„Zabrałam wnuki na ferie, a oni nawet nie złożyli mi życzeń na Dzień Babci i Dziadka. Moja cierpliwość się skończyła”
„Postanowiłam się nie wtrącać. Niech przemyślą. Miałam swoje sudoku, kubek melisy i święty spokój, który nareszcie doceniłam. Po godzinie przyszli we dwójkę. I chyba pierwszy raz tego dnia – bez telefonów w rękach”.

- Redakcja
Nie jestem babcią, która wszystko przyjmuje z uśmiechem. Przez lata byłam miła, ugodowa, zawsze na zawołanie – gotowa, by pomóc, gdy trzeba, posiedzieć z dziećmi, gdy młodzi potrzebowali „chwili dla siebie”, pożyczyć pieniędzy, gdy na koncie było pusto, albo wziąć urlop, żeby odebrać wnuki z przedszkola, bo rodzice mieli „ważne spotkanie”. Nie narzekałam, bo wydawało mi się, że robię to z miłości. Tylko że miłość – jak się okazało – może być bardzo jednostronna.
Moja córka wiecznie zabiegana, zięć zajęty karierą. Wnuki... no cóż. Fajne dzieciaki, ale coraz bardziej wpatrzone w ekrany niż w ludzi. Ilekroć próbowałam nawiązać z nimi kontakt, coś im opowiedzieć, pokazać, nauczyć – spotykałam się z obojętnością. „Babciu, nie teraz”, „babciu, nudzisz”, „babciu, daj spokój”. A ja się starałam, bardzo. Na ferie postanowiłam zrobić im przyjemność. Zabrałam ich do domku w górach, zadbałam o wszystko – od śniadań po zimowe atrakcje. Chciałam, żeby było jak dawniej, ciepło, domowo. Nawet jeśli przez pół dnia mieli nosem w telefonach, wieczory spędzaliśmy razem. Tak mi się przynajmniej wydawało. Aż przyszedł Dzień Babci. I wtedy zrozumiałam jedno – moja rola w tej rodzinie to już tylko funkcja. I wtedy moja cierpliwość się skończyła.
Rozczarowali mnie
– No, wstawajcie, śpiochy! – zawołałam, odsłaniając rolety w ich pokoju. – Śnieg sypie jak z worka, idealna pogoda na sanki!
Starszy wnuk nawet nie drgnął. Młodsza przewróciła się na drugi bok.
– Babciu, jeszcze pięć minut... – wymamrotała spod kołdry.
– Pięć minut? A widzieliście, która godzina? – wskazałam na zegarek. – Dziewiąta! Dzień Babci już się w najlepsze zaczął, a wy jeszcze w piżamach!
Cisza.
– No nic. To ja idę robić śniadanie. Tylko żebyście nie zapomnieli, że dzisiaj jest wyjątkowy dzień – rzuciłam z przekąsem i zeszłam na dół.
Zrobiłam im naleśniki. Takie jak lubią – z nutellą i bananem. Stół nakryty, herbatka malinowa paruje. Czekałam. Minęło dziesięć minut. Piętnaście. W końcu zjawili się – w dresach, z telefonami w rękach, z minami jakby ich ktoś na roboty wysłał.
– Ooo, naleśniki! – rzucił młody, nawet nie patrząc w moją stronę.
– A mogę zjeść na kanapie? – zapytała dziewczynka, już odpalając jakąś grę.
Spojrzałam na nich.
– Nie usiądziecie przy stole? Nie powiecie... nie wiem... czegoś miłego? – zapytałam z udawaną lekkością.
– Ale o co chodzi? – mruknął chłopak. – Coś się stało?
Znów ta cisza. Przełknęłam ślinę.
– Dzień Babci, dzieci. Dzień Babci.
– Ooo, serio? – dziewczynka uniosła głowę znad ekranu. – Zapomniałam.
Tylko tyle. Nawet nie "przepraszam".
Ręce mi drżały z emocji
Zrobiło mi się zimno. Usiadłam przy stole i patrzyłam, jak wcinali te naleśniki, mlaskając przy tym, jakby im się wszystko należało.
– A może chociaż zapytacie, jak się czuję? Albo powiecie „dziękuję” za śniadanie? – rzuciłam, siląc się na spokój, choć ręce mi drżały.
– Dziękuję... – odburknął chłopak, nawet nie podnosząc wzroku.
– A ja... no, też dzięki, babciu – dodała dziewczynka, z ustami pełnymi jedzenia.
– I żadnego „wszystkiego najlepszego”, żadnej laurki, nic? – spojrzałam na nich, może trochę zbyt ostro.
– Przecież to tylko Dzień Babci... – mruknął chłopak. – W szkole się to robiło, no nie?
– W szkole, bo tam przypominali wam, że warto się zatrzymać i pomyśleć o kimś, kto poświęca wam swój czas, serce i energię – odpowiedziałam już bardziej lodowato. – A teraz co? Jak telefon nie przypomni, to babcia nie istnieje?
– Przecież jesteśmy tu z tobą, babciu – rzuciła dziewczynka. – To nie wystarczy?
– Nie, kochanie. To już nie wystarcza – powiedziałam cicho. – Ja was tu zaprosiłam, żebyście poczuli się kochani. A dziś poczułam się... jak kucharka w hotelu. Bezosobowa.
Zamilkli. W końcu chłopak odłożył telefon.
– No dobra, babciu... wszystkiego najlepszego – powiedział z wyraźnym wysiłkiem.
– Dzięki. Doceniam, że udało ci się to z siebie wydusić – uśmiechnęłam się krzywo.
Wstałam od stołu i poszłam do kuchni. Musiałam zająć się czymś, żeby nie puściły mi nerwy.
Było mi przykro
Zmywałam talerze i myślałam, o tym, że przyjechali tu z poczucia obowiązku, nie z potrzeby serca. Gdyby nie ferie i darmowa wyżerka, pewnie nawet nie wiedzieliby, że istnieje coś takiego jak babcia. Usłyszałam skrzypienie krzeseł i szepty. Po chwili do kuchni weszła wnuczka.
– Babciu, a może... chcesz, żebym ci pomogła? – zapytała nieśmiało, z rękami za plecami.
– Dopiero teraz ci się przypomniało? – rzuciłam przez ramię, nie patrząc na nią.
– No przecież już ci złożyliśmy życzenia… – dobiegł mnie głos wnuka z salonu. – Co jeszcze mamy zrobić?
Odwróciłam się, powoli wycierając dłonie w ręcznik.
– Przede wszystkim przestać robić łaskę, że w ogóle tu jesteście – powiedziałam sucho. – Kiedy wasza mama była w waszym wieku, sama piekła ciasto na Dzień Babci. W nocy rysowała laurkę, a rano podsuwała swojej babci pod nos kawę i całowała w czoło. A wy? Ledwo umiecie powiedzieć „dziękuję”.
– Ale co to zmienia? – burknął chłopak, nawet nie próbując ukryć znużenia.
– To zmienia wszystko. Bo ja widzę, jak bardzo coś się w tej rodzinie popsuło – odparłam. – Nie mam pretensji, że nie chcecie śniegu, nie chcecie spaceru, nie chcecie rozmowy. Tylko nie udawajcie, że to miejsce was obchodzi. Ani ja.
Dziewczynka zamilkła. Popatrzyła na mnie dużymi oczami.
– Babciu... nie płacz. Naprawdę nie chciałam ci zrobić przykrości.
– Już zrobiłaś, kochanie – powiedziałam łagodniej. – Ale dziękuję, że to w końcu zauważyłaś.
Czułam żal i wstyd
Po południu dom był cichy jak nigdy. Zazwyczaj włączałam wtedy radio, coś nuciłam pod nosem. Tego dnia tylko siedziałam w fotelu i patrzyłam w okno. Śnieg dalej sypał, grube płaty układały się na gałęziach, a dzieciaki... nawet nie zapytały, czy chcę herbaty. Nagle usłyszałam szuranie kapci. To wnuk.
– Babciu? – zatrzymał się w drzwiach, drapiąc się po głowie. – Możemy pogadać?
– Możemy, tylko nie wiem, czy chcesz mnie naprawdę posłuchać, czy znów tylko odbębnić temat – odpowiedziałam szczerze, nawet nie odwracając głowy.
– No bo… pogadaliśmy z siostrą. I ona powiedziała, że może faktycznie trochę przegięliśmy. Że tobie musi być przykro, jak tak nic nie powiedzieliśmy z rana…
– Przykro? – parsknęłam gorzko. – Mnie było wstyd. Przed samą sobą. Że daję z siebie wszystko, a w zamian dostaję… ciszę.
– No ale my nie chcieliśmy cię zranić – usiadł naprzeciwko, niespokojnie ruszając nogą. – Po prostu... zapomnieliśmy. Przepraszam, babciu.
– Pamiętasz, jak miałeś pięć lat i przyniosłeś mi kartkę całą w brokacie? W środku napisałeś, że jestem „najlepsza babcia świata”? Wiem, bo trzymam ją do dziś w szufladzie.
– Pamiętam. Zrobiliśmy ją w przedszkolu.
– No właśnie. Wtedy umiałeś. A teraz jesteś starszy i mądrzejszy. Więc dlaczego już nie potrafisz?
Nie odpowiedział. Spuścił wzrok i tylko cicho powiedział:
– Naprawimy to. Obiecuję.
– Oby. Bo jeśli nie… to może lepiej, żebyśmy więcej nie wyjeżdżali razem na ferie.
Wzruszyłam się
Wieczorem dzieciaki zniknęły na pokoju. Myślałam, że jak zwykle siedzą w telefonach, może dzwonią do matki z pretensjami, że babcia „zrobiła im kazanie”. Postanowiłam się nie wtrącać. Niech przemyślą. Miałam swoje sudoku, kubek melisy i święty spokój, który nareszcie doceniłam. Po godzinie przyszli we dwójkę. I chyba pierwszy raz tego dnia – bez telefonów w rękach. Wnuczka trzymała coś za plecami, a wnuk stał sztywno jak na apelu szkolnym.
– Babciu… możemy? – zapytała cicho.
Skinęłam głową. Podeszli do mnie i wtedy ona wyciągnęła zza pleców kartkę. Ręcznie rysowaną. Serce, kwiatki, jakiś dziwny pies z trzema nogami.
– To dla ciebie. Wiem, że spóźniona. Zrobiłam ją sama. Bez aplikacji.
Wzruszyłam się.
– Jest piękna – powiedziałam szczerze. – I zdecydowanie lepsza niż GIF z życzeniami.
– A ja… – chłopak wyjął z kieszeni coś owiniętego w papier. – Wiem, że lubisz te czekoladki z orzechami. Miałem schowaną jedną, kupiłem z kieszonkowego. Miała być dla mnie, ale... no, zasłużyłaś bardziej.
– Nie „zasłużyłam”, tylko „należy mi się” – poprawiłam go, wzruszona bardziej niż chciałam przyznać.
– Babciu... zostaniesz z nami jeszcze długo? – zapytała wnuczka nagle.
– Jak się tak będziesz starać, to może nawet bardzo długo – odparłam z uśmiechem.
Postawiłam warunek
Kiedy usnęli na kanapie, jedno oparte o moje ramię, drugie skulone pod kocem, nie miałam już w sobie złości. Tylko coś dziwnego ściskało mnie w środku. Żal? Ulga? Może jedno i drugie. Rano obudzili się wcześnie, zupełnie jakby naprawdę chcieli przeżyć ten dzień ze mną. Bez marudzenia zjedli śniadanie, nawet sami nakryli do stołu.
– Babciu, a może dziś pójdziemy na sanki? – zaproponowała wnuczka, zapinając kurtkę. – Wczoraj się nie chciało, ale dziś… chyba fajnie by było.
– Tylko musisz zjechać pierwsza! – zawołał chłopak, już wybiegając z domu.
W tym momencie poczułam, że może nie wszystko stracone. Po południu, przy herbacie, zadzwoniła moja córka.
– Mamo, dzieci mówiły, że się obraziłaś. Co się wydarzyło?
– Nic, czego nie dałoby się naprawić – odpowiedziałam spokojnie. – Ale dobrze by było, gdybyś ty też kiedyś pamiętała, kiedy jest Dzień Babci.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Masz rację. Przepraszam. W tym biegu… sama zapomniałam.
– No właśnie. Tylko że ja nie jestem meblem, który ma zawsze stać w kącie i czekać, aż ktoś sobie przypomni, że istnieję.
– Obiecuję, poprawię się. I dziękuję ci za to, co robisz dla nich.
– Na razie jeszcze robię – odparłam. – Ale od teraz to będzie z wzajemnością. Albo wcale.
Nie usłyszałam sprzeciwu. Tylko ciche:
– Masz do tego prawo.
Mam. I wreszcie z niego korzystam.
Danuta, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam na ferie z rodziną, by trochę odpocząć. Nie sądziłam, że przez cały wyjazd będę robić za ich służącą”
- „Wykupiłam tanio ferie w Białce Tatrzańskiej i myślałam, że jestem królową okazji. Niestety dałam się zrobić w balona”
- „W Dzień Dziadka wnuki przychodzą tylko po kasę. Zawsze im dawałem, ale dłużej nie dam się traktować jak bankomat”