpuszczę, że nie będę się więcej starać, zrobiłam coś, czego się po sobie sam nie spodziewałam. Zabrałam ją na urlop. Luksusowy. Na Maltę.
Nie, to nie była wspólna decyzja. To był mój pomysł. Moje pieniądze. Mój gest. Po prostu uznałam, że może, gdy zobaczy, jak bardzo się staram, to wreszcie zrozumie. Może mnie zaakceptuje. Może... w końcu mnie polubi? Zaplanowałam wszystko. Przeloty w klasie premium, hotel z widokiem na morze, codzienne kolacje w restauracjach, o których czytałam wcześniej miesiącami. Wzięłam urlop, by być tam tylko dla niej. Chciałam, żeby poczuła się jak królowa. Żeby powiedziała rodzinie: „Wiecie, ta Natalia to naprawdę dobra dziewczyna”. Ale kiedy wróciłyśmy, wszystko się zmieniło. A raczej – nic się nie zmieniło, oprócz jednej rzeczy. To nie ja byłam w tej historii bohaterką. To nie ja zaprosiłam. Nie ja opłaciłam. Wiesława mówiła wszystkim, że to był... jej prezent dla mnie!
Czułam, że to był błąd
– Chcesz zabrać moją mamę... na urlop? – Michał spojrzał na mnie, jakbym właśnie ogłosiła, że adoptujemy lamę.
– Tak. Na Maltę. Tylko we dwie. Hotel już zarezerwowałam. Pomyślałam, że to może pomóc... – zawahałam się. – W naszych relacjach.
Michał zamilkł. Podrapał się po brodzie, jak zawsze, gdy nie wiedział, co powiedzieć. Wiedziałam, że nie sprzeciwi się mamusi. I że nie sprzeciwi się mnie. Bo Michał nigdy się nie sprzeciwiał. Po prostu... znikał.
– Skoro już wszystko zaplanowałaś... – powiedział cicho. – Może to rzeczywiście coś da?
Pomyślałam, że to będzie test. Może jak zobaczy, że ją traktuję z szacunkiem, odpuści. Może w końcu powie coś miłego. Na miejscu już od pierwszych minut czułam, że to był błąd. Wiesława marudziła przy odbiorze bagażu, narzekała, że „te pokoje to jednak na zdjęciach wyglądały lepiej” i że „kuchnia taka jakaś... egzotyczna”. Ale wieczorem, gdy sączyła prosecco przy stoliku z widokiem na zachód słońca, rozsyłała zdjęcia rodzinie. Z podpisami typu: „Jak dobrze czasem się oderwać od codzienności. Stać mnie na chwilę luksusu”.
Patrzyłam na nią, jak z uśmiechem pokazuje telefon kelnerowi, prosząc o kolejne ujęcie. A ja? Ja patrzyłam na rachunek. I przeliczałam oszczędności. Ale wciąż miałam nadzieję. Że może po powrocie ktoś z rodziny powie: „Ale super z twojej strony, Natalia. Fajny gest”. Jeszcze nie wiedziałam, że ta nadzieja była jak tani drink z lodem – piękna na początku, ale szybko topnieje i zostawia tylko gorzki posmak.
Zakręciło mi się w głowie
Kolacja trzeciego wieczoru zapowiadała się wyjątkowo – stolik na tarasie, zachód słońca jak z folderu biura podróży i karta win, która przyprawiała mnie o zawrót głowy. Zamówiłam owoce morza, Wiesława wybrała stek. Nawet się uśmiechała. Przez moment pomyślałam, że może coś się zmieniło.
– Dobrze, że mnie na to stać – powiedziała, sącząc swoje Chardonnay. – Bo te twoje korporacyjne grosze by nie wystarczyły.
Zamarłam. Przewróciłam wzrokiem po jej talerzu, po kieliszku, po stoliku, za który zapłacę swoją kartą. Usta zamarły mi jak rybie. Nie powiedziałam nic. Nie potrafiłam. Wróciłyśmy do pokoju w milczeniu. Zasnęłam z głową pełną pytań. Czy ona naprawdę myśli, że to jej zasługa? Że to ona to finansuje? A może... kłamie? Świadomie? Następnego dnia, kiedy Wiesława rozmawiała przez telefon z Basią, siostrą Michała, usłyszałam jej słowa przez niedomknięte drzwi łazienki.
– Tak, zabrałam ją na Maltę. Biedaczka nigdy nie była w takim miejscu. A ja pomyślałam – czemu nie? Niech też coś zobaczy.
Zakręciło mi się w głowie. Przez chwilę nie wiedziałam, czy mam wejść i krzyknąć, czy się rozpłakać. Usiadłam na brzegu łóżka, z zimną wodą cieknącą z włosów na ramiona. I przez pierwszy raz podczas tego wyjazdu – żałowałam, że w ogóle się odbył.
W końcu nie wytrzymałam
– To był mój prezent dla Natalii – powiedziała Wiesława, uśmiechając się do Basi podczas rodzinnego obiadu.
Znieruchomiałam z widelcem w połowie drogi do ust. Michał właśnie nalewał sobie zupę, jakby nic się nie stało. Basia klasnęła w dłonie.
– Mamo, jakie to piękne! Masz wielkie serce, naprawdę.
Wszyscy spojrzeli na mnie. Czekałam. Może Michał się odezwie. Może powie coś w stylu: „No, chyba było odwrotnie”. Ale on tylko poprawił serwetkę i spojrzał w talerz. Czułam, jakby ktoś mnie spoliczkował. Nie dosłownie, ale równie boleśnie. Moje starania, pieniądze, tydzień urlopu, którego zostało mi już tylko trzy dni w roku... Wszystko właśnie zostało przejęte jakby nigdy nic. Przepisane na cudze konto. Wstałam. Trzęsły mi się dłonie, ale mówiłam spokojnie:
– Przepraszam, ale nie mogę słuchać tych bzdur. To ja zaprosiłam panią Wiesławę. To ja opłaciłam bilety, hotel, kolację. Mam potwierdzenia płatności. Chcecie je zobaczyć?
Basia otworzyła usta, Wiesława się skrzywiła.
– Nie sądziłam, że będziesz to tak wyciągać... To miał być gest serca.
– Mój gest – odpowiedziałam twardo. – I chciałabym, żeby przynajmniej raz ktoś to docenił, zamiast obracać na swoją korzyść.
Michał milczał. Siedział z łyżką w zupie, jakby nie wiedział, do kogo należy ten dom, ta rodzina i ta prawda.
Zrobiła ze mnie idiotkę
W drzwiach wybiegła za mną tylko Wiesława. Michał został przy stole. Typowe.
– Poczekaj! Nie chciałam cię urazić – złapała mnie za ramię, gdy wychodziłam na ganek.
– Naprawdę? – odwróciłam się powoli. – Bo wyglądało, jakbyś dokładnie to chciała osiągnąć.
– Nie robiłam tego złośliwie – unikała wzroku. – Przecież to tylko drobiazg. Ludzie i tak zapomną, kto co powiedział.
– Dla mnie to nie był drobiazg – powiedziałam cicho, ale pewnie. – To był ogromny wysiłek. I ważny gest. Miał coś naprawić. A ty... zrobiłaś ze mnie kompletną idiotkę.
Na chwilę zapanowała cisza. Na ulicy przejechał rowerzysta, dzieci śmiały się gdzieś daleko. A ja stałam w cieniu kobiety, której nigdy nie obchodziłam.
– Przepraszam – powiedziała w końcu. Ale ton jej głosu był tak suchy, jakby rzucała to słowo automatycznie, nie czując go wcale.
Wróciłam do środka tylko po torebkę. Michał nadal siedział przy stole. Spojrzał na mnie przelotnie.
– Idziesz gdzieś? – zapytał.
– Tak – odpowiedziałam. – Do parku. Muszę pomyśleć. I odpocząć od was wszystkich.
Szłam długo. Po głowie krążyło mi jedno pytanie, ile razy jeszcze pozwolę się tak traktować? Ile razy będę usprawiedliwiać tych, którzy nawet nie próbują mnie zrozumieć? Wiedziałam jedno, że dzisiaj pękło we mnie coś, czego już nie da się skleić byle przeprosinami.
Nie wiedziałam, co dalej
Wróciłam późnym wieczorem. Światła w mieszkaniu już były przygaszone. Michał siedział przy stole, pił herbatę i gapił się w ekran telefonu. Podniosłam wzrok na niego. On nawet nie udawał zaskoczenia.
– Nie chciałem konfliktu – odezwał się, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. – Mama czasem przesadza, ale... jest starsza. To tylko słowa.
– Czyli mam pozwolić się upokarzać, żebyś nie musiał się z nią sprzeczać? – usiadłam naprzeciwko. Miałam wrażenie, że widzę mężczyznę, którego kiedyś kochałam, przez szybę. Oddzielało nas coś, czego nie umiałam już nazwać.
– Nie o to chodzi... Nie wiem, może źle to rozegrałem. – Michał potarł czoło. – Ale chyba trochę przesadziłaś z tą reakcją. To był rodzinny obiad, a ty zrobiłaś scenę...
– Michał – przerwałam mu. – Od miesięcy duszę w sobie to, co czuję. Chciałam, żebyś choć raz stanął po mojej stronie. Choć raz.
Milczał. Wiedziałam, że szuka słów, które nie istnieją.
– Nie wiem, czy dalej chcę żyć w takim układzie – powiedziałam spokojnie. – W którym moje granice są tylko sugestią, a twoje milczenie staje się wyborem.
– Kocham cię – szepnął, jakby to miało wszystko naprawić.
Spojrzałam na niego. Był zagubiony, ale nie zrozpaczony. Jakby wiedział, że nawet jeśli odejdę, wszystko się jakoś ułoży. Jemu. Może. A ja? Ja pierwszy raz czułam, że nie wiem, co dalej.
Czas zobaczyć samą siebie
Spakowałam się w pół godziny. Wrzuciłam do torby kilka rzeczy, kosmetyczkę, ładowarkę. Michał tylko patrzył. Nie pytał, dokąd idę. Nie zatrzymywał. Zamieszkałam na kilka dni u Magdy – przyjaciółki jeszcze z liceum. Przyjęła mnie bez pytań, z ciepłym kocem i herbatą malinową. Gdy w końcu wypłakałam się jej na ramieniu, powiedziała tylko jedno zdanie:
– Natalia, ty całe życie próbujesz, żeby ktoś cię zauważył. A może czas zobaczyć samą siebie?
Leżałam wieczorami na jej kanapie, patrzyłam w sufit i analizowałam wszystko. Dlaczego próbowałam zasłużyć na akceptację kobiety, która nigdy mnie nie chciała? Dlaczego oczekiwałam wsparcia od mężczyzny, który zawsze był lojalny wobec własnego komfortu? Po kilku dniach Wiesława przysłała mi wiadomość: „Mam nadzieję, że przemyślałaś swoje zachowanie. Zrobiło się z tego większe zamieszanie, niż było trzeba”. Nie odpisałam.
Natalia, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam do hotelu na Helu i odkryłam brudny sekret. Mój mąż będzie się smażył w piekle jak mielony na oleju”
- „Pojechałam do Rewala i spotkałam swoją miłość sprzed 27 lat. Był z żoną i 3 dzieci, ale łypał na mnie tęsknym oczkiem”
- „Nieurodziwy sąsiad zabrał mnie windą do nieba. Osiągnęliśmy piękny szczyt, ale zaraz potem zaliczyłam twarde lądowanie”